Frajerzy
JAK I DLACZEGO ZOSTAŁEM TROLLEM
Sytuacja, która w życiu dziennikarza trafia się często: dzwoni telefon, dzień dobry, ja z takiej a takiej stacji radiowej lub telewizyjnej, czy może pan u nas wziąć udział w dyskusji na temat dotacji do rolnictwa, wojny z Irakiem albo jakikolwiek inny? Oczywiście, odpowiadam, kiedy, gdzie i, chwileczkę - za ile?
Świetna do tego momentu atmosfera nagle się warzy, kobieta (przeważnie dzwonią kobiety, nie wiem, dlaczego) po drugiej stronie przewodu wydaje z siebie parę dźwięków, świadczących o zmieszaniu, wreszcie oznajmia, że oni zaproszonym gościom nie płacą. Nie ma takiej pozycji w kosztorysie programu. W ogóle nie ma takiego zwyczaju, żeby płacić za występ. Nie, owszem, gdyby mieli z czego, chętnie by zapłacili, ale nie mają, wie pan, jak jest.
Staram się wzbudzić w sobie ewangeliczną życzliwość i najsłodszym głosem, jaki mam na składzie, pytam panienkę, czy miałaby śmiałość powiedzieć kamerzyście, aby pracował przy programie za darmo, bo nie ujęto go w kosztorysie programu albo nie ma mu z czego zapłacić, i wie jak jest? Co tam kamerzysta, czy odważyliby się zaproponować sprzątaczce, żeby za darmo posprzątała potem studio?
Pytanie jest oczywiście retoryczne. Za pracę fizyczną pieniądze się należą jak psu buda, to nie to, co jakieś tam myślenie.
"Ale przecież dla pana to reklama" - rzuca wreszcie panienka jedyny argument, jaki udaje się jej znaleźć. Wzdycham i spokojnie tłumaczę, że jeżeli tak, to rzeczywiście, domaganie się pieniędzy nie ma sensu.
Proszę bardzo, przynoszę do studia swoją książkę i rozmawiamy o niej. Chętnie. Ale zapraszając mnie do rozmowy o Iraku, gospodarce czy polityce, oczekują, że zrobię im program. Będę się musiał wtedy zapoznać z jakimiś faktami, wyrobić sobie o nich pogląd, wykazać się tzw. gadanym. Słowem, wymaga to wiedzy, pracy i umiejętności, za które należą się pieniądze i nie wiem doprawdy, dlaczego nie wstyd im proponować komuś, żeby popracował dla nich za darmo.
To nie znaczy, żebym był takim typem ludzkim, który palcem nie ruszy bez kasy. Po prostu irytuje mnie, głęboko wpisane w nasze myślenie, robotniczo-chłopskie przekonanie, że praca umysłowa to żadna praca, a własność intelektualna to własność każdego, komu zechce się wyciągnąć po nią rękę. Robić łopatą, oto robociarski trud, za to się należy szacunek i kasa, a gadać czy pisać to przecież każdy by umiał.
Dzielę się z PT Czytelnikiem tymi przemyśleniami nie przypadkiem. Akurat zdarzyło mi się zostać złożonym na pewien czas chorobą i aby oderwać myśli od ponurej rzeczywistości, zacząłem sobie zerkać na listę dyskusyjną "sf-f". Jeden z wątków zatytułowano Narrenturm, co przyciągnęło moją uwagę, jako że odczucia wobec tej powieści mam niejednoznaczne i ciekaw byłem opinii czytelników.
Oczywiście, naiwność - dyskusja nie dotyczyła powieści, tylko czyjejś skargi, że mu się w kupionym egzemplarzu rozmazują literki. A ponieważ jeden z dyskutantów użył argumentu: "mój egzemplarz czytały już cztery osoby i się nie rozmazał", inny zaś pochwalił się, że zwykle czyta w wannie, ale tej akurat książki nie, bo ma pożyczoną, pozwoliłem sobie wtrącić się i nadmienić o tym, co staram się ludziom uświadamiać od dawna - że czytając pożyczone książki, jest się, delikatnie mówiąc, nie w porządku wobec autora.
Pisarz nie jest słowikiem, który śpiewa za darmo (zresztą w dzisiejszych czasach nawet słowików już za darmo nie ma - trzeba wykupić wstęp do parku narodowego i uiścić opłatę klimatyczną), pisarz z pisania żyje i jeśli się go czyta, wypada mu zapłacić, tak jak wypada zapłacić piekarzowi, jeśli się chce jeść jego bułki.
Fakt, że sformułowałem swój post nieco mniej delikatnie, sprawił zapewne, iż został on zauważony, a nawet wywołał coś w rodzaju małej kotłowaniny. Jak należało się spodziewać, dominowało na różne sposoby artykułowane oburzenie: od zwykłego chamstwa - "ty to mnie możesz cmoknąć przez papierek", po pogróżki, dla mnie osobiście śmieszne - "więcej twoich książek nie kupię" (pewnie, przeczytasz pożyczone). Nie zabrakło oczywiście wesołków - a może mam płacić za przeczytanie tej samej książki po raz drugi, a może piwo powinno się sprzedawać z licencją do częstowania, he he he.
Trafił się nawet fundamentalista, który stwierdził, że prawo do czytania zalicza się do podstawowych praw człowieka i nikomu nie wolno go odbierać. Sporo było argumentów: "jak się pisarzowi nie podoba, to może nie pisać / nie drukować", "gdyby pisarze pisali lepiej, to by więcej zarabiali" (?? - chyba raczej: więcej by ich sobie pożyczano), albo "nie będę płacił z góry, jak nie wiem, czy książka jest dobra" (chciałbym zobaczyć, co zrobiliby z takim facetem bramkarze, gdyby usiłował wejść do klubu za friko, bo nie wie, czy mu się tam spodoba).
A jedna z uczestniczek dysputy dała nawet wyraz rozczarowaniu, że pisarz może być taki małostkowy i przyziemny, żeby się upominać o kasę. W kontekście wszystkiego, co tam nawypisywano, nie umiem już zgadnąć, czy napisała to serio, czy kpiła.
Na tym tle częsty argument, że niektórych na kupowanie książek nie stać, zabrzmiał merytorycznie. Jest to argument, którego wyjątkowo nie lubię, choć, oczywiście, zdaję sobie sprawę z trudnej sytuacji materialnej wielu ludzi, zwłaszcza studentów.
W Polsce prawdziwą czy rzekomą biedą przyjęło się bowiem łatwo rozgrzeszać wszystko, nawet najbardziej oczywiste formy wyłudzenia czy kradzieży. Rzecz w tym, że kategoria "na co mnie stać" nie jest kwestią dochodów. Na wolnym rynku, gdzie oferta jest nieograniczona, nikt nie ma dość pieniędzy na zaspokojenie każdej swojej zachcianki (multimilionerom, których zasoby wydają się nieograniczone, załatwiają ten problem małżonki). Na co człowieka stać, a na co nie, to kwestia przyjętej przez niego hierarchii. Nader rzadko trafiają się ludzie, których nie stać na alkohol i papierosy, a widywałem i takich, którzy od roku nie płacą czynszu, ale stać ich było w tym czasie na kupno samochodu.
Książki zaś należą do takich akurat dóbr, z kupowania których bardzo łatwo zrezygnować, a jeszcze łatwiej zastąpić kupowanie pożyczaniem.
Poza tym pojawiło się oczywiście sporo głosów, usiłujących problem potraktować rozsądnie, w kategoriach prawnych - czym różni się zakazane przez prawo "publiczne udostępnianie" egzemplarza od "użytku osobistego", do którego prawo nabywa się w chwili zakupu.
Z głosów na liście dowiedziałem się, że, według prawa, do użytku osobistego zalicza się udostępnianie nabytego nośnika osobom spokrewnionym (ja bym raczej zwrócił uwagę na pozostawanie we wspólnym gospodarstwie domowym) i "pozostającym w stosunku towarzyskim". To ostatnie sformułowanie wygląda mi na typowy prawniczy bełkot, z którego nic w praktyce nie wynika.
Rzecz jest zresztą ciekawa, bo znajdujemy się - patrząc na sprawy globalnie - w przeddzień wielkiej światowej draki o prawa autorskie. Zmieniły się nośniki informacji, jej kopiowanie i rozpowszechnianie stało się banalnie proste, straty z tytułu piractwa idą w miliardy - a z drugiej strony, wśród okradanych mamy już nie pojedynczych twórców, których można kantować bezkarnie, ani ich organizacje, mające ograniczone możliwości działania, ale wielkie koncerny, zdolne zaleźć piratom za skórę.
Z kolei właśnie obecność wielkich koncernów, które łatwo przedstawić jako bezosobową, złą siłę, dodaje piratom czegoś w rodzaju ideologii, tam zaś, gdzie ideologia łączy się z zarabianiem kasy, zawsze temperatura rośnie. No i do wszystkiego dokładają się kłopoty z prawnym zdefiniowaniem i technicznym wyegzekwowaniem roszczeń. Stąd np. żądania ZAiKS-u, aby płacono mu za włączone w sklepie radio. Mówiąc nawiasem, tego przykładu też użyto przeciwko mnie. Niesłusznie, bo bezzasadność żądania łatwo tu wykazać - za tę muzykę tantiemy zapłaciło już radio, i przecież nie za puszczanie jej w gabinecie dyrektora, tylko dla możliwie największego grona odbiorców.
W dyskusji o prawie nie biorę udziału, bo się na tym nie znam i nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Poza tym dla drobnej, obchodzącej akurat mnie sprawy, nie ma ona znaczenia. To jasne, że prywatnego pożyczania książek prawo nie zakazuje i nie może zakazać, choćby dlatego, że nie byłoby jak tego zakazu wyegzekwować. Ale jest na świecie bardzo wiele rzeczy, których prawo nie zakazuje i nawet nie próbuje zakazać, a które mimo to uważamy za niewłaściwe i staramy się ich, chcąc czuć się ludźmi na pewnym poziomie, nie czynić.
Przecież nie czepiam się, że ktoś sporadycznie pożyczy książkę dla ciekawości, ułatwienia decyzji, zainteresowania kolegi konwencją albo autorem. Chodzi o pożyczanie nawykowe, uczynione główną czy nawet jedyną formą kontaktu z literaturą, o czytanie tego samego egzemplarza całymi akademikami i klubami, a zwłaszcza o przyzwyczajenie, że to oczywiste, bo książki do tego przecież służą, po co płacić za czytanie, skoro nie trzeba. Wiem, że ten nawyk ma korzenie w poprzedniej epoce, kiedy głównym problemem był brak książek, zwłaszcza dobrych, i głównym zadaniem fandomu było ich udostępnianie.
Ale czasy się zmieniły, w większości nawet wymienili się ludzie. Zresztą pamiętam dobrze, iż właśnie w latach osiemdziesiątych, kiedy na książki trzeba było polować, ich kolekcjonowanie w domowych biblioteczkach było znacznie powszechniejsze niż dziś.
Dziś szacuje się, że przeciętną książkę czyta sześć-osiem osób (myślę, że w wypadku bestsellerów więcej), łatwo więc obliczyć, że autor powinien dostawać trzy-cztery razy większe honorarium, a cena książki mogłaby być niższa.
Piotr Cholewa podsumował moje wystąpienie na liście stwierdzeniem, że "zatrollowałem". Nie znam się na internetowej subkulturze, więc nie będę się o to słowo spierał. Pisząc, co uważam, spodziewałem się takiej a nie innej reakcji. Próbowałem już kiedyś wytłumaczyć chłopu, że nie ma wcale prawa do kłusowania w lesie, wycinania tam drzew ani zwalania śmieci. Próbowałem wytłumaczyć działaczom górniczych związków zawodowych, że naród nie ma obowiązku utrzymywać "górniczego stanu" i fundować mu przywilejów. Wiem, jak przeciętny człowiek reaguje na odmawianie mu czegoś, do czego przywykł. Ale uważam, że tym bardziej trzeba takie próby podejmować i powtarzać je przy różnych okazjach.
Kropla drąży kamień. W odwecie paru listowiczów zainicjowało w osobnym wątku demonstracje: "pożyczcie jakąś książkę Ziemkiewicza", "wpadnij, chętnie ci pożyczę" etc, i to uważam za swój sukces. Widać pojęli, że w ten sposób robi się autorowi świństwo i robią mi je (czy raczej udają, że robią) celowo, bo mnie nie lubią. Stąd już tylko krok do zrozumienia, że robią świństwo także, ba, przede wszystkim, tym, których lubią, a nawet publicznie i demonstracyjnie wielbią.
Pozostaje oczywiście pytanie, czy zwracając się z tymi pretensjami akurat do fandomu, trafiam pod właściwy adres. Nie wiem, może znajduję się trochę w sytuacji tego księdza z anegdoty, który za nieprzychodzenie do kościoła może opatyczać tylko tych, którzy przychodzą. Faktem jest jednak, że fandom książek kupuje bardzo mało, potwierdzi wam to, niestety, każdy wydawca. Opinie fandomu, jego nagrody i anatemy, nie przekładają się w najmniejszy sposób na wyniki finansowe tytułu. Promocja nowej książki na konwencie, w którym uczestniczy kilkaset osób, to właściwie tylko fanaberia autora - z punktu widzenia wydawcy te kilka, kilkanaście egzemplarzy, które można tam sprzedać, nie ma znaczenia.
Na dwudziestoleciu "Nowej Fantastyki", na które przyszło około trzystu osób, oferowano Narrenturm, w końcu niewątpliwy bestseller, w księgarniach wtedy dopiero od dwóch dni, po bardzo okazyjnej cenie - zeszło siedem sztuk.
Możliwe, że fandom po prostu przestaje czytać. Ale jak przychodzi do rozmowy, wszyscy okazują się mieć o tych książkach, których nie kupili, wyrobione zdanie (choć najwięcej emocji wzbudzają kwestie w rodzaju rozmazywania się literek), czyli irytujące mnie zjawisko zdaje się tu zachodzić. Chyba że mamy do czynienia ze zwykłym mądrzeniem się bez znajomości tekstu. Co skądinąd też byłoby irytujące.