WP

Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania: ”Celowo w tej rozmowie wyłączyłem hamulce”

Zgodził się na tę książkę, bo chciał sprawdzić, czy jako polityk będzie się kreował, wymyślał siebie i zakładał maskę. – Chciałem sprawdzić, czy będę miał jaja i pokażę siebie takiego, jakim jestem. Nie kalkulując, jaki to będzie miało wpływ na wybory. I na inne sprawy – mówi Jacek Jaśkowiak, charyzmatyczny prezydent Poznania. I dotrzymuje słowa, przyznaje się do romansu i nieślubnego syna.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania planuje ubiegać się o drugą kadencję. Tymczasem udzielił bardzo szczerego wywiadu-rzeki.
Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania planuje ubiegać się o drugą kadencję. Tymczasem udzielił bardzo szczerego wywiadu-rzeki. (Materiały prasowe)
WP

Fragmenty pochodzą z książki Włodzimierza Nowaka i Violetty Szostak - "Dżej dżej. Rozmowy z Jackiem Jaśkowiakiem", wydanej nakładem wydawnictwa Poznańskiego.

O rowerze, morsowaniu i synu

A gdzie pan gnał rowerem te dziewięćdziesiąt trzy kilometry na godzinę?

WP

93,6. To było na wjeździe do Połczyna-Zdroju. Jechałem z Kołobrzegu – żona samochodem, a ja rowerem. Zawsze tak robiłem: Joanna autem, a ja wyskakiwałem po drodze i dalej już rowerem. Albo ruszałem od razu rowerem z Kołobrzegu i spotykaliśmy się po drodze. Kiedyś się wkurzyła, choć na ogół jest spokojna: ”Cholera, czy my nie możemy wracać jak normalna rodzina? Na obiad się zatrzymać, lody zjeść! Ale ty jak popieprzony tym rowerem musisz!”.

No właśnie, dlaczego pan nie może jak normalny człowiek?

Ja po prostu lubię jeździć rowerem. Jechałem wtedy na dobrym rowerze, mam go do dzisiaj. Uwielbiam podjeżdżać pod Przełęcz Karkonoską, to najtrudniejszy podjazd kolarski w Polsce. Jadę Drogą pod Reglami, potem od Przesieki do Drogi Sudeckiej, a dalej właśnie jest ten hardcore – trzydzieści procent nachylenia na kilkudziesięciu metrach. Każdy podjazd to prawdziwe wyzwanie. Potem Špindlerova Bouda, tam sobie herbatę wypiję. Wracam tak samo, a w Przesiece robię sobie kąpiel w Wodospadzie Podgórnej. Niedawno się kąpałem.

Teraz, zimą?

WP

Oczywiście.

E, pan buja.

Możemy jutro pojechać i razem spróbować.

Staś: To prawda. Ja też w tym wodospadzie kąpałem się zimą. Tata mnie namówił.

WP

Jacek Jaśkowiak: Byli u nas znajomi z dziećmi. Mówię: ”Jak chcecie, to was zabiorę na kąpiel w wodospadzie”. W domu wszyscy napinali muskuły gotowi skoczyć do lodowatej wody, ale przy wodospadzie już nikt nie chciał. Ci znajomi w końcu weszli, ale dzieci tylko do łydek, trzeba było je wepchnąć.

Wepchnęliście dzieci?

No trochę im musiałem odwagi dodać. Ludzie obok się oburzali: ”Co za idioci, dzieci poprzeziębiają, na policję trzeba dzwonić”. A potem dzieci nie miały nawet kataru. Wodospad Podgórnej to kultowe miejsce morsów. Zimą woda ma ze dwa stopnie, latem sześć i tylko tam w całej Polsce można morsować też latem.

Jak kupiłem żonie rower górski, zabrałem ją tam, żeby się wykąpać. Trochę mi się dystans pomylił – myślałem, że to dwanaście kilometrów, a było tak z piętnaście i pod górę. Żona ciężko to zniosła. Mówiła potem, że chciałem ją zamordować.

WP

Z Joanną regularnie kąpiemy się w tym wodospadzie, ale aż trzy lata namawiałem ją do morsowania. A zaczęło się tak: nasz staw przy domu w Poznaniu jest spory i muszę rąbać przeręble, żeby ryby się nie podusiły. Kiedyś przeczytałem w ”Wyborczej” o morsowaniu. Mówię żonie: ”Idę zobaczyć, jak to jest”. Nie miałem pojęcia, jak to się robi. Po prostu wszedłem do wody i tak mi się spodobało, że wchodziłem codziennie. To wbrew regułom morsowania: wchodzi się co trzy dni, na kilka minut. Więc trzy lata morsowałem sam, żona nie dawała się namówić. Ale pojechała kiedyś ze mną pod Poznań, do Kiekrza, na morsowanie grupowe. Myślała, że morsy to jacyś Iron Meni, a tam zobaczyła również panie w starszym wieku, z nadwagą. ”To nawet fajnie wygląda”, powiedziała. Tam jednak jeszcze nie weszła. Ale jak przyjechaliśmy do domu, kułem żelazo, póki gorące: ”Chodź do stawu, będę cię trzymał, w razie czego wyniosę”. I weszła. Teraz nawet jak mnie nie ma w domu, to sama morsuje w stawie.

Stasiu, a ty lubisz morsować?

Nie za bardzo. Ale z tatą jest fajnie.

(...)
Nie mieszkacie razem?

WP

Jacek Jaśkowiak: Stasia poznałem, jak miał siedem lat.

Staś: No, prawie osiem, brakowało mi dwóch miesięcy.

Jacek Jaśkowiak: OK, prawie osiem. Więcej opowiem później, jak Stasiu pójdzie spać.

Teraz powiem tyle, że zaczęliśmy się poznawać pod koniec 2010 roku. W maju kupiłem Stasiowi rower i powiedzieliśmy mu z Karoliną, jego mamą, że jestem jego ojcem. Wcześniej przez kilka miesięcy znał mnie jako kolegę mamy. Pod kierunkiem psychologa to robiliśmy.

O swoim dzieciństwie, stracie ojca, domu dziecka i biedzie

Gdy poznałeś Stasia, miał siedem lat. A ty pamiętasz siebie siedmioletniego?

Od roku nie miałem już ojca.

Wiecie, że ja dopiero niedawno się dowiedziałem, jak zginął?

Jak?

Już jako prezydent wręczam medale za długoletnie pożycie małżeńskie i jeden pan, któremu składam gratulacje, mówi: ”Ojciec byłby z pana dumny”. Patrzę, co to za człowiek… A on: ”Ja byłem tam wtedy, gdy pana ojciec zginął”. Poczułem, jakbym dostał obuchem w głowę. Po uroczystości podchodzę do niego. Próbuję wysondować. ”Bo to była sobota” – zaczyna. Czyli wie. ”Bo to było na podstacji”. I opowiedział mi.

Mój ojciec był w grupie, która odpowiadała za utrzymanie trakcji elektrycznej na kolei. Robiono wtedy trakcję pomiędzy Warszawą i Poznaniem. Napięcie z elektrowni wychodziło na poziomie trzydziestu sześciu tysięcy woltów i oni musieli zamienić je na sześć tysięcy.

Była sobota, fajrant o czternastej, zbierali się do domów. A w tych socjalistycznych urządzeniach czasami coś się psuło. Wezwali ich przez megafon, że mają wracać usunąć awarię. I każdy – a ich było sześciu czy siedmiu – miał oczywiście coś cholernie ważnego do zrobienia w domu. A pociąg, którym mieli wracać, odjeżdżał za chwilę. Więc ten, kto zostanie, nie wróci do domu około piętnastej, tylko trzy godziny później. I Mietek, mój ojciec, mówi: ”No dobra, to ja pójdę”.

Wszedł do tej budki. Trzeba było taką wajchę drągiem przesunąć. I poraziło go. Łuk elektryczny. Ojciec doszedł jeszcze do drzwi. Gdyby nie był sam, ktoś wezwałby karetkę, może by go uratowano. A tak – znaleziono go dopiero wieczorem. Bo ojciec zdążył naprawić awarię, prąd się załączył, linia chodziła i nikt nie wiedział, że coś się stało.

Wcześniej nikt ci nie opowiedział, co się tam stało?

Mama mówiła tylko, że ojciec wziął śrubokręt nie taki jak trzeba. Ale tak jej powiedzieli, żeby zatuszować sprawę. Żeby nie wyszło na jaw, jak to wszystko tam działało. Ten osiemdziesięcioletni człowiek, który mi to opowiedział, był potem odpowiedzialny za wprowadzanie przepisów BHP i analizował wypadki. Przede wszystkim ojciec nie powinien robić tego w pojedynkę. Gdy zginął, miał trzydzieści sześć lat.

A ty ile miałeś wtedy?

Sześć. To było 29 listopada, wieczorem, około godziny dwudziestej drugiej. Już z siostrą spaliśmy. Przyjechał ktoś z kolei, powiedział, że ojciec nie żyje. Mama nas budzi, mówi. Już potem nie zasypiam. Przyjeżdża babcia, siedzi z nami godzinę, a potem wychodzi. Zostajemy sami.

Ja z ojcem byłem bardzo mocno związany. Wpadłem po tym w takie otępienie, przestałem się odzywać. Próbowali mnie prądem budzić – pamiętam elektrody i wstrząsy. W szpitalu mi to robili. Pamiętam te wstrząsy do dziś.

Tatę zabił prąd, a ciebie leczyli elektrowstrząsami?

Właśnie. To było archaiczne totalnie, dzisiaj zająłby się mną psycholog.

Bałeś się?

To akurat bolało. Ale przede wszystkim mam takie wspomnienia, że nic nie odczuwałem. Nagle mi się świat załamał, nie było nic.
To trwało ileś miesięcy. A potem ileś tam lat traumy. Żyjesz w świecie tych swoich strachów. Największy był taki, że jak jeden rodzic nie żyje, to za chwilę drugi też może nie żyć. Bałem się, że trafię do domu dziecka. Pamiętam ten strach jako stały element swojego dzieciństwa.

Ktoś mówił o tym domu dziecka?

Siostra, Halina, mnie czasem straszyła: ”Pomóż, bo jak mamie coś się stanie, to trafi my do domu dziecka”.

Ile siostra miała lat?

Dziesięć, gdy ojciec zginął. A mama – trzydzieści. Chcieli nas potem wyrzucić z mieszkania służbowego. Mieszkaliśmy na poznańskim Dębcu w bloku kolejowym – trzy pokoje na czterdziestu czterech metrach kwadratowych. Po śmierci ojca ktoś uznał, że trzem osobom nie należy się już takie duże mieszkanie. Matka walczyła, żebyśmy mogli zostać.

I totalna bieda była. Rodzice wzięli jakieś kredyty na meble czy telewizor. Renta po ojcu nie wystarczała na te raty. Gdy ojciec żył, mama dorabiała jako krawcowa, szyła w domu jakieś garsonki. A potem poszła do pracy w kiosku Ruchu. Kiosk było widać z naszego okna. Siostra robiła obiady, a ja nosiłem je mamie do kiosku, bo pracowała po dwanaście godzin. Ale bieda taka, że aż piszczy.

Czułeś się biedny?

Po prostu jesteś najbiedniejszym dzieckiem w klasie. Wszyscy mają pisaki w siedemnastu kolorach, a ty – w czterech. Jesz kiszoną kapustę i chleb ze smalcem, żeby zapełnić brzuch. Ale lepiej o tym nie piszmy za wiele.

Dlaczego?

Bo nie chcę, żeby mama przeczytała. To byłoby dla niej przykre.

Lukasz Dejnarowicz / FORUM
Podziel się

W wyborach na prezydenta Poznania w 2014 startował jako kandydat Platformy Obywatelskiej. Wygrał przejmując, po 16 latach urzędowania jego kontrkandydata, fotel prezydenta miasta.

O rzeźbie Chrystusa i rachunku wystawionym Kościołowi

Pana urzędnicy nie zgodzili się na ustawienie na placu Mickiewicza – w centralnym punkcie Poznania – pięciometrowej figury Chrystusa.

Bo komitet odbudowy pomnika uznał, że może działać poza prawem.

Chrystus to replika rzeźby z pomnika Wdzięczności. Stał na placu przed wojną i został zniszczony przez hitlerowców. Odbudowy domaga się komitet, na czele którego stoi prof. Stanisław Mikołajczak, szef związanego z PiS Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Lecha Kaczyńskiego. Sprzeciwia się pan odbudowie?

Nie sprzeciwiam. Moi urzędnicy wskazali miejsce, gdzie pomnik mógłby stanąć – Łęgi Dębińskie. Jan Paweł II odprawiał tam mszę. Ale komitet forsuje swoje lokalizacje.

W miejscach, w których plan zagospodarowania nie przewiduje takich budowli. Nie ma na to zgody miasta, więc komitet postanowił ustawić na placu Mickiewicza samą fi gurę Chrystusa. Na to też nie dostali pozwolenia. Odsądzono pana za to od czci i wiary.

Żeby mnie zmusić do uległości, w 2015 roku jeden z biskupów w kazaniu na mszy w ramach obchodów rocznicy Poznańskiego Czerwca pojechał po mnie jak po łysej kobyle. Zrównał mnie prawie z hitlerowskim namiestnikiem Arthurem Greiserem z Warthegau. A ja siedziałem w pierwszym rzędzie. Wkurzyłem się, chciałem nawet wyjść. Nie chciałem jednak robić przykrości kombatantom Czerwca ’56.

Arcybiskup Stanisław Gądecki na innej mszy powiedział, że ”władze miasta mają honorowy obowiązek dążyć do likwidacji bezprawia dokonanego przez Niemców (…). W przeciwnym razie wyrażałyby zgodę na haniebne decyzje niemieckich władz okupacyjnych i władz komunistycznych podtrzymujących w tym względzie decyzje nazistów”.

Uznałem, że to podłe, że Kościół wykorzystuje do tego ambonę.

Do czego, do negocjacji?

No tak, bo przecież nie chodziło o to, co ja myślę o tej figurze Chrystusa, albo o moje sprawy z Panem Bogiem, tylko o przestrzeganie prawa przez Kościół.

Krótko potem dziennikarz Adam Suwart podniósł w Radiu Merkury sprawę opłat za przejazdy kolejki Maltanka. Miasto płaci kurii trzynaście tysięcy złotych miesięcznie za to, żeby ta kolejka mogła wozić dzieci do zoo, bo przejeżdża przez teren należący do Kościoła. Nie wiedziałem o tym – te umowy były zwarte przez poprzednie władze. Gdy o tym usłyszałem, napisałem na Facebooku, że to skandal, bo to jedna trzecia całych kosztów Maltanki, a ona służy przecież dzieciom. Miasto nie ma z niej żadnego zysku, nawet do niej dopłaca. A Kościół, zamiast wspierać przedsięwzięcie istotne dla rodzin z dziećmi, zarabia na nim. I napisałem, że nasza poznańska kuria jest jak ci bankierzy z tekstu Kaczmarskiego.

Zrobiła się jazda bez trzymanki! Ekonom z parafii, do której należały te grunty, zaczął udowadniać, że nie są tymi bankierami. Odpowiedziałem, że jakby nie byli, to nie ściągaliby z tych dzieci trzynastu tysięcy złotych miesięcznie. A potem zrobiłem zestawienie wszystkich nieruchomości w Poznaniu, za które miasto Poznań płaci Kościołowi.

To był ten słynny rachunek, który wystawił pan Kościołowi.

Pokazałem, że musi być symetria. Jeśli na przykład miasto wynajmuje pomieszczenia szkole katolickiej za symboliczne pięć złotych, zamiast według stawki rynkowej, to Kościół powinien stosować tę samą zasadę wobec miasta.

Co z tego rachunku wyszło?

Ewidentna dysproporcja na niekorzyść miasta. Poza kilkoma przypadkami Kościół obciążał miasto stawkami rynkowymi.
Kościół kwestionował te wyliczenia.

Powiedzieli, że są złe, ale nie odnieśli się do nich merytorycznie. Zostałem oczywiście wrogiem Kościoła, pikietowali przeciw mnie Wierni Polsce, potępiało Radio Maryja, ale sam arcybiskup już potem we mnie nie uderzał. Sądzę również, że ten raport wiele pokazał jemu samemu. Ta sprawa przecież mocno uderzyła w Gądeckiego. To był jego błąd – nie potrafi ł się z nami dogadać i to wyszło na zewnątrz.

Efekt jest teraz taki, że sukcesywnie dokonujemy wymiany nieruchomości o łącznej wartości kilkudziesięciu milionów. Usiedliśmy z arcybiskupem do stołu, żeby omówić możliwości dotyczące tych wszystkich nieruchomości i gruntów. Taka wymiana nie miała jeszcze precedensu! Bardzo dobrze to idzie. Wymieniamy te, których potrzebuje miasto, na przykład pod tory tramwajowe, na te, których Kościół potrzebuje dla swoich celów, choćby należący częściowo do miasta teren na Ostrowie Tumskim, gdzie kuria ma swoją siedzibę.

Ale w pewnym momencie musiałem pokazać, że nie działają na mnie połajanki z ambony i nie będę negocjował w pozycji klęczącej. I wiem, że czasami robię wrażenie człowieka porywczego. Takiego, który pójdzie na zderzenie czołowe i koniec. Zdarza mi się taką opinię wykorzystywać. A tak naprawdę to w głowie mam kalkulator i umysł chłodny do bólu.

Spotkanie było w urzędzie czy w kurii?

W pałacu u arcybiskupa. Gądecki to prawdziwy dyplomata i wytrawny gracz. Ja go szanuję. On zresztą mnie podobno też, tak przynajmniej słyszałem. Siada u szczytu stołu – najlepsze miejsce dla negocjatora – obserwuje równocześnie mnie i swoich ludzi. Zaczyna główny ekonom i mówi, jak to Kościół został przez komunistów skrzywdzony. I ten rachunek krzywd trwa mniej więcej piętnaście minut…

A pan?

Mówię o wszystkich krzywdach, które spotkały moją rodzinę. Jak to Niemcy najpierw zabrali firmę mojemu dziadkowi. A ponieważ strona kościelna wspomniała o kapłanie, który był zamęczony przez komunistów w więzieniu we Wronkach, więc mówię, że ten kapłan był prawdopodobnie współwięźniem brata mojej babci, którego komuniści gnębili za działalność niepodległościową. ”I – Ekscelencjo – cyrklem tych krzywd nie wymierzymy. I tak jak ja nie będę dochodził tych wszystkich strat mojej rodziny, bo to już niemożliwe, tak samo my musimy teraz patrzeć w przyszłość. Dlaczego za krzywdę, której winni są hitlerowcy i komuniści, mają dziś płacić poznaniacy?”. No i jestem na swoim boisku, bo przechodzimy do liczb i kwot.

Obejrzyj też: Prezydenci miast dorabiają na boku

WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP