ycipk-1d8bce

"Hannibal. Chmury wojny": przyjaciele zostali wrogami. Kto wygra ostateczne starcie?

Ben Kane to irlandzki pisarz, autor powieści historycznych, których akcja osadzona jest w starożytnym Rzymie. Każda z nich stała się bestsellerem. Do polskich księgarń właśnie trafiła kolejna, poświęcona legendarnemu przywódcy wojsk antycznej Kartaginy.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Ben Kane
Ben Kane (Materiały prasowe)
ycipk-1d8bce

Dzięki uprzejmości wyd. Znak Horyzont publikujemy prolog książki Bena Kane'a "Hannibal. Chmury wojny" (przeł. Arkadiusz Romanek).

Zobacz także: Koniec świata nie jest tajemnicą. Naukowcy wiedzą, kiedy i jak do niego dojdzie

Prolog

ycipk-1d8bce

Apulia, południowa Italia, lato 261 r. p.n.e.

Po oszałamiającym zwycięstwie i unicestwieniu ponad osiemdziesięciu tysięcy Rzymian Hannibal pozwolił swoim żołnierzom odpoczywać przez noc, dzień i kolejną noc. Hanno przyglądał się twarzom zgromadzonych przed namiotem wodza oficerów i dowódców oddziałów licznych plemion, które wspierały Hannibala. Wcale nie wyglądają na wypoczętych. Zebrało się tu około pięćdziesięciu mężczyzn, w dużej części Kartagińczyków i Numidyjczyków, ale również Iberów oraz Galów. Wprawdzie obmyli twarze i założyli czyste tuniki, trochę pospali, ale i tak wyglądali na… rozbitych. Przeraźliwie zmęczonych. Wręcz wyczerpanych.

Hanno, szczupły, młody żołnierz, wyróżniający się burzą czarnych włosów, nie czuł się wcale lepiej niż jego towarzysze. Nic dziwnego. Bitwa na polach pod Kannami trwała cały dzień. Toczyli ją w morderczym upale, smagani palącymi promieniami letniego słońca. Nawet gdy szala zwycięstwa zdecydowanie przechyliła się na korzyść Hannibala, walki nie dobiegły końca.

Obejrzyj: Prolog: Renata Kuryłowicz o śmierci i spotkaniu ze Stephenem Kingiem

ycipk-1d8bce

Legioniści zostali otoczeni, ale się nie poddawali. Bezlitosna rzeź okrążonych oddziałów skończyła się dopiero po zapadnięciu zmroku. Konie jazdy pokryte były skrzepami zaschłej krwi od podbrzuszy po kopyta, a żołnierze kartagińscy nie poznawali już czerwonych od stóp do głów towarzyszy. Zniknęły krzaki, które były tu jeszcze rankiem. Teraz aż po horyzont ciągnęły się szkarłatne pola krwi. Ci, którzy przeżyli bitwę, zapłacili za zwycięstwo wysoką
cenę.

Koszty tego starcia nie sprowadzały się jedynie do strat w ludziach. Chociaż na polach znajdujących się nie dalej niż dwadzieścia stadia od obozu Kartagińczyków gniło teraz pięćdziesiąt tysięcy Rzymian, poległo również osiem tysięcy ludzi Hannibala. Tego dnia padł również ojciec Hanno, Malchus. Hanno starał się odsuwać od siebie czarne myśli i nie rozpaczać. Większość z tych, którzy zgromadzili się przed namiotem wodza, również straciła kogoś z najbliższych członków rodziny. A jeśli nie, to na pewno bliskiego przyjaciela czy towarzysza. Ale było warto.

Chyba jeszcze nigdy Rzym nie otrzymał tak ciężkiego ciosu. Stała armia republiki została zredukowana o ponad dwie trzecie. Zginął nie tylko jeden z konsulów, ale i setki patrycjuszy z możnych rzymskich rodów. Okropne wieści już z pewnością przekazywano sobie z ust do ust w całej republice. Musiały wywołać wstrząs i niedowierzanie wśród mieszkańców miast i wsi w całej Italii. Wbrew wszelkim przeciwnościom Hannibal pobił największą armię, jaką kiedykolwiek zebrała republika. Pewnie wszyscy zastanawiali się, jakie będą jego kolejne decyzje.

ycipk-1d8bce

Ponieważ wódz rozkazał im stawić się w tym miejscu, na otwartej przestrzeni przed jego namiotem, to samo pytanie nurtowało wszystkich zgromadzonych. Hanno uchwycił spojrzenie Bostara, swojego starszego brata.

Materiały prasowe
Podziel się

– Domyślasz się, co ma nam do powiedzenia? – zapytał szeptem.
– Mogę tylko zgadywać, tak samo jak ty.
– Miejmy nadzieję, że wyda rozkazy marszu na Rzym – wtrącił się Sapho, najstarszy z braci. – Marzę o tym, aby spalić to miasto do cna.

Chociaż Hanno rzadko zgadzał się z Sapho, tym razem pragnął tego samego. Gdyby armia, która właśnie rozbiła legiony, pojawiła się u bram Rzymu, republika nie miałaby innego wyjścia, jak tylko się poddać. Tylko czy jego ocena jest słuszna?

ycipk-1d8bce

– Przede wszystkim musimy przenieść obóz dalej od pola bitwy – powiedział Sapho, marszcząc z niesmakiem nos. – Mam dość tego smrodu.

Hanno się skrzywił. Znów musiał zgodzić się z bratem. Letnie upały sprawią, że z każdym dniem wszechobecny zapach gnijącego mięsa stanie się po prostu nie do zniesienia. Bostar zareagował jednak tylko pełnym pogardy prychnięciem.

– Hannibal ma ważniejsze sprawy na głowie niż myślenie o twoim wrażliwym nosie!
– Żartowałem. Łapiesz? Żart. Takie coś, czego nie rozumiesz… – żachnął się Sapho.
Hanno spojrzał na obu wilkiem.
– Dość tego! – Wtedy kątem oka zauważył, że ubrani na czarno scutarii, straż przyboczna generała, wyprostowali się jak struny, stając na baczność. – Przybył Hannibal. – Rzucił szybko.

Wojska Hannibala przekraczają Alpy/domena publiczna
Podziel się
ycipk-1d8bce

Poły wejścia do namiotu uniosły się i stanął w nim Hannibal skąpany w promieniach porannego słońca. Zmęczeni oficerowie powitali go radosnymi okrzykami. Hanno wiwatował zapamiętale, nie chcąc być gorszy niż jego bracia. Oto człowiek, za którym warto pójść choćby i do Hadesu. Człowiek, który poprowadził armię tysiące stadia z Iberii, przez Galię, do Italii, aby upokorzyć Rzym na jego ziemi.

Hannibal pojawił się w pełnym rynsztunku, jakby sposobił się do bitwy. Na purpurową tunikę nałożył wypolerowany na błysk brązowy kirys. Pteryges z lnianego płótna chroniły jego pachwiny i ramiona, a na głowę założył prosty grecki hełm. Prawy oczodół zakrywał pasek fioletowej tkaniny. Nie miał ze sobą oczywiście żadnej tarczy, ale na pasie piersiowym wisiała zwykła falcata. Na szerokiej, pokrytej zarostem twarzy Hannibala widać było ślady zmęczenia, jednak wódz spoglądał na swoich oficerów z nieskrywaną dumą. Drugie oko, nieosłonięte przepaską, błyszczało z podekscytowania. Hannibal stanął przed nimi pewnie na szeroko rozstawionych nogach. Uniósł ramiona. Od razu zapadła cisza.

– Czy już przyzwyczailiście się do tej myśli? – spytał Hannibal.
– Jakiej, panie? – pierwszy odezwał się Sapho, uśmiechając się przy tym szelmowsko.
Wokół rozległy się radosne śmiechy. Hannibal też się rozpromienił i skinął głową.
– Coś mi mówi, że dobrze wiesz, o co chodzi, synu Malchusa.
– Dopiero to do nas dociera, panie.

Oficerowie zaszemrali, spoglądając po sobie z zadowoleniem. Przed bitwą nikt nie wątpił w taktyczne umiejętności Hannibala, ale jego geniusz militarny sprawiał, że teraz traktowali wodza z jeszcze większym szacunkiem, widząc w nim uosobienie boga wojny. Pięćdziesiąt tysięcy podległych im żołnierzy stanęło do walki z dwukrotnie większą liczbą legionistów, a bitwa zakończyła się nawet nie zwycięstwem, ale druzgocącą klęską republiki.

Hannibal/Getty Images
Podziel się

– Za każdym razem, gdy zapominam o odniesionym zwycięstwie, panie – dodał Sapho – smród z pola bitwy przypomina mi, ilu wrogów zabiliśmy.
Ta uwaga została przywitana kolejnym wybuchem śmiechu.
– Nie bójcie się, wkrótce wyruszamy – powiedział Hannibal.
Zamilkł, czekając, aż oficerowie spoważnieją.
– Dokąd, panie? Czy na Pole Marsowe pod murami Rzymu? – krzyknął Hanno. Z zadowoleniem zorientował się, że wielu oficerów pokiwało aprobująco głowami. Jednym z nich był Maharbal, dowódca kawalerii Hannibala.
– Wiem, że właśnie tego chciałaby większość z was. Ale mam inny plan. Od Rzymu dzieli nas prawie dwa i pół tysiąca stadia. Ludzie są wyczerpani. Zapasy ziarna mogą nie wystarczyć na drogę, nie mówiąc już o tym, że gdy znajdziemy się u wrót stolicy republiki, nie zostanie już nic. Mury Rzymu są wysokie, a my nie mamy machin oblężniczych. A kiedy już znajdziemy się pod murami, z pustymi brzuchami, ruszą na nas kolejne legiony. Zanim się zbliżą, będziemy musieli się wycofać lub utkniemy między młotem a kowadłem, między wypoczętymi siłami a garnizonem miasta.

Słowa Hannibala spadały na nich jak deszcz ciężkich, ołowianych pocisków procarzy. Entuzjazm Hanno słabł z każdą chwilą, redukowany pewnością siebie generała. Te same pełne niedowierzania wątpliwości pojawiły się na wielu twarzach wokół niego, przebijały z wypowiadanych szeptem opinii.

– Być może wcale do tego nie dojdzie, wodzu – Maharbal ośmielił się zwerbalizować wątpliwości dowódców. Jego słowa przywitała pełna zaskoczenia cisza. – Trzy razy pokonaliśmy Rzymian – ciągnął Maharbal. – Pobiliśmy ich nad Trebią, nad Jeziorem Trazymeńskim i teraz tutaj, pod Kannami. Musieli już stracić sto tysięcy ludzi. Tylko bogowie wiedzą, ilu patrycjuszy i senatorów poległo, ale należy zakładać, że republika poniosła niepowetowane straty. Możemy swobodnie plądrować te ziemie, palić i grabić. Jeśli ruszymy na Rzym, wkrótce wyjdą z propozycją pokoju. Jestem pewien!
– Cholerna racja! – zawołał Sapho.

Materiały prasowe
Podziel się

Oficerowie zaszemrali, głośno wyrażając swoje poparcie. Słowa Maharbala mogły budzić nadzieję, ale Hanno dobrze pamiętał, jak zachowywał się jego przyjaciel, Kwintus, gdy mierzył się z trzema uzbrojonymi wagantami. Młody Rzymianin miał podówczas zaledwie szesnaście lat, a zdecydował się stanąć do walki w pojedynkę. Uznał wtedy, że ma do czynienia z jednym z najbardziej upartych i najbardziej odważnych ludzi, jakich kiedykolwiek spotkał. A potem przekonał się, że te cechy były typowe dla wszystkich Rzymian. Podczas bitwy dwa dni temu wielu legionistów walczyło do końca, nawet gdy stało się jasne, że losy starcia były przesądzone.

Hannibal zastanawiał się nad odpowiedzią. Jego palec błądził przez jakiś czas po ustach.
– Jesteście tak pewni swojego osądu – stwierdził w końcu, przyglądając się uważnie najpierw Maharbalowi, a potem Sapho.
– Tak, panie. Bo kto po poniesieniu dwa dni wcześniej tak ogromnych strat potrafi kontynuować walkę? Nikt! – przekonywał Sapho.
– Ma rację!
– Tak jest! – wołali oficerowie.
Jeśli Kwintus żyje, podda się dopiero, gdy padnie bez tchu – pomyślał
ponuro Hanno. Wolałby śmierć niż hańbę kapitulacji.

(…)

Powyższy fragment pochodzi z książki Bena Kane'a "Hannibal. Chmury wojny", która ukazała się nakładem wyd. Znak Horyzont.

Polub WP Książki
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.

ycipk-1d8bce

ycipk-1d8bce
ycipk-1d8bce