Brokat w oku
Nastał dzień sądu, lecz osądzony o tym nie wiedział. Nie pamiętał, jadąc autobusem przez polny świt, że oto minęły trzy miesiące pracy w Agencji. Nie drgnęło mu serce, nie ostrzegło swojego pana, kiedy nucąc, szedł przez parking. Milczała jego intuicja, kiedy przemierzał korytarz i widział w palarni znajomych, patrzących na niego z ciepłymi uśmiechami.
Gerard wstał, kiedy młody copywriter wszedł do pokoju. Przed Roszkiem otwarły się dwa wielkie, włochate nozdrza.
– Tina chce z tobą pogadać – powiedział grafik, który nie lubił komputeryzacji.
Uśmiech Gerarda i złamanie klątwy milczenia stanowiły dla Roszka przyjemne zaskoczenie.
– Teraz? No to idę.
Położył teczkę na krześle, na którym spędził już tyle godzin.
– Idź, stary, idź.
Gerard uśmiechnął się jeszcze szerzej i dziurki w jego nosie wyraźnie się powiększyły.
– Mam to hasło dla Reemtsmy.
– Znakomicie! No, to zobaczymy się później i pogadamy.
Idąc do gabinetu Tiny, próbował uciszyć nadzieję, choć nie bardzo się udawało. Rozsądek podpowiadał mu, że pewnie chodzi o jakiś drobiazg, ale wizja awansu czy podwyżki sprawiała, że po drodze uśmiechał się, tak jak wszyscy koledzy i koleżanki, których widział w korytarzu. Nie mogło ujść uwagi dyrektorki, jak bardzo się stara, jak zostaje na długie godziny w pracy, jak próbuje się rozwijać i czyta masę podręczników. Może w jego karierze znów nastąpi niesamowity przełom i zostanie senior copywriterem? Po trzech miesiącach – nieźle, powiedział do siebie w myślach.
Minął Lizę w recepcji, która właśnie skończyła drukować własnego pomysłu zakładkę z czeszącą się Japonką i wkładała ją do książki pod tytułem Sexus.
Minął Karolinę, która szła korytarzem z plikiem papierów; udała, że go nie zauważyła, weszła do pokoju księgowej i zaczęła głośną rozmowę, żeby było słychać, że ma ważną i pilną sprawę.
Minął Krzysztofa, który stał pod ścianą; dyrektor kreatywny spojrzał na niego, opuścił wzrok, wymamrotał: „Roszek paproszek”, przygryzł dolną wargę i zaczął podskakiwać w zamyśleniu jak piłka.
– Cześć, siadaj! – zawołała Tina, gdy wszedł do gabinetu. Opadła z rozmachem na fotel. – Ups! – wykrzyknęła, jakby zaskoczona tym, że siedzi, i zaśmiała się głośno i radośnie.
– Co się urodziło? – spytał Roszek, zapadając się w miękką kanapę.
– Nic wielkiego! Powiedz mi, ale tak szczerze, najszczerzej, jak do dyrektora: co sądzisz o kumplach z Agencji?
– Fajna zgraja.
Trochę się skrzywił, kiedy to powiedział. Nie wiedział, czy te słowa nie zabrzmiały nieszczerze w jego ustach, bo to był słownik Karoliny.
– Ha ha! Fajna zgraja! Ale co uważasz o nich jako o pracownikach, wszyscy dobrze pracują?
– Jeśli pytasz mnie o zdanie... no, nie wiem... mogę odpowiedzieć szczerze. Wydaje mi się czasem, że może za mało przejmują się robotą... ale przecież prowadzimy w rankingach.
– Hmm... – Tina kiwała głową. – A Gerard? Wy się lubicie w ogóle?
– Nie mogę odpowiadać za niego, ja się staram, żebyśmy tworzyli dobry team. No, może czasem... czasem mu się nie chce...
– Oj, śmiało gadaj! Jesteś nienaturalny.
– No, bywa, że ja chcę jeszcze dopracowywać projekt, a on uważa, że wszystko już w porządku, nawet jeśli są jakieś poważne marketingowe błędy. Trochę za bardzo na chybcika on działa, jakby mu się nie chciało poprawiać. To mnie czasem denerwuje, bo dla mnie wszystko musi być wykonane jak najlepiej.
Tina śmiała się, kiwając głową z aprobatą.
– Roszku – powiedziała nagle. – Po co masz się męczyć?
Dopiero po kilku uderzeniach serca zrozumiał, co znaczą te słowa. Na ulicy dogonił go Krzysztof i złapał za ramię. Roszek spojrzał na niego okrągłymi, nierozumiejącymi oczami. Dyrektor zabulgotał, jakby chciał powiedzieć zbyt wiele rzeczy naraz, pomachał pięścią i wreszcie wyartykułował z żałością, jakiej Roszek jeszcze nie słyszał w jego głosie:
– Bo ty masz smutek w sobie, Roszku. Coś, co sprawia, że ludzie nie są weseli. Człowiek powinien być małym, chodzącym słońcem!
– Dobrze – wymamrotał Roszek. Kręciło mu się w głowie.
– Jesteś za poważny. A pieniądze są uśmiechnięte, wiesz?
Roszek ruszył w stronę przystanku. Myślał tylko o tym, żeby nie upaść.
– Zadzwonię do ciebie, okej? – wołał za nim Krzysztof. – Kiedy będziemy potrzebowali kogoś ekstra do roboty. Dobra? Tylko nie bądź taki smutny!