Autor kontra autor
Część pierwsza ###1
Z powodów, które staną się oczywiste, trudno mi pisać o Stewarcie. No cóż, Bóg jeden wie, że w ogóle trudno mi pisać, ale osoba Stewarta nastręcza szczególnych trudności. Czy przedstawiam go takim, jakim go później poznałem, czy też takim, jaki mi się wydawał, zanim dowiedziałem się prawdy i zanim zdarłem maskę normalności, za którą się skrywał?
Bardzo długo nie był dla mnie niczym więcej, jak tylko przypiskiem do mojego życia, przemijającym odsyłaczem do tego, co - wyobrażałem sobie - będzie opowieścią o szybkim osiągnięciu przeze mnie statusu literackiej gwiazdy. Dzisiaj duch Stewarta nie tylko wyłania się z każdej linijki tego zeznania, ale jest - w pewnym sensie - jego spiritus movens, powodem jego powstania.
Byliśmy współlokatorami. Wprowadziłem się do nowojorskiego mieszkania Stewarta Churcha jesienią, po ukończeniu Uniwersytetu Minnesoty. W zamieszczonym w "Village Voice" ogłoszeniu: "Współlokator poszukiwany" Stewart przedstawił się jako "student pierwszego roku prawa na Uniwersytecie Columbia" i w każdym calu odpowiadał temu opisowi: wysoki i chudy, miał smutną twarz o wysoko zarysowanych kościach policzkowych, marchewkowej barwy włosy ostrzyżone tuż przy skórze po bokach wąskiej głowy i zielonkawe oczy, które wydawały się zmatowiałe na skutek wielu godzin ślęczenia nad mikroskopijnym drukiem podręczników prawniczych. Nie w tym rzecz, by którakolwiek z tych cech była czymś złym.
Chodziło tylko o to, że Stewart nie odpowiadał mojemu pierwotnemu wyobrażeniu osoby, z którą miałbym zamieszkać na Manhattanie. Chciałem zostać pisarzem i dlatego na każde swoje działanie i wypowiedź patrzyłem pod kątem tego, jak będą wyglądały uwiecznione w druku. W związku z tym uważałem, że zajmuję wyższe rejony egzystencji niż osobnicy tacy jak Stewart.
On należał do mozolącej się armii nieartystycznych, zwykłych istot ludzkich: szarych trutni, które toczą swoje pozbawione przeszkód życie, po czym odchodzą w zapomnienie, niezauważone przez nikogo prócz swoich najbliższych rodzin.
A jednak, w pewien sposób, Stewart wydawał się dokładnie takim człowiekiem, jakiego potrzebowałem na współlokatora: zerem, które najprawdopodobniej nie mogło mi przeszkodzić w tym, co uważałem za swoje niemal zakonne powołanie, czyli w zostaniu pisarzem.
Nasze lokum, ciemne mieszkanie z jedną sypialnią, na parterze przedwojennego budynku bez windy przy Sto Siedemdziesiątej Trzeciej Zachodniej w Washington Heights, było najwyraźniej pomyślane dla samotnego lokatora lub bezdzietnej pary. W tym czasie obaj byliśmy spłukani - Stewart wegetował dzięki skromnemu stypendium, a ja harowałem za grosze jako magazynier w księgarni Stodarda w Midtown.
Z zaradnością powszechną wśród dwudziestotrzylatków w naszej epoce zmniejszonych oczekiwań obmyśliliśmy zatem sposób gwarantujący każdemu z nas pewien zakres prywatności. Sypiałem na rozkładanej sofie we frontowym pomieszczeniu, w prostokątnej izbie o łuszczących się ścianach i zaniedbanej podłodze z twardego drewna; Stewart zajmował przyległą sypialnię, pokój niemal identyczny z moim, z którego okien roztaczał się taki sam widok na zaułek i schody przeciwpożarowe sąsiedniej czynszówki.
Pozostała część mieszkania - kuchnia z małym stolikiem oraz łazienka zajęta prawie w całości przez wannę na nóżkach i cieknący sedes - była wspólna. Są tylko dwie sytuacje, w jakich para heteroseksualnych mężczyzn może zajmować wspólnie podobną kwaterę - jako kumple przymykający oczy na swoje drobne przewinienia lub jak odnoszący się do siebie z szacunkiem obcy, którzy starają się schodzić sobie z drogi. Stewart i ja wybraliśmy ten drugi wariant.
Wykopawszy się spod tego, co wydawało się nieskończoną lawiną esejów i referatów, Stewart spędzał czas albo zamknięty w swoim pokoju, albo buszując między regałami czytelni prawniczej. Tymczasem ja oddawałem się zbieraniu "materiałów", co do których żywiłem nadzieję, iż pewnego dnia złożą się na moją autobiograficzną powieść.
A teraz o uwodzeniu przeze mnie kobiet, co stanowiło moje główne zajęcie przez te dwa i pół roku, kiedy mieszkałem ze Stewartem. Nie zasługiwałem jednak na miano seksualnego drapieżcy. Po pierwsze, byłem na to za biedny. W przeciwieństwie do tych przystojniaków w dwurzędówkach, którzy wabią do taksówek swoje ofiary złotymi kartami kredytowymi i rolexami, ja nie miałem do zaoferowania nic prócz swego uroku oraz tego, co mogę jedynie określić mianem szczerości. Pomagała mi aparycja - będąc szczupły jak lampart i mając ponad metr osiemdziesiąt dwa wzrostu oraz bardzo kościstą twarz, której rysy zmiękczała gęstwa bajronowskich loków, prezentowałem ten rodzaj urody, który przyciągał wszystkie kobiety - od łasych na prezenty malowanych lal, które krzątały się między rzędami półek w księgarni Stodarda, aż po odwiedzające bary East Village modelki o porcelanowej skórze i nogach Amazonek.
Nie interesowały mnie jednak takie kobiety, które są celem prawdziwego artysty podrywacza. Nie, o bicie serca przyprawiały mnie ekscentryczne dziewczyny z bohemy artystycznej, studentki z Cooper Union w zachlapanych gipsem butach i z obwódkami węgla malarskiego za paznokciami; to one budziły marzenia o związku dusz w pełnym samotników Nowym Jorku. Myśl, że te namiętne, niezależne, utalentowane dziewczyny - po wieczornej pogawędce o książkach, filmach, malarstwie i muzyce - rzeczywiście poszłyby ze mną do łóżka, wydawała mi się z początku zbyt piękna, by była prawdziwa. I istotnie tak było. Chociaż spędzały ze mną jedną czy dwie noce, owe kobiety, przekonałem się niebawem, miały własne plany i marzenia, w których absolutnie nie było miejsca na wiązanie się z jednym mężczyzną.
Moje nieustanne wysiłki, by którąś z tych jednorazowych przygód przekształcić w coś trwalszego, spotykały się nieodmiennie z odrzuceniem. Nadal przeczesywałem bary , ale nie mogłem się już dłużej oszukiwać, że szukam kogoś na stałe.
Początkowo niepokoiłem się, że Stewart może mieć coś przeciwko temu, w jaki sposób prowadziłem swoje życie uczuciowe. Zaskoczył mnie jednak. Bardzo szybko ujawnił zainteresowanie moimi nocnymi przygodami w Nowym Jorku. Pierwszy raz zapytał mnie o nie krótko po tym, jak zostaliśmy współlokatorami, kiedy pewnego niedzielnego poranka wrócił, zarumieniony i spocony, ze swojej cotygodniowej przejażdżki rowerowej. Zastanawiając się, czy mam podać szczegóły, na wypadek gdyby mogły urazić to, co brałem za dziewiczą naturę Stewarta, wymamrotałem tylko kilka zdawkowych uwag. Niebawem jednak, wnosząc z kierunku, jaki obrały jego adwokackie dociekania, zrozumiałem, że pragnął poznać pełną wersję wydarzeń.
Mój współlokator o charakterze pustelnika znajdował upodobanie w smakowaniu życia per procura. Przekazałem mu szczegółową relację na temat mojego podboju z minionej nocy. Stewart wysłuchał sprawozdania ze skupionym, hipnotycznym spojrzeniem, a kiedy skończyłem, przeprosił mnie szybko i zniknął w swoim pokoju, żeby, jak to wyłożył, "zabrać się do książek" - co ja uznałem wówczas za eufemizm na określenie zupełnie innej samotniczej aktywności.
Takie były początki naszego jedynego regularnie praktykowanego współlokatorskiego zwyczaju, tych jedynych chwil towarzyskiego kontaktu: cotygodniowych relacji. Podobnie jak Stewart, znajdowałem pewne upodobanie wowych porannych, niedzielnych sesjach. Byłem przekonany, że snute przeze mnie monologi są "szkicami" do mojej nowojorskiej powieści; wyobrażałem sobie naiwnie, że te oratorskie wzloty sprawiają, iż moja muza pozostaje zwinna i właściwie nastrojona w oczekiwaniu na ten dzień, kiedy udam się do prowizorycznego gabinetu, który urządziłem sobie w rogu saloniku, i przeleję swoje arcydzieło na papier.
Jeśli chodzi o Stewarta podczas tych niedzielnych poranków, kiedy rzucał się na krzesło po drugiej stronie kuchennego stołu i speszony pytał burkliwie: "Jakieś nowe komunikaty ze Śródmieścia?", to w jego nastawieniu nie zauważyłem nigdy niczego innego niż trochę smutne i lekko plugawe pragnienia.