Trwa ładowanie...
d1poq7a
Recenzje

Honor na stepie nie zginął

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Honor na stepie nie zginął
("__wlasne)
d1poq7a

Australijczyk Tim Cope w 2004 roku wyruszył na konną wyprawę przez cały step azjatycki. Od Karakorum, prastarej stolicy Mongołów, przez Kazachstan, Rosję, Krym i Ukrainę, aż po Dunaj na Węgrzech. W ciągu ponad trzech lat pokonał około 10 tysięcy kilometrów. Inspiracją byli dla niego mongolscy nomadzi, którzy w XIII wieku pod wodzą Czyngis-chana przemierzyli te tereny i stworzyli największe imperium lądowe w dziejach świata.

Wizja takiej wyprawy kiełkowała w nim, odkąd skończył 19 lat. To wtedy zrezygnował ze studiów prawniczych, by w Finlandii podjąć studia dla przewodników po dzikich terenach. Śladami Czyngis-chana ruszył, gdy miał 25 lat. „Chciałem tu przyjechać z ciekawości, odnajdować lepszą stronę ludzi, niezależnie od tego, kim są, i spełnić tego rodzaju marzenia, o jakich większość zapomina, gdy dorośnie”.

Oporządzanie koni i pakowanie się na początku stanowiło nie lada wyzwanie. Trzeba było bardzo uważać, by bagaże nie spowodowały powstania owrzodzeń i ran u zwierząt, które uchodzą za „arystokratów stepu” (dlatego nie można ich za bardzo obciążać). „Koni używa się tylko do jazdy, a transport to zadanie wyłącznie wielbłądów, wołów i jaków” – pisze Cope w niemal pieciusetstronicowym reportażu „Na szlaku Czyngis-chana” opublikowanym przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wydawcy należą się gratulacje, bowiem rzadko dziś trafiają na rynek książki tak starannie zredagowane, tak rzetelnie przygotowane.

d1poq7a

Wyzwanie, którego podjął się Australijczyk, wydaje się ponad siły, gdy dowiemy się, że kiedy wyruszał w nieznane, nie potrafił jeździć konno. Jednak w końcu opanował tę umiejętność, udało mu się przeżyć kilka lat na stepie, poczuł też, jak mocny związek może łączyć człowieka ze zwierzęciem. Dwa z jego koni – Taskonyr i Ogoniok – niosły go przez większą część drogi. W Kazachstanie dołączył do podróżnika jeszcze pies Tigon. „Z perspektywy czasu najcenniejsza (...) wydaje mi się radość cwałowania na moich rumakach: Tigon pędzi tuż przy ich kopytach i żeglujemy tak przez step, gdzie nic – myśli, uczucia, czas, ziemia ani zwierzęta – nie napotyka żadnych granic”.

Niektórzy z dopiero co poznanych ludzi przyłączali się do Cope’a na jakiś czas; ponad sto rodzin przyjęło go pod swój dach (mieszkańcy wschodnich terenów wierzą, że „gdy gość wchodzi do domu przez drzwi, przez okno wlatuje szczęście”). Kiedy zachorował na grypę, miał się nim kto zaopiekować. „Niektórzy moi gospodarze byli rozpaczliwie biedni, inni znów bogaci, wielu cierpiało z powodu alkoholizmu, niejeden funkcjonował w świecie korupcji i przestępczości, a mimo to większość troszczyła się o mnie jak o przyjaciela, szczodrze udzielając mi swej żywności, paszy dla zwierząt i dachu nad głową, nieraz przez całe tygodnie i miesiące”.

Cope przekonał się, jak trudne jest załatwianie wiz i przekraczanie granicy razem ze zwierzętami. I jak honorowi są koczownicy. Nauczył się bronić przed wilkami i potencjalnymi koniokradami. Jadł suszony ser i kozie głowy. Przestał się dziwić, że pod łóżkiem, w krowim żołądku, gospodarze miejsca, w którym się zatrzymał, przechowują śmietanę.

Zaobserwował, że w Kazachstanie występuje najbardziej ekstremalne ukształtowanie terenu i klimat w całej krainie nomadów. Czasem przemykał po wąskich półkach skalnych, innym razem po pustyni. Poczuł, jak to jest żyć w temperaturze – 40 ° C i + 40 ° C. Był w miejscach, w których głód kazał ludziom łapać i gotować gołębie. Dowiedział się, dlaczego warto wcierać wódkę w dłonie, gdy jest duży mróz. Pił ajrak – fermentowane kobyle mleko, które – jak zauważył Marco Polo – jest niczym białe wino.

d1poq7a

Miał okazję spędzić wieczór przy akompaniamencie dombyry – tradycyjnej, dwustrunowej mandoliny kazachskiej. Dostał worek jęczmienia w prezencie na dwudzieste szóste urodziny. Poznał Ukrainkę, która nauczyła się czytać w wieku 83 lat i która wciąż ma łzy w oczach na wspomnienie Holodomoru, czyli głodu z lat 1931-1933 (z jego powodu zmarło 7 milionów Ukraińców). Dowiedział się, że w kulturze kazachskiej są rzeczy, które wypada ukraść – psy, noże, siekiery i żony. Uczestniczył też w sylwestrowej potańcówce w śniegu przy dźwiękach rosyjskiej i uzbeckiej muzyki. Całkiem sporo jak na trzy lata życia.

Wyprawa śladami Czyngis-chana, choć napełniła Cope’a nową energią, była piekielnie trudną próbą. Australijczyk mierzył się z kapryśną aurą, słabościami swojego ciała i zmęczeniem zwierząt. Czasem również ze zbytnią życzliwością mieszkańców terenów, które przemierzał – bardzo chcieli znaleźć mu żonę...

Mężczyźnie udało się uciec od życia, jakie prowadził w Melbourne, ale nie odciąć od problemów emocjonalnych, które wiózł ze sobą. Przez pierwsze dwa miesiące w podróży towarzyszyła mu jego dziewczyna ̶ Kathrin. Gdy po powrocie do domu kobieta dowiedziała się, że ma chorobę wywołaną przez guza mózgu i że konieczna będzie operacja, Cope nie wrócił dla niej do Australii, choć zdawał sobie sprawę, że w takiej sytuacji powienien to zrobić. Jakiś czas później dostał od ojca poruszającą wiadomość, na którą nie odpowiedział. Nie przewidział, że ojciec zginie wkrótce w wypadku samochodowym... Co te zdarzenia uświadomiły bohaterowi reportażu? Tego dowiedzą się ci, którzy sięgną po jego książkę. Choć o najważniejszych duchowych odkryciach Cope’a pewnie nigdy nie przeczytamy. Bo najtrwalsze ślady, gdy doświadczamy czegoś mocnego, zapisują się w nas; inni nie mają do nich dostępu.

Miejsca, które Australijczyk odwiedzał, zachwycały go, ale i przerażały: „Ciężko przeżywałem wciskającą się wszędzie korupcję i wieńczące ją mechanizmy alkoholizmu i prostytucji”. Natura uczyła pokory: „Step pochłaniał cię i łagodnie zmuszał do ruchu i rytmu, aż w końcu intuicyjnie rozumiałeś swoje miejsce na tej ziemi”.

d1poq7a

Po powrocie z Eurazji podróżnik otrzymał od niemieckiej telewizji fundusze na serię dokumentalną o swojej wyprawie. Podobne wsparcie zaproponowała mu nieco później telewizja z rodzinnych stron. Cope wciąż żyje pomiędzy Wschodem i Zachodem. Marzy o przebyciu nowych dróg, ale i o... napisaniu książki dla dzieci o psie Tigonie. Realizuje program, w ramach którego zabiera do Mongolii australijskich studentów. Zbiera pieniądze na szkołę w miasteczku Chowd. I ze wzruszeniem wspomina moment, gdy pod koniec swojej przygody na stepie usłyszał: „W umyśle, w głowie rozumujesz i zachowujesz się jak nomada, choć jesteś z Australii”.

Czy ktoś dla kogo szlak Czyngis-chana tyle znaczy, mógł się nie zakochać na zabój w kobiecie, która jego fascynacje rozumie?

d1poq7a

Podziel się opinią

Share

d1poq7a

d1poq7a