Trwa ładowanie...
Artykuł sponsorowany
piotr zychowicz
Artykuł Sponsorowany
Artykuł sponsorowany

III wojna światowa toczy się od dawna. Rozmowa z Piotrem Zychowiczem

Globalny konflikt na światowej arenie toczy się od dawna, a najważniejszymi pretendentami w wyścigu o tytuł światowego hegemona są USA, Chiny i Rosja. W jakim kierunku potoczy się ta gra i jak wpłynie na losy Polski? O to i wiele innych aspektów współczesnej geopolityki zapytaliśmy Piotra Zychowicza – dziennikarza i współautora książki "Nadchodzi III wojna światowa".

Share
III wojna światowa toczy się od dawna. Rozmowa z Piotrem ZychowiczemŹródło: Materiał partnera
d1vkt9b

Agnieszka Adamska, Wirtualna Polska: Tytuł najnowszej książki, którą napisał Pan wspólnie z Jackiem Bartosiakiem sugeruje, że widmo III wojny światowej nie jest już hipotetyczną wizją, ale faktem. Dlaczego o tym fakcie nie mówi się na co dzień w mediach?

Piotr Zychowicz: Mówi się coraz więcej – może nie w polskich mediach, ale bez wątpienia mówi się o tym w mediach amerykańskich, australijskich, brytyjskich i oczywiście chińskich. Doszliśmy do momentu, w którym ład światowy znany nam od trzech dziesięcioleci zaczyna się walić. Polegał on na tym, że po upadku Związku Sowieckiego w 1991 r. świat stał się jednobiegunowy. Nastąpił wtedy okres nazywany Pax Americana (łac. "Amerykański pokój" – przyp. red.), czyli Stany Zjednoczone pełniły funkcję jedynego hegemona, a reszta świata grała według scenariusza pisanego w Waszyngtonie. To była jednak bardzo nietypowa sytuacja w dziejach świata i można powiedzieć, że właśnie teraz wracamy do normy, ponieważ pojawili się nowi pretendenci do hegemonii. Jednym z takich czołowych kandydatów są Chiny, które rozwijają się w zawrotnym tempie i zaczynają dominować nad basenem Pacyfiku, a także Rosja, której zależy na tym, żeby świat nie był już jednobiegunowy. To powoduje napięcia między wielkimi mocarstwami, bo gra toczy się o wpływy, pieniądze. Ten konflikt może zakończyć się na dwa sposoby: albo Stany Zjednoczone abdykują z pozycji globalnego hegemona i zgodzą się na to, że świat wróci do tzw. koncertu mocarstw, albo się z tym nie pogodzą i będą próbowały bronić swojego statusu i zatrzymać Chiny na drodze do osiągnięcia statusu supermocarstwa – i to właśnie spowoduje wojnę.

Ten drugi scenariusz wydaje się przerażający.

Niestety, on jest niestety najbardziej prawdopodobny, bo imperia bardzo rzadko rezygnują ze swojej supremacji. Na tym polega tragizm polityki mocarstw – nikt nie chce wojny, ale one i tak wybuchają z powodu sprzecznych interesów. Stany Zjednoczone i Chiny znalazły się na kursie kolizyjnym. Mocarstwa morskie – najpierw Wielka Brytania, a obecnie USA – pełnią rolę tzw. zamorskich strażników równowagi sił. Oznacza to, że strzegą równowagi sił w kluczowych punktach świata – w Europie i na Pacyfiku. Za każdym razem, gdy pojawia się pretendent do lokalnej hegemonii, który narusza tę równowagę, mocarstwa anglosaskie wkraczają i go niszczą. Proszę zwrócić uwagę, że tak było zawsze i to się zawsze sprawdzało. Napoleon, Wilhelm II, Hitler, Hirohito. Projekty imperialne tych przywódców zostały zastopowane przez Anglosasów.

d1vkt9b

Jeszcze do niedawna na myśl o ewentualnym konflikcie zbrojnym odwracaliśmy się w stronę Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej, traktując je jak nasze naturalne wsparcie. Według Pana i drugiego współautora na pomoc USA i Unii raczej nie mamy już co liczyć. Dlaczego?

Idealnie dla Polski byłoby, gdyby sytuacja się nie zmieniła i Stany Zjednoczone nadal miały tytuł globalnego hegemona, a Europa była amerykańskim sojusznikiem. Wówczas nasz kraj mógłby się dalej rozwijać tak, jak w ciągu ostatnich trzydziestu lat, żyć w dobrobycie, udoskonalać infrastrukturę, powiększać PKB itp. Niestety, w polityce nie należy kierować się tym, czego chcemy, czyli tzw. "wishful thinking", ale realną oceną sytuacji. Fukuyama się pomylił, kiedy wieszczył koniec historii – ona teraz gwałtownie przyspieszyła i tu pojawia się pytanie, które nas najbardziej interesuje: co z Polską? Jeżeli Ameryka i Niemcy będą grały w jednej drużynie, to wspaniale. Ale co się stanie, kiedy te kraje pójdą różnymi drogami? Niemcy nie opowiedziały się jeszcze, kogo poprą w tym nadchodzącym konflikcie. Jeżeli zachowają neutralność, a za nimi pójdzie reszta Europy, trudno oczekiwać, żeby Polska postąpiła inaczej. Natomiast kwestią, która spędza mi sen z powiek – i myślę, że Jacek Bartosiak też ma te same odczucia – jest stanowisko Rosji. Od decyzji Putina lub jego następcy być może zależy wynik rywalizacji między Chinami i USA. W celu zatrzymania chińskiej ekspansji, Stany Zjednoczone będą próbowały założyć blokadę morską, żeby odciąć Chinom drogi importu i eksportu. Właśnie dlatego Ameryka tworzy koalicję morską, do której należy także Australia, Wielka Brytania, Tajwan, Japonia itp. Jeżeli Rosja poprze Chiny, te będą bez trudu ściągały sobie rurami z Syberii surowce, otworzą sobie drogi handlowe przez kontynent euroazjatycki. Wtedy Ameryka może przegrać tę wojnę, bo nie będzie w stanie skutecznie "udusić" Chińczyków, odciąć im tlenu. Jeżeli natomiast Putin dołączy do tej blokady lub ogłosi neutralność, szanse USA znacznie wzrosną. W Waszyngtonie doskonale to rozumieją.

Jakie to będzie miało konsekwencje dla Polski?

Pamiętajmy, że Stany Zjednoczone będą musiały jakoś zapłacić Rosji za poparcie w wojnie z Chinami i być może walutą okaże się Europa Środkowa – nie mówimy tu o tym, że Rosja będzie nas okupowała, ale może np. uznać te tereny za swoją strefę wpływów. A Ameryka może się na to zgodzić. Z kolei opowiedzenie się Rosji za Chinami będzie dla nas równie złe, bo wtedy Polska stanie się państwem frontowym i niewykluczone, że na naszym terytorium dojdzie do starcia wojsk USA z Rosją. A to będzie katastrofa.

d1vkt9b

Czy obecna sytuacja na granicy z Białorusią może być uznawana za jeden z sygnałów zbliżającego się konfliktu?

Od pewnego czasu w naszej przestrzeni geopolitycznej dochodzi do różnych mniejszych i większych wyładowań, a nawet wojen (jak np. wojna w Gruzji w 2008 r. czy też konflikt rosyjsko-ukraiński na Krymie i w Donbasie w 2014 r.). Bez wątpienia Białoruś jest dla nas kwestią życia i śmierci. Wystarczy spojrzeć na mapę, żeby dostrzec wiszący nad nami lotniskowiec w postaci obwodu kaliningradzkiego i Białoruś, której niewiele brakuje do wchłonięcia przez Rosję. Białoruś od obwodu kaliningradzkiego dzieli niewielki przesmyk suwalski, przez który droga biegnie na północ, do państw bałtyckich. Jeżeli w razie konfliktu polska armia miałaby ruszyć na ratunek tym krajom, Rosjanie z terenów Białorusi będą w stanie nas odciąć zaledwie jednym uderzeniem. Wszystko, co poślemy na ratunek państwom bałtyckim, zostanie stracone. To pokazuje, jak newralgiczny jest dla nas ten punkt, gdzie właśnie teraz rozgrywa się dramat z uchodźcami na granicy. Ta sytuacja pokazuje, że w tym rejonie dochodzi do coraz większych napięć, a cudowny czas spokoju powoli przemija.

W momencie, gdy byliśmy pod podwójnym parasolem ochronnym Ameryki i Unii Europejskiej, a Rosja za czasów Jelcyna miała bardzo słabe wpływy, można było się skupić na ciepłej wodzie w kranie, podróżować, żyć beztrosko i bogacić się. Obecnie robi się coraz bardziej niebezpiecznie, a najgorsze jest to, że jesteśmy zdani na siebie. Amerykanie stoją obecnie przed największym wyzwaniem w całej swojej historii. Nigdy do tej pory nie mieli do czynienia z tak potężnym przeciwnikiem, jak Chińczycy. Jeżeli Ameryka będzie chciała walczyć na Pacyfiku, to nie będzie jej stać na walkę w Europie – będzie zmuszona przerzucić swoje siły w całości na Pacyfik. I to jest kolejna fatalna wiadomość dla Polski, bo oznacza, że Amerykanów może niedługo tu nie być. Oni wbrew pozorom mają ograniczone możliwości i nie są w stanie prowadzić jednocześnie dwóch wojen w dwóch różnych częściach globu z dwoma mocarstwami.

Chyba wiele osób wciąż wierzy we wszechmocną potęgę USA.

I na tym właśnie polega tragizm naszej sytuacji, a także polityki, którą prowadzi obecny rząd. Mądra strategia polityczna polega na tym, żeby szukać sobie przyjaciół blisko, a wrogów daleko – nie odwrotnie. Poza tym należy prowadzić politykę wielobiegunową, trzeba mieć rozmaitych sojuszników i duże możliwości gry geopolitycznej. Niestety, Polska obecnie wszystko stawia na jedną kartę – amerykańską. Sprzeniewierza się przy tym podstawowej zasadzie polskiej polityki, która mówi, że nie możemy mieć jednocześnie złych stosunków z Rosją i Niemcami. Z moich rozmów z politykami i zwolennikami obozu rządzącego jeszcze do niedawna wynikało to, że stać nas na konflikt z Rosją, stać nas na konflikt z Niemcami i Unią, a także na inne pomniejsze napięcia, jak np. konflikt z Czechami czy z Ukrainą. To przekonanie było argumentowane tym, że za naszymi plecami stopi wielka potęga Stanów Zjednoczonych.

d1vkt9b

Wierzymy w to, że jak ściągniemy do siebie Amerykanów, a ci założą u nas bazy, to automatycznie będą nas bronili, jeśli zostaniemy zaatakowani przez wroga. Problem w tym, że Ameryka nie pójdzie na wojnę z Rosją w obronie – ze swojej perspektywy – peryferyjnych państewek jak Polska czy Łotwa w sytuacji, gdy na Pacyfiku musi się mierzyć w chińskim gigantem. Tak jak wspominałem, Amerykanie nie będą prowadzić wojny na dwa fronty – będą starali się jej za wszelką cenę uniknąć. To oznacza, że nasza polityka całkowego polegania na Stanach Zjednoczonych może zawieść, tak jak zawiodła nas strategia opierania się na Wielkiej Brytanii podczas II wojny światowej.

Kto mógłby wyciągnąć do nas pomocną dłoń w obliczu wybuchu konfliktu zbrojnego?

Przede wszystkim musimy myśleć o naszym wojsku jako o sile autonomicznej. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, co współautor książki, Jacek Bartosiak, proponuje w ramach koncepcji: "Armia Nowego Wzoru". Projekt zakłada stworzenie małej, ale bardzo nowoczesnej armii dronów, robotów, nakomicie wyspecjalizowanych zawodowców, opartej na najnowszym sprzęcie i technologii. Musimy mieć własną siłę odstraszania wrogów. Nie chodzi o to, żeby wkroczyć do Rosji i podbijać Moskwę, tylko o to, żeby Rosjanie widzieli, że konflikt z Polską byłby dla nich bardzo kosztowny i ryzykowny. Wojny przyszłości będą wojnami technologii i robotów, a nie pospolitego ruszenia i setek tysięcy ludzi szturmujących okopy przeciwnika.

Czyli bronimy sami siebie.

Tak, ale wiadomo, że to nie wystarczy. Musimy szukać sojuszników, ale wydaje mi się, że najbardziej racjonalnie jest mieć ich blisko. Poleganie na odległych, zamorskich państwach może okazać się dla nas zgubne i katastrofalne w skutkach. W podobnej sytuacji jak my są Turcja, Ukraina, Szwecja oraz Rumunia. To nasi potencjalni sojusznicy. Ale bez względu na wszystko, Polska znów stanie przed wyborem: Niemcy albo Rosja. Ja jestem zwolennikiem opcji zachodniej i uważam, że powinniśmy mieć perfekcyjne stosunki z Niemcami. Jeżeli liczymy na to, że w razie konfliktu z Rosją państwa zachodnie będą nam dostarczały wsparcia w postaci sprzętu i amunicji, to przecież jedyna droga prowadzi do nas przez Niemcy. Nie stać nas na konflikt na dwa fronty, dlatego nie możemy antagonizować Niemiec.

 materiały partnera
Źródło: materiały partnera

Lektura książki "Nadchodzi III wojna światowa" dla wielu czytelników będzie kubłem zimnej wody – szczególnie dla tych, którzy żyli w przeświadczeniu, że nastał czas niezachwianego pokoju. Czy III wojnie światowej da się jeszcze zapobiec?

Gdyby w tej rozmowie towarzyszył nam Jacek Bartosiak, powiedziałby, że III wojna światowa toczy się na naszych oczach każdego dnia. To nie jest wojna kinetyczna, jeszcze nie padły pierwsze strzały, ale konflikt trwa. Obawiam się, że nie da się już tego odwrócić ani zatrzymać, ale mam nadzieję, że na tej drabinie eskalacyjnej nie dojdzie do ostateczności, czyli użycia broni masowego zniszczenia. A co za tym idzie – humanitarnej katastrofy na kolosalną skalę.

Artykuł sponsorowany
d1vkt9b

Podziel się opinią

Share
d1vkt9b
d1vkt9b