Trwa ładowanie...
recenzja
20-11-2015 10:56

Freedom to nie wolność

Freedom to nie wolnośćŹródło: Inne
d2wdjpo
d2wdjpo

Już pierwsze zdanie powieści – wyróżnione także na tylnej okładce krzyczącymi, czerwonymi literami – przykuwa uwagę. „Mam na imię Freedom i zabiłam swoją córkę”. Historia, która tak się zaczyna, nie może być nudna. I w istocie, to wciągający, mocny thriller, od którego nie sposób się oderwać.

Dwadzieścia lat temu Nessa Delaney została objęta programem ochrony świadków i od tamtej pory nazywa się Freedom Olivier. Zabiła męża, swojego oprawcę i wroga, ojca swoich dzieci, które po aresztowaniu oddała do adopcji. Codziennie żałuje swojej decyzji, pisząc do nich tęskne, nigdy nie wysłane listy. Kiedy okazuje się, że jej córka została porwana, postanawia na własną rękę ją odnaleźć. W tym samym czasie, po kilkunastu latach spędzonych w więzieniu, na wolność wychodzi brat jej męża, którego kobieta oskarżyła o morderstwo. Wraz z pozostałymi braćmi i matką poprzysięga zemstę i rusza jej śladem. Komu uda się osiągnąć cel…?

Żaden z bohaterów powieści nie jest do końca czysty. Freedom co wieczór upija się i dokładnie planuje swoje samobójstwo, zbierając przepisane przez lekarza psychotropy do „słoika samobójców”. Jest atrakcyjna, inteligentna, silna, ale zdegenerowana i trudno ocenić, czy to tylko postawa stworzona na potrzeby POŚ, czy efekt tego, jak potraktowało ją życie. W rodzinie Delaney nie zaznała ani miłości, ani szacunku, choć niczym nie zawiniła. Lynn, jej teściowa, nałogowa kokainistka, jest niczym mafijny boss, który bez skrupułów manipuluje synami, wymaga bezwzględnego posłuszeństwa i od początku nienawidzi swojej synowej. Dzieci Freedom, Ethan i Layla, a raczej Mason i Rebekah, bo takie imiona otrzymali w nowej rodzinie, trafiły do domu, który też ciężko nazwać wymarzonym. Ona sama, zmagająca się z demonami przeszłości i nie mogąca żyć – dosłownie – swoim życiem, jakoś próbuje przetrwać każdy dzień, ukrywając się pod osłoną arogancji i alkoholu. Wydaje się przyzwyczajona do tego, że już nigdy nie będzie sobą i
codziennie powtarza te same rytuały. Jest jednak coś, czego nikt ani nic nie jest w stanie zmienić czy wymazać z pamięci – matczyna miłość, silniejsza od każdej przeciwności losu. Czy i tym razem…? A może są jednak silniejsze instynkty… ?

Powieść Miller jest nieprzewidywalna, przedstawia całą paletę emocji i takież same wywołuje. Smutek, żal, odraza, zdumienie, czasem, uśmiech, a przede wszystkim napięcie. Miejscami wydaje się być nieco przerysowana, dość typowa, sama postać Freedom wywołuje sprzeczne uczucia, a jej imię wydaje się być nazbyt paradoksalne, choć można je uznać za ciekawą zabawę z semantyką. Nie mniej, czyta się z zainteresowaniem, nie tylko ze względu na ciekawy sposób narracji prowadzonej z różnych perspektyw, ale też dlatego, że ma w sobie świeżość, a zarazem zepsucie, technicznie jest lekka, choć przedstawia ciężkie treści. To powieść, która wywołuje poczucie dziwnej ciężkości, jak mroczny film, na którego obraz został nałożony filtr dla wzmocnienia efektu. Jest duszna, jakby przytłaczająca, choć – jak zostało wspomniane – czyta się jednym tchem, szybko, bez mrugnięcia okiem. Ale czuć zmęczenie, natłok emocji i myśli, jednak nie w negatywnym znaczeniu, bynajmniej! Mimo kobiety w roli głównej bohaterki, pasuje do niej
określenie „męska”, a obrazowanie, jakim się kieruje, nawet w przypadku kobiet, można nazwać estetyką brzydoty, choć będzie to bardziej odczucie niż faktyczne przedstawienie, przynajmniej w odniesieniu do Freedom.

„Mam na imię Freedom” to zdecydowanie jedna z ciekawszych pozycji wśród thrillerów w ostatnich miesiącach. Wciągająca i intrygująca, pozostawia po sobie ślad i zadowoli każdego amatora dobrych, mocnych powieści.

d2wdjpo
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d2wdjpo