Grozi nam scenariusz z Krymu? Generał Tomasz Drewniak: Macierewicz ma sukcesy w niszczeniu morale polskich żołnierzy

– Rozmawiałem wczoraj z attache Ukrainy. Ich armia przez dwa, czy trzy lata przed zajęciem Krymu, była sterowana przez polityków promoskiewskich i dość mocno rozmontowywana – generał Tomasz Drewniak, były inspektor Sił Powietrznych ujawnia, jak wygląda sytuacja w polskiej armii zarządzanej przez ministra Antoniego Macierewicza. Zmierzamy ku katastrofie?
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Tomasz Drewniak, generał brygady rezerwy. Były Inspektor Sił Powietrznych w Dowództwie Sił Powietrznych.
Tomasz Drewniak, generał brygady rezerwy. Były Inspektor Sił Powietrznych w Dowództwie Sił Powietrznych. (Maga Sokalska)

Rachela Berkowska: Rozmawiamy w rocznicę pamiętnego spotkania z prezydentem, powiedział pan w jego trakcie, że polskie lotnictwo zmierza ku katastrofie. Dziesięć dni później został zdymisjonowany.

Generał Tomasz Drewniak: Tłumaczę w książce, że nie użyłem słowa katastrofa, zasygnalizowałem problem. Spotkanie odbyło się u nas w dowództwie, na sali operacyjnej, pamiętam je dość dokładnie. Dyskutowaliśmy o przyszłości lotnictwa. Wydawało mi się, że gremium najważniejszych osób w kraju, z panem prezydentem i ministrem obrony narodowej, jest jak najbardziej odpowiednie do zainicjowania takiej rozmowy. Odbywały się prezentacje poszczególnych inspektorów. Pan prezydent zadał pytanie dotyczące lotnictwa transportowego. Zacząłem odpowiadać, przedstawiłem możliwości rozwoju, doszliśmy do samolotu transportowo-tankującego MRTT i wtedy minister Macierewicz przerwał. Zaskoczył mnie informacją, że nie będziemy dłużej inwestowali w samoloty transportowe i wystąpiliśmy z programu, w którym z powodzeniem uczestniczyliśmy od trzech lat.

Jak pan zareagował? I jak to możliwe, że jako inspektor Sił Powietrznych nie wiedział pan nic o wycofaniu się z programu?

Wiele lat służby przyzwyczaiło mnie do interakcji z różnymi przełożonymi, zachowałem spokój. Ale byłem kompletnie zaskoczony. Kolejny rok prowadziliśmy międzynarodowy program, co więcej, byliśmy w nim drugim krajem wiodącym, zaraz po Holandii. Zmierzaliśmy w kierunku zakupu samolotów. Idea była taka - wpłacaliśmy pieniądze i zostawaliśmy właścicielem, dostawaliśmy określoną sumę godzin do wykorzystania, część mogliśmy również sprzedawać na wolnym rynku i już wiedzieliśmy, że będą na to chętni. Jako duży gracz, mieliśmy spore udziały w całej transakcji. Nie było żadnych symptomów wątpliwości. Program wydawał się sensowny i mocny. A tu nagle pan minister stwierdza, że jest zły i koniec.

Jaki był ciąg dalszy rozmów po tym zgrzycie?

Od samolotów transportowych przeszliśmy do bojowych. Pan prezydent pytał o uzbrojoną wersję samolotu M-346. Przedstawiłem jego możliwości. Byliśmy we Włoszech z panem ministrem Kownackim, gdzie nam go pokazano. A potem zaczęliśmy rozważania, jak będzie wyglądało lotnictwo bojowe, kiedy za jakieś dziesięć lat, używane do tej pory SU-22 i MIG-29, przejdą do historii. Czy pójdziemy w stronę uzbrojonego M-346, F-35, a może pojawi się jeszcze inna opcja? Zauważyłem, że cały proces, od złożenia deklaracji, do osiągnięcia zdolności bojowej pierwszej eskadry, zabiera dziesięć lat. I jeśli dziś rozpoczniemy dyskusję, to w perspektywie właśnie tych dziesięciu, dwunastu lat, możemy wypracować najlepsze rozwiązanie. Taki był sens mojej wypowiedzi. Nie upierałem się na konkretny statek powietrzny, chciałem szukać wariantu skrojonego najlepiej na nasze możliwości.

I dziesięć dni po tym spotkaniu został pan zdymisjonowany. Rozumie pan co się wtedy wydarzyło?

Nie rozumiem. Opowiedziałem o swojej wizji i możliwościach rozwiązań. To było otwarcie pewnej dyskusji, zasygnalizowanie problemów, które mogą się pojawić w przyszłości. Mogłem nie powiedzieć nic. Moja kadencja trwała rok, wytrwałbym jeszcze parę lat i przeszedł na emeryturę do cywila. Ale czułem się w obowiązku.

Jak się pan dowiedział o dymisji, w książce nie ma o tym słowa. Dostał pan pocztą tę przysłowiową szarą kopertę?

Spotkanie miało miejsce 8 listopada. 10. zobaczyłem się jeszcze z panem ministrem na placu Piłsudskiego. Następnego dnia, podczas Narodowego Święta Niepodległości, staliśmy razem na trybunie przyjmując paradę. Była miła atmosfera, uściski dłoni. A nawet dotarł do mnie sygnał, że wtedy ósmego to była merytoryczna i elegancka rozmowa.

Sygnał z czyich ust?

…dotarł do mnie sygnał, że takich dyskusji nam trzeba. Uwierzyłem, poczułem wiatr w żaglach. 18 listopada odbywała się w Dęblinie promocja oficerska. Jako inspektor Sił Powietrznych powinienem tam być, a jako pilot i były dowódca 4. Skrzydła Lotnictwa Szkolnego w Dęblinie, tym bardziej. I teraz zaczyna się przykra część. Trwa uroczystość, stoimy obok siebie z generałem Różańskim i nagle z tyłu zaczynają dochodzić mnie szepty: ”Drewniak nie jest już Inspektorem”. Aż w końcu podchodzi do mnie kolega i mówi: Słuchaj, dostałem SMS, podobno zdjęli cię ze stanowiska.

Uwierzył pan?

Jest piątek, w międzyczasie minister Fałkowski (podsekretarzem stanu w MON) umawia się ze mną na spotkanie na poniedziałek. Nie mam pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Podchodzę do generała Różańskiego, dzielę się z nim tym, co właśnie usłyszałem:
– Ja nic o tym nie wiem, jesteś dalej inspektorem, idziemy do Pałacu Jabłonowskich na koktajl – zarządza i ruszamy.
Ale zanim docieramy na miejsce, odbiera telefon z informacją o mojej dymisji. Do mnie wciąż nikt się nie odzywa. Chcę zawracać:
– Już mnie nie ma, nie mam tu czego szukać – mówię. Różański się na to nie zgadza i tak razem wchodzimy na salę.

Jak, w tak skrajnie trudnej chwili zachować kamienną twarz?

Ktoś może nie dbać o moje samopoczucie, czy ego, ale proszę się zastanowić, jak ci młodzi oficerowie mogli się poczuć w takiej chwili? Na ich oczach, w przedziwny sposób, zdjęto właśnie ze stanowiska najważniejszego lotnika w kraju. Przepraszam, że tak mówię. To nie jest przechwalanie się, tylko fakt. Gdyby ktoś zadzwonił do mnie rano i powiedział: ”Panie Generale, proszę wracać do Warszawy”. Żołnierz wykonuje rozkazy, wsiadłbym do auta i wrócił. Różne miałem myśli wchodząc do tej sali. Nie chcę nikogo oskarżać. Dostałem na koniec służby trudną lekcję. Tak właśnie mnie zwolniono, a potem przyszła koperta.

Nie zwalnia się bez podania powodu. Co pan przeczytał w uzasadnieniu?

To było szokujące. Decyzję wydano z datą 18 listopada, zwolnienie w trybie natychmiastowym. Tak zwalnia się kogoś oskarżonego o przestępstwo. Kogo można podejrzewać o to, że podczas rozliczania się ze stanowiskiem, zrobi coś niepożądanego. W poniedziałek rano przyjechałem do pracy. Mój następca już tam był. Otworzyłem kopertę, a potem się spakowałem. Nie jest łatwo spakować 30 lat życia w parę kartonów. Ponad 30 lat wojskowego życia.

Był jakiś uścisk dłoni, słowo?

W życiu dowodziłem kilkoma jednostkami. Również w czasach, kiedy funkcjonowała jeszcze zasadnicza służba wojskowa. I trafiali do niej różni żołnierze, lepsi i gorsi. Ale nawet, jeżeli narozrabiali, a zdarzały się przecież ekscesy alkoholowe, uważałem, że pewne standardy muszą obowiązywać, dowódca jednostki ma obowiązek ich pożegnać. On jest nie tylko od odbierania zaszczytów i laurów, ale również od tego, by spojrzeć żołnierzowi w oczy i powiedzieć: ”Zwalniam pana, nie będziemy razem pracować”. Tylko trzeba mieć trochę odwagi cywilnej, żeby się zdobyć na tę szczerość: ”Nie podoba mi się pana sposób myślenia, nie po drodze nam ze sobą”. Każdy z nas wie, że kiedyś odejdzie.

Zabrakło szczerości. W jakim momencie odchodził pan z armii?

Planowałem dość dokładnie całą swoją trzyletnią kadencję inspektora. Długo przygotowywałem się do tego stanowiska. Nie chcę powiedzieć, że miałem partyturę rozpisaną na lata, ale miałem konkretne plany. Dosłownie chwilę wcześniej, na corocznym zlocie, jak nazywamy odprawę kadry kierowniczej, długo rozmawialiśmy z dowódcami jednostek i stawialiśmy sobie zadania na kolejny rok szkoleniowy. Był koniec października. Nie miałem pojęcia, że się z nimi żegnam. 2016 był dla nas bardzo intensywny. Mieliśmy poczucie, że jesteśmy na fali wznoszącej. Dyskutowaliśmy o udziale F-16 w misji, ćwiczeniach ”Anakonda”, zabezpieczeniu szczytu NATO, może nie byliśmy na pierwszym planie, ale to wszystko było dla nas ważne. Powiem pani, że podczas ”Anakondy”, po raz pierwszy ćwiczyliśmy tak zwane ”join fire”, kiedy poszczególne rodzaje broni, w tym wypadku artyleria z czterech krajów, atakuje razem cel, żeby osiągnąć jak największą efektywność. Ugrupowanie samolotów i śmigłowców prowadził po raz pierwszy polski pilot.

Anakonda WP.PL
Podziel się

"Anakonda 2016" - największe ćwiczenie wojskowe w Polsce po 1989 roku.

Pamięta pan jego nazwisko?

Tak, ale nie chcę go wymieniać. Nie był to pułkownik, ale młody kapitan, zrobił wielką robotę. Trzeba wiedzieć, że na ćwiczeniach, podczas których latają Amerykanie, ugrupowanie prowadzą sami, albo robi to ktoś przez nich doceniony. Są takie kraje, które jeszcze długo nie będą prowadzić, nie chcę nikogo dotknąć, nie będę ich teraz wymieniał. Chcę tylko zaznaczyć, że wybór polskiego pilota, to nie był żaden ukłon w naszą stronę, tylko uznanie fachowości. Czułem dumę.

Wspomina pan ”Anakondę”. Co pan sądzi o niedawno skończonych ćwiczeniach ”Dragon”?

Podczas ”Anakondy” przez dwa tygodnie siedziałem w bunkrze, widziałem każdy ruch samolotu. Do tych ćwiczeń ciężko mi się odnieść. Antoni Macierewicz mówił o nich, że to był wielki sukces…

Widzę, że nie chce pan o tym mówić, ja powiem. Prasa nie była już taka łaskawa. Tam, gdzie minister ogłaszał sukces, inni mówili: dramat. Kiedy podczas ćwiczeń zaledwie 40 osobowy oddział Obrony Terytorialnej odbił lotnisko w Szymanach z dwukilometrowym pasem startowym. Były oficer GROM skomentował: "Z miejsca by ich wytłukli”. Tak można odbić willę, nie obiekt strategiczny. Podczas ”Dragona” nie udało się sforsować Wisły. Tłumaczono to zbyt wysokim poziomem wody. Kiedy ten argument padł, bo poziom wody był w normie. Mówiono, nurt był zbyt szybki.

Może dobrze, że tak się stało? Jeżeli przyjmiemy zbyt łatwe założenia, które z miejsca nam się udadzą, nigdy nie zbliżymy się do realnego zagrożenia. Trzeba przerabiać również negatywne scenariusze. Niepowodzenie powinno być impulsem do rozwoju.

Tak było, kiedy w 2015 roku podczas symulacji komputerowej w ciągu czterech godzin straciliśmy całe lotnictwo? Mówi pan o tym w książce.

Dokładnie tak. Przegraliśmy, to teraz siada cały zespół, wszystkie głowy pracują i staramy się wykombinować rozwiązanie. Nie udało się zbudować przeprawy przez Wisłę, sprawdzamy dlaczego - ludzie byli nieprzygotowani, zaplecze niewystarczające? Nie zmienimy nurtu rzeki, może trzeba lepiej wyszkolić żołnierzy, dokupić im nowy sprzęt.

Oglądałam zdjęcia z ćwiczeń. Gołym okiem widać było podział na ”lepsze” wojsko Macierewicza w kewlarowych hełmach, ze środkami łączności. I rezerwę, w kamizelkach pustynnych i hełmach z czasów PRL-u.

Jestem zdania, że jeśli szkolimy żołnierza, nie możemy - powiem brzydko - bidować. Jeśli wprowadzamy buty, czy kurtki goreteksowe, to bielizna też powinna być techniczna. Nie dawajmy im z magazynu starych kalesonów, bo to razem nie działa.

Oni nie mieli nawet śpiworów, tylko stare koce, a spali w prowizorycznych szałasach.

Powiem tyle, Amerykanie szkoląc swoich żołnierzy ze specjalnych formacji, próbują doprowadzić ich do skrajnego wyczerpania w różnych warunkach, z wychłodzenia, niewyspania. Badania wskazują, że wydajność fizyczna i intelektualna osoby niewyspanej drastycznie spada. Proszę sobie wyobrazić, że trzeci dzień wojuje pani w kocu z przemoczonymi nogami. Jak pani chce walczyć?

Wojsko nie ma BMS-a. To taki cywilny GPS. MON w ubiegłym roku zerwało przetarg. Czym grozi jego brak?

Dotyka pani czubka góry lodowej. BMS, Battlefield Management System jest systemem zarządzania na polu walki. Żeby strukturę można było nazwać militarną, musi mieć kilka cech. Mundury, uzbrojenie, system dowodzenia, który ma możliwość wysyłania sygnałów, zapewniający komunikację. Pod Grunwaldem Jagiełło stał na górce i widział pole bitwy. Dziś te przestrzenie operacyjne, w których walczymy są nieporównywalnie większe. A my musimy wiedzieć o przeciwniku wiele, żeby móc przewidzieć jego ruch.

Działamy jak dzieci we mgle? Zapytam o Wojska Obrony Terytorialnej, oczko w głowie ministra Macierewicza. Czy w ciągu 16 dni można wyszkolić ludzi? Czytałam głosy, że to jest szykowanie ich na rzeź.

Sama idea jest bardzo pozytywna. Mieć pewien przeszkolony zasób ludzki, który będzie mógł wspomagać wojska operacyjne. Ale dziś żołnierz jest wysokiej klasy specjalistą. Ma całą masę sprzętu, który musi opanować. To już nie są czasy, kiedy po wystrzale z muszkietu biegnie się bić na bagnety. Trzeba też umieć działać w grupie. Czas poświęcony na przeszkolenie Obrony Terytorialnej, w mojej ocenie absolutnie uniemożliwia wyszkolenie żołnierza.

Jak to rozumieć? Podczas ostatnich nominacji generalskich, na 14 oficerów nominowanych na pierwszy stopień generalski, siedmiu nie miało wystarczającego wykształcenia.

Nie chciałbym oceniać kolegów. Wiele się mówi o wadze przestrzegania prawa. Dla mnie to oczywiste, począwszy od konstytucji, po rozporządzenia i rozkazy dowódców. Jeżeli, jako dowódca szczebla operacyjnego, bezwzględnie wymagam, żeby moje rozkazy były wykonywane, bo to podstawa funkcjonowania wojska. To na wyższym poziomie nie może być tak, że nie przestrzega się ustawy! I jeżeli ustawodawca napisał, że do nominacji generalskiej trzeba ukończyć wymagany kurs, w kraju, lub za granicą. To albo należy go skończyć, albo zmienić prawo. Jeśli ktoś wymaganego kursu nie zaliczył, nie ważne jakie poniósł zasługi, skierujcie go na ten kurs, a dopiero potem awansujcie. Bo doprowadzimy do sytuacji, że podwładny w jakimś momencie powie: ”Eee, pan generał przysłał głupi rozkaz, nie będziemy go realizować”. Muszą być jasne zasady.

East News
Podziel się

Bartłomiej Misiewicz nie mając profesjonalnego doświadczenia w wieku 26 lat został rzecznikiem MON, szefem gabinetu politycznego MON, członkiem rady nadzorczej Polskiej Grupy Zbrojeniowej. We wrześniu 2016 roku został zawieszony w ich pełnieniu.

Muszą, ale są naginane. Pojawił się termin ”misiewiczowanie”. I głosy, że zamiast kursu, wystarczy potrzymać nad głową współpracownika Macierewicza parasol.

Wielu z tych ludzi, którzy zostali generałami, to moi koledzy. Świat oficerów jest dosyć mały, w większości się znamy. Jeżeli dokonuje się skoków o dwa, trzy stopnie, a takie sytuacje miały miejsce, to rodzi ferment. Zanim sam zostałem generałem, zajmowałem stopień pułkownika przez osiem lat. W tym czasie byłem dowódcą czterech jednostek, w jednej zastępcą, szefem instytucji centralnej. Kiedy zostałem generałem, byłem dowódcą skrzydła, szefem lotnictwa i po kolejnych ośmiu latach zostałem awansowany na dwugwiazdkowe stanowisko Inspektora Sił Powietrznych. Ktoś może powiedzieć, że byłem mało zdolny. No dobrze, można skrócić ten okres do pięciu lat, trzech, ale nie wolno przeskakiwać szczebli. Taki szybki awans, to szkoda dla tych ludzi. Oni nie są źli, a robi się im krzywdę, po lotniczemu mówiąc prowadząc ”na dopalaniu”. W większości doszliby do tych stanowisk, zyskując przy okazji doświadczenie.

Brak czytelnego systemu awansowania musi budzić negatywne emocje.

Owszem, bo jeśli są ludzie, którzy wzorcowo przechodzili ten szlak bojowy i nagle, tuż przed metą, zostali przeskoczeni, to jak oni się dzisiaj czują? Dowodził jedną jednostką, drugą, był na misji. Usłyszał: ”Stary, teraz wyślemy cię daleko od domu. Masz tu zadania, jak je wykonasz, dostaniesz szansę na awans”. W wojsku, to normalna metoda - kija i marchewki. I taki człowiek haruje po 16 godzin na dobę, zostawia rodzinę, ona mu się być może rozpada, a na końcu ktoś go przeskakuje. Procedury - to jest w wojsku słowo klucz. Wtedy nie ma uznaniowości, która jest najgorszą rzeczą, jaka może się trafić. Bo wtedy dopuszczamy do konkursu rodem z ”Mam talent”. Wszyscy stroszą piórka i myślą tylko, jak zadziwić świat. Wojsko nie na tym polega. Oni mają obowiązek ciężko pracować. A przełożeni mają obowiązek tę ciężką pracę widzieć. Powiem tak, ważne jest, jak oficer wygląda w mundurze i do którego miejsca zgina mu się kręgosłup, a od którego już nie. Wiedza jest sumą teorii i praktyki. Jeśli tym ludziom nie daje się wiedzy w postaci kursów, ani praktyki, skazuje się ich na życie w permanentnym stresie. Nie zazdroszczę im. Są nieprzygotowani, a przyjdzie im podejmować decyzje. Dziś widać, że wojsko mocno się wycofało.

Brak decyzji może być tragiczny w skutkach, widzieliśmy to na Krymie. Jak pan myśli, gdyby dziś doszło do mobilizacji porównywanej z tą, jaka miała miejsce wiosną i latem 2014 roku na Ukrainie, jak zachowywałaby się nasza armia?

Trudne pytanie. Miałem okazję rozmawiać wczoraj z attache Ukrainy. Mówił mi o tym, że ich armia przez dwa, czy trzy lata przed zajęciem Krymu, była sterowana przez polityków promoskiewskich i dość mocno rozmontowywana.

To się właśnie dzieje u nas? Słyszałam takie hasło ”ukarainizacja” armii, ale nie potrafiłam go sobie wytłumaczyć. Czy polska armia jest rozmontowywana?

Nie chciałbym wyciągać tak dalekich wniosków. Ale jeżeli nie uczy się ludzi podejmowania decyzji, nie zawsze popularnych, czasem na granicy ryzyka, nie jest dobrze. Nie da się w jedną noc zrobić z kierowcy jeżdżącego autem osobowym, kierowcy rajdowego. Potrzebne jest doświadczenie. Nie postawiliśmy mostu na Wiśle, trudno, ale trzeba przeanalizować dlaczego się nie udało. Nie wiem ile Kubica rozwalił samochodów, pewnie sporo, ale czy jest złym kierowcą?

Dlaczego w naszej armii wiele spraw stoi na głowie? Mamy wozy, ale na przykład brak nam kierowców z przeszkoleniem noktowizyjnym. Co więcej, czytam, że takie szkolenie nie jest planowane.

Śmieję się, że mamy w Polsce tendencję do budowania roweru od nowa. Zanim nasz rower zacznie jeździć, trzeba go przecież pokazać jakimś ważnym ludziom. Dobrze, żeby do tego stał, dlatego musi mieć kwadratowe koła. Tak właśnie jest u nas jest. Wracając do attache - mówił, że u nich ten plan destabilizacji armii był długofalowy. Nie sądzę, żeby w Polsce było aż tak źle.

Słyszał pan, że książka Tomasza Piątka, ”Macierewicz i jego tajemnice”, w której stawia m.in tezę o tym, że Antoni Macierewicz współpracuje z rosyjskim wywiadem wojskowym GRU, zdobyła właśnie nagrodę Organizacji Reporterzy bez Granic na Światowym Forum Demokracji w Strasbourgu?

Oczywiście. Nie chciałbym się do tego odnosić. Wydaje mi się, że uczciwy dziennikarz, powinien rzeczowo zbadać temat. Piątek mówi, że poświęcił na to parę lat. Można się zgadzać z jego tezą, albo nie, na pewno trzeba wyciągać wnioski ze zgromadzonych faktów.

Ostatnie pana zdanie w książce brzmi: ”Myślę, że minister Macierewicz ma ogromne sukcesy w niszczeniu morale polskich żołnierzy”.

Bo ma. Jest takie stare wojskowe powiedzenie - żołnierz ma wiele obowiązków, ale też jedno niezbywalne prawo, być dobrze dowodzonym. Jeżeli zdejmuje się dowódców bez podania przyczyny, a co do ważnych spraw w kółko zmienia się zdanie, to znaczy, że jest bardzo źle. Raz słyszymy - kupujemy śmigłowce, za chwilę - nie kupujemy. We wrześniu ’39 roku żołnierze pytali, gdzie są nasze karabiny przeciwpancerne? Ktoś nie odrobił lekcji? Ostatnio poszła w świat informacja: kupujemy 50 tysięcy karabinków nowego systemu broni modułowej. Ucieszyłem się. Są bardzo dobre, miałem okazję z nich strzelać. Fajna broń i wreszcie odchodzimy od klonów kałasznikowa. Chce pani wiedzie, jakie są fakty? Tak naprawdę nie 50 tysięcy, kupujemy tysiąc, bo rzeczony karabinek nie przeszedł jeszcze testów.

Nigdy wcześniej generałowie nie zabierali publicznie głosu, odsłaniając tajemnice armii i mówiąc rzeczy niepopularne. Dlaczego zdecydował się pan na tę książkę?

To nie wynika z naszej potrzeby zaistnienia w mediach. Wolałbym siedzieć w swoim warszawskim gabinecie na Żwirki i Wigury i dalej realizować plany, niż być bohaterem książki. Nie potrzebuję popularności, mam zastrzeżony numer telefonu, nie mam konta na Facebooku i Twitterze. Intymność jest dla mnie ważna. Zastanawiałem się, czy chcę zabrać publicznie głos w sprawach armii, to był dla mnie dylemat. Mam świadomość, że zyskam paru kolegów paru stracę, ale moim, naszym obowiązkiem jest mówienie prawdy. Uznałem, że trzeba to wszystko głośno powiedzieć. To nie jest atak na jedną osobą. Nie uwzięliśmy się, bo wyrzucił nas z pracy. Armia jest własnością państwa. Nie tworzą jej najemnicy, jak kiedyś, ale Polacy. I to od nas dowódców zależy, jak tych ludzi ukształtujemy, jak z nimi pójdziemy na wojnę i na końcu, jak ich pożegnamy. Bo wielu z nich do domu nie wróci, to nie jest gra w piłkę, dwa razy po 45 minut, ewentualnie dogrywka. Ludzie giną na wojnie i trzeba się i z tym zmierzyć.

Ma pan pod skórą żal?

Niedosyt. Bo miałem plan rozwoju armii i szansę jego realizacji.

A jeśli zmieni się układ polityczny i usłyszy pan: generale proszę wrócić…

Przed taką decyzją, poprosiłbym o dwa miesiące na zapoznanie się z sytuacją. Nie chciałbym czegoś obiecać i zawieść. Nie interesuje mnie dryfowanie z nadzieją na to, że może dostanę kolejną gwiazdkę. Poszedłem do liceum lotniczego, mając trochę ponad czternaście lat. Całe moje życie, to wojsko. A to w cywilnym wydaniu, zaczęło się ciut za wcześnie. Wielu kolegów powtarza mi to z przekąsem, zazdroszczą 53 latkowi emerytury. Drogi powrotu nie zamykam.

Tomasz Drewniak, generał brygady rezerwy. Były inspektor Sił Powietrznych w Dowództwie Sił Powietrznych. Rocznik 1964. 34 lata służby. Jeden z najbardziej doświadczonych oficerów. Zwolniony ze stanowiska bez podania przyczyn. 29 czerwca 2017 r. odbył ostatni pożegnalny przelot nad lotniskiem w Dęblinie. Dzień później odszedł z armii.

Materiały prasowe
Podziel się

Generałowie, Niewygodna prawda o polskiej armii, Juliusz Ćwieluch, Wielka Litera_

O autorze: Juliusz Ćwieluch, ur. 1975 r. w Starachowicach. Absolwent filmoznawstwa na UJ. Dziennikarz i reporter z siedemnastoletnim stażem. Zaczynał w lokalnej ”Gazecie Wyborczej”. Pierwsze teksty poświęcone armii zaczął drukować w 2003 r. Od dziesięciu lat pracuje w tygodniku ”Polityka”.

Obejrzyj też: #dziejesię 16:50: Reporter WP Tomasz Molga na ćwiczeniach Dragon-17

0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.