Trwa ładowanie...
felieton
26-04-2010 13:49

GOD 2.0 kontra YHVH

Wydaje się, iż nigdy dotąd przełożenie nauki na problemy codziennego życia nie było tak bezpośrednie i szybkie, nigdy dotąd kwestie postępu rozumianego właśnie na sposób SF – tj. pozytywistyczny, technologiczny – nie wzbudzały tak żywych debat publicznych.

Share
GOD 2.0 kontra YHVHŹródło: Inne
d2v5rag

Koszmar senny: Giertychowie zakochali się w polskiej fantastyce.
Roman Giertych już pisywał SF bliskiego zasięgu (pod pseudonimem, co prawda). Nie jest nie do pomyślenia zbieg politycznych okoliczności, w których Giertych junior lub senior wychwala publicznie naszą literaturę SF-F w swoim giertychowym stylu.
Jak się obronić przed takimi przyjaciółmi?
Nie obronili się krytycy teorii ewolucji. Smok Wawelski pożarł wszystkich naukowców kontestujących neodarwinizm i wskazujących braki w jego modelach specjacyjnych. Teraz już można być tylko za ślepą ewolucją, albo iść się sfotografować z krakowskim jaszczurem.
Pocieszmy się: w Ameryce dyskusja w tej sprawie prowadzi do jeszcze większej polaryzacji. Tradycja katolicka, wbijająca między wiernego i Objawienie Kościół z jego instytucjonalną interpretacją Słów i Znaków, zapobiega przynajmniej sankcjonowaniu odczytań najbardziej naiwnych, z „biblijnym kreacjonizmem” na czele (Bóg stworzył świat w sześć dni, licząc od wtorkowego popołudnia parę tysięcy lat temu). Ma to oczywiście także złe strony, bo tak samo hamuje dociekania rozsądne, o ile prowadzą za daleko poza ortodoksję. Absolutna dominacja jednej wykładni byłaby tu niezwykle szkodliwą, tak samo jak dla postępu w Chinach szkodliwą była jedynowładza cesarska: pewne rozwiązania mogą się wyłonić tylko w warunkach wolnej konkurencji.
Zarazem podobny mechanizm automatycznego gaszenia ekstremów bywa cenny o tyle, że nierzadko stanowi warunek sine qua non jakiegokolwiek dialogu. Dyskutować można tylko w ramach jednego języka, we wspólnej siatce pojęć. Aborcjonista z antyaborcjonistą nie dyskutuje: tłuką się po łbach swoimi językami, usiłując zmusić przeciwnika do wejścia w zabójczą dlań sieć semantyczną. Aborcjonista nie może powiedzieć, że „płód” to „dziecko nienarodzone”; antyaborcjonista nie może powiedzieć, że „dziecko nienarodzone” to „płód”. Potknięcie na jednym słowie oznacza automatyczną klęskę całej formacji światopoglądowej. Brak punktów wspólnych. Tłumacze to zdrajcy.
To samo mamy z ewolucjonistami i kreacjonistami. Albo najwyższą instancją jest dowód z przyrody i rozumu, i wtedy nie dajemy wiary mitom starotestamentowym; albo najwyższą instancją jest Objawienie, zawarte m. in. w Starym Testamencie, i wtedy przyroda i rozum ludzki są zaledwie igraszką w rękach Boga.
Ratunek w sztuce, w literaturze, która potrafi tworzyć własne, cudownie pojemne języki. I na takiej to właśnie „ziemi niczyjej” pomiędzy dwoma systemami pojęć spróbował postawić swoje „sfabularyzowane hipotezy” Robert J. Sawyer w powieści science fiction o kreacjonizmie, Inteligentnym Projekcie, paleontologii, wielkich wymieraniach Obcych, kosmologii i poszukiwaniu Boga: Calculating God.
Sawyer to jeden z solidnych rzemieślników hard SF: przed przystąpieniem do pisania przeprowadza stosowny research, opiera się na teoriach w miarę aktualnych i buduje swoje intrygi z klasycznych zagadek naukowych, w tradycji „SF pretekstowej”. Rzadko jednak można znaleźć u niego oryginalne idee, zazwyczaj są to rozwinięcia cudzych hipotez albo zlepki koncepcji już znanych z SF; literacko niczym się nie wybija ponad przeciętność, trzymając się ledwie poprawnego języka, stosując najprostsze formuły dramaturgiczne i wycinając swoich bohaterów z podręcznika Plot Devices for Dummies.
Nie inaczej wygląda Calculating God. Skoro naukowiec-ateista postawiony wobec kwestii istnienia Boga – to taki w terminalnym stanie choroby nowotworowej, zachwiany w swym ateizmie w obliczu śmierci. Banalne wglądy psychologiczne mówią nam tu jednak coś o stopniu sekularyzacji kanadyjskiej kultury: ów Sawyerowy protagonista, człowiek wykształcony, paleontolog na wysokim stanowisku w Royal Ontario Museum, nie potrafi wymienić więcej niż trzech z Dziesięciu Przykazań! A tymczasem z drugiej strony - skoro dostajemy kreacjonistów, to oczywiście parę rednecków z południa USA, wysadzających w powietrze kliniki aborcyjne i „bluźniercze” skamieliny.
I pomiędzy te ekstrema spadają nam z nieba pająkopodobni Obcy, Obcy, którzy przemierzają kosmos w poszukiwaniu Boga.
Nie ma jednak owo poszukiwanie nic wspólnego z ich wiarą religijną, nie mieli swojego Objawienia. Szukają Boga jako koniecznego dopełnienia naukowego obrazu rzeczywistości. Gdy bohater odpowiada Obcemu, iż kwestia istnienia Boga znajduje się poza zasięgiem nauki, pająk serwuje mu następujące credo: * „Nic nie znajduje się poza zasięgiem nauki. Podstawowym celem nowoczesnej nauki jest odkrycie, dlaczego Bóg zachował się jak się zachował, i poznanie metod Jego postępowania. Nie uważamy, że realizuje On Swoje zamiary wpływając na rzeczywistość machnięciem ręki. Żyjemy we wszechświecie fizyki i Bóg musiał dla osiągnięcia Swych celów użyć mierzalnych procesów fizycznych”.*
Rozumowanie Obcych opiera się na trzech głównych przesłankach: mocnej Zasadzie Antropicznej (zarówno w skali kosmologicznej, jak i ekosystemu planetarnego), uniwersalizmie języka genetycznego oraz niesamodzielności ewolucji.
Zasada Antropiczna przekonuje nas, iż wszechświat został specjalnie „dostrojony” do życia: niewielka zmiana jego startowych parametrów (stałych fizycznych, proporcji materii itp.) uniemożliwiłaby powstanie życia, w szczególności – człowieka. Kontrujący argument „z wielości wszechświatów” – że ze wszystkich wszechświatów możliwych zastanawiamy się nad tą zagadką akurat w naszym właśnie dlatego, że w nim zaistnieliśmy – Sawyer obala fikcyjną teorią dowodzącą „jednotorowego” rozwoju uniwersum. Ergo: kosmos zaprojektowano specjalnie dla życia – istnieje (istniał) Projektant.
Dodatkowy argument stanowi wyjątkowość naszego ekosystemu planetarnego. Życie (jakim je znamy) wymaga inkubacji w określonej temperaturze (tu ważny jest typ gwiazdy i orbita planety), w środowisku bogatym w określone pierwiastki (rozkład supernowych w galaktyce: nie za rzadki, nie za gęsty), osłoniętym od bombardowań meteorytowych (gazowe olbrzymy czyszczące układ), ze znacznymi siłami pływowymi (masywny satelita) etc., etc. My sądzimy, że Ziemia wcale nie jest wyjątkową i nasza ścieżka rozwoju – tylko jedną z wielu możliwych; ale Obcy zwiedzili galaktykę i wiedzą, że to nieprawda.
„Dostrojenie” wszechświata do życia jest tak delikatne, że nawet budowa cząsteczki wody ma tu krytyczne znaczenie: lód H2O cięższy od H2O w stanie płynnym oznaczałby zamarzanie zbiorników wodnych od dna, a zatem niemożność powstania życia w wodzie.
Co więcej, opierając się na wiedzy Obcych, Sawyer przekonuje, iż DNA jest powszechnym językiem genetycznym we wszechświecie, ba, że jest jedynym możliwym biologicznym systemem samoreplikacyjnym. Ludzie i Obcy pochodzący spod różnych słońc – wszyscy „procesujemy” na tym samym kodzie genetycznym, tych samych czterech/pięciu zasadach. Lecz przecież nie wszędzie miał on szansę rozwinąć się spontanicznie.
Sawyer wprowadza dowód kolejny: Wielkie Wymierania, które przydarzały się w tych samych momentach na wszystkich światach, gdzie powstało inteligentne życie. To już na pewno nie mógł być przypadek.
Albowiem ewolucja „sama z siebie” nie doprowadziłaby do powstania inteligencji. Miała wiele liczonych w setkach milionów lat “ślepych zaułków” (u nas np. mezozoiczne gady). Konieczne były ingerencje Projektanta restartującego wówczas Eksperyment.
Jest to bardzo interesujące wykorzystanie licentia poetica: nie tyle pytamy, czy Bóg istnieje, co testujemy, na jakich warunkach w ogóle możliwe jest stwierdzenie pod autorytetem nauki: „tak, Bóg istnieje”.
Zauważmy, jak Sawyer, korzystając z unikalnych właściwości konwencji SF, dokłada do świata „danego” kolejne fikcyjne warunki: nie tylko stałe fizyczne wyjątkowo sprzyjające życiu, lecz także zsynchronizowane Wielkie Wymierania – czy to już wystarczający dowód na Stworzyciela? i nie tylko Wielkie Wymierania, lecz także pankosmiczne DNA – czy to już nas zadowoli?
Możemy pociągnąć gedanken experiment dalej, zakładając odkrycia coraz bardziej przekonujących fenomenów – w ten oto sposób badamy “odporność nauki na Boga”.
Pytanie: W obliczu jakich faktów nauka przyjęłaby Boga jako element naukowej teorii? I czym różniłaby się taka nauka w swoich metodologiach (w filozofii nauki) od nauki dzisiejszej? Wszak takie próby inkorporacji Boga w fizykę już są podejmowane (pisał o nich choćby Janusz Cyran w „Czasie Fantastyki” 01’2007).
Calculating God nie dociera wszakże do tego punktu, nawet nie artykułuje jasno powyższych kwestii. Autorowi niestety brakuje stosownego języka „ziemi niczyjej”; wybierając język jednej ze stron, natychmiast – na mocy przyjętych aksjomatów – otrzymuje wszystkie odpowiedzi, ale też unieważnia sam problem.
Albowiem Sawyer do samego końca pisze o bardzo specyficznym Stwórcy deistów oświeceniowych, łatwo utożsamianym z jakąś superinteligencją pochodzącą ze starego wszechświata sprzed Big Bangu. To byt logiczny, matematyczny, splot inteligentnych algorytmów, GOD 2.0. Nie ma on wiele wspólnego z Bogiem znanym nam z monoteistycznych religii budowanych na Objawieniach: judaizmie, chrześcijaństwie, islamie. Przede wszystkim jest absolutnie obojętny moralnie: z gołego faktu istnienia takiego Stworzyciela Fizyki nie sposób wyinferować żadnych aksjomatów etycznych. Nie oferuje też żadnej perspektywy eschatologicznej (nie ma mowy o duszy), a jedyna transcendencja i nieśmiertelność – to ta możliwa po przeskanowaniu mózgu w cyfrowe światy wirtualne.
Rozłączność jest zupełna. Cała dyskusja nauki z religią – dyskusją pozorną, symulowaną. Nauka dyskutuje tu z nauką. Nie ma „ziemi niczyjej”. GOD 2.0 masakruje YHVH dziełami zebranymi Poppera, Lakatosa i Quine’a.
Sawyer zupełnie zresztą nie jest zainteresowany drugą częścią tego eksperymentu: co mianowicie powiedzą na odkrycie Boga typu GOD 2.0 wyznawcy YHVH? Nie poświęcił kwestii ani pół myśli. Wymagałoby to bowiem przejścia w narracji na ziemie YHVH, mówienia (i myślenia!) tamtejszym językiem. A Sawyer, jako się rzekło, jest po prostu rzemieślnikiem hard SF i instynktownie przyjmuje postawę obrony twierdzy Rozumu. (SF sygnalizowała te nastroje od kilkunastu lat; teraz już dają wyraz lękowi naukowcy, jak Richard Dawkins w Bogu urojonym. GOD 2.0 zbroi się na potęgę).
Sawyer więc „przeskoczył” siebie wybierając temat o tak mocnym rezonansie filozoficznym – by rozczarować, gdy przyszło do rozwiązań, puent, do Odpowiedzi. Od pewnego momentu czytałem Calculating God niczym postmodernistyczny detektyw literacki: ile zapożyczeń z cudzej SF zdołam odnaleźć? Zagadkę „nienaturalnych” Wymierań cywilizacji Obcych wymyślił już Jack McDevitt do Bożej maszynerii. Teoria wąskiego „okna Kontaktu” liczy dobrych kilkadziesiąt lat (w Polsce pierwszy sformułował ją Lem). Hipoteza nieuniknionej inwolucji cywilizacji we „wsobne” światy cyfrowe to od dawna konik Egana. Z kolei pomysł z zasianiem i „hodowlą” życia i inteligencji na różnych planetach w celu skrzyżowania ich przedstawicieli do „boskiego mieszańca” zaprezentowała Alice Sheldon (James Tiptree jr.) w A Momentary Taste of Being. A o poszukiwaniu „metki producenta” na wszechświecie pisano w SF wielokrotnie – Kontakt Sagana przywołuje sam Sawyer. Etc., etc.
Zdaję sobie sprawę, iż fantastyka jest konwencją, w której istnieje swoiste przyzwolenie na podobną „oryginalność zapożyczoną”, trudno mi jednak odeprzeć wrażenie, iż coraz więcej autorów ogranicza się tu do sztuki efektownego recyclingu. Jakby z góry wiedzieli, że czytelnicy nie dojrzą tych wtórności – że są to już zupełnie inni czytelnicy.
Zbiega się to z powtarzającymi się ostatnio usprawiedliwieniami ogólnej słabości science fiction (przy czym zazwyczaj nie rozróżnia się SF krajowej i anglosaskiej, która nie doświadcza aż takiej zapaści).
Po pierwsze, że science fiction zabrakło perspektywy dla wizji przyszłości, ponieważ wiele z tego, co SF opisywała, już się ziściło. Innymi słowy: żyjemy w świecie SF, toteż nic dziwnego, że SF jako taka straciła rację bytu, i że wolimy raczej chować głowę przed tą rzeczywistością w eskapistyczne bajki.
Po drugie – co stanowi argument po części przeczący pierwszemu – że obecnie nauka i w ogóle postęp w rozmaitych dziedzinach życia idzie tak szybko, iż żaden człowiek nie jest w stanie tego śledzić na bieżąco i „pomieścić w jednej głowie”, stąd brak „science fiction z prawdziwego zdarzenia”, tzn. odpowiadającej totalnością i oryginalnością nowych wizji kreacjom sprzed lat, już przecież zdezaktualizowanym.
Tymczasem to jest właśnie czas, gdy media niemal codziennie donoszą o sporach politycznych i kulturowych spowodowanych przez jakieś naukowe odkrycie lub masowe zastosowanie nowej technologii. Wydaje się, iż nigdy dotąd przełożenie nauki na problemy codziennego życia nie było tak bezpośrednie i szybkie,nigdy dotąd kwestie postępu rozumianego właśnie na sposób SF – tj. pozytywistyczny, technologiczny – nie wzbudzały tak żywych debat publicznych. Żywność modyfikowana genetycznie, badania na komórkach macierzystych, klonowanie ssaków, tuziny nowych zjawisk społecznych, psychologicznych i kulturowych generowanych przez nowe technologie komunikacyjne, szczególnie internet i telefonię komórkową, wpływ cywilizacji na procesy klimatyczne (globalne ocieplenie i jego konsekwencje), gwałtowne zmiany we wszystkich dziedzinach życia, włącznie z masowymi imigracjami, spowodowane przez nieznane dotąd ludzkości procesy globalizacyjne (ekonomia również jest nauką i tak samo nadaje się na przedmiot literackiej
ekstrapolacji jak fizyka czy biologia), czy właśnie Giertychowy spór o teorię ewolucji – jeśli to nie jest dostateczną pożywką i inspiracją dla wyobraźni autorów SF, to co nią ma być? Odwrót od Rozumu i nadejście przysłowiowych Wieków Ciemnych?
Bo literatura spod znaku GOD 2.0 nawet na Zachodzie jest w mniejszości. Rządzi YHVH. Permutujący mity Gaimanowie zwyciężają z permutującymi naukowe teorie Sawyerami.
Lecz najgorsze, że i tu nie ma żadnej „ziemi niczyjej”. Widać już, iż New Weird nie jest pomostem między fantasy i SF; to po prostu fantasy wyrastająca ze swych infantylizmów. Nadal brak nam języka wspólnego, wystarczająco pojemnej poetyki, wyobraźni rozciągniętej od bieguna do bieguna. Wiele lat minie, zanim powieści naprawdę traktujące o obliczaniu Boga odnajdą swoje miejsce w kulturze masowej.

d2v5rag
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d2v5rag
d2v5rag