Zygzak
ROZDZIAŁ 1 Twarz senatora Piotra Kamińskiego jak zwykle wyrażała spokój. Tak naprawdę, to prawie każdy, kto miał okazję spotkać senatora odnosił wrażenie, że ma do czynienia z oazą spokoju.
Słowo "prawie" o tyle jest tu istotne, o ile ważną w życiu pana Piotra postacią, wciąż niestety był jego najzacieklejszy przeciwnik polityczny, niejaki Paweł Gurdoł - poseł z resztą. Słynne kłótnie Piotra i Pawła (nomen omen?) wywoływały rozbawienie dziennikarzy i przyciągały wyborców do telewizorów skuteczniej niż brazylijskie seriale. Z obu powodów panowie szybko stali się częstymi gośćmi przy ulicy Woronicza 17 w Warszawie, oraz jak nietrudno zgadnąć - w niezliczonej ilości prywatnych stacji telewizyjnych i radiowych.
Już sam ich widok, siedzących naprzeciwko siebie, dawał wydawcom programowym gwarancję kasowego widowiska. Sucha, drobna twarz pięćdziesięcioletniego Gurdoła, o nieprawdopodobnych wręcz możliwościach mimicznych, zdradzająca neurotyczną wręcz potrzebę parcia w konflikt, a naprzeciwko niej - posągowe oblicze kilka lat starszego Kamińskiego. Posiwiałe, choć gęste włosy, zadbane, również szpakowate - wąsy, bystry wzrok.
Oczywiście było jasne, że prędzej czy później zawsze te "rozmowy" będą nieuchronnie brnęły ku otwartej i zażartej bitwie o wrogie postawy wobec kościoła, tak zwane wartości rodzinne, aborcję i wychowanie chrześcijańskie. Czyli o to wszystko o czym społeczeństwo słyszało już tysiące razy i jak niezbicie wykazywały badania - dyskusji na ten temat miało serdecznie dość. To powodowało, że obaj panowie pozostawali lekko za peletonem, ale właśnie im, jako chyba jedynym na scenie politycznej wciąż jeszcze wybaczano te "ekscesy", dzięki czemu mogli konsekwentnie trzymać się swoich ról. Ponownie sprawdziła się stara prawda, że ulubioną rozrywką społeczeństwa polskiego jest permanentne wkurzanie się przed telewizorem.
Inna sprawa, że fanatyczny i agresywny ton jakim przemawiał Gurdoł mógł wyprowadzić z równowagi samego Jezusa Chrystusa, z czego zdawali sobie sprawę nawet koledzy z jego partii. W pewnym sensie uspokajało to senatora Kamińskiego bowiem usprawiedliwiało obecność tak dużej ilości adrenaliny w jego krwi w czasie tych spotkań.
Ekstremalnie prawicowy typ myślenia Pawła Gurdoła nijak nie dało się zreformować liberalną retoryką Kamińskiego, co napawało nadzieją brać dziennikarską, że ten pełen kolorytu serial z nimi w rolach głównych - nigdy się nie skończy. Swoją drogą - ciekawe, że Gurdoł nie wybrał sobie za ulubionego przeciwnika kogoś z klasycznej lewicy, a właśnie centrowego polityka z partii liberalnej.
Dzisiaj jednak senator miał znacznie większy problem, niż pyskówka w telewizji.
- Do cholery! - mruknął sam do siebie i przygryzł nerwowo wargi.
Mimo, że robił to już dzisiaj dziesiątki razy, ponownie spojrzał na teczkę, która spoczywała teraz na fotelu pasażera jego Toyoty.
Samochód lekko szarpnął więc silniej chwycił kierownicę. Był dobrym kierowcą. Prowadził pewnie i spokojnie. Stara, wysłużona Corolla miewała swoje grymasy, ale raczej go nie zawodziła. Lubił swój wóz i nie zamierzał go sprzedawać. Senator często przywiązywał się do przedmiotów ze swego otoczenia. Z samochodami było podobnie. Wyglądało na to, że będzie to kolejne auto pana Piotra, które wyzionie ducha, dostojnie rozsypując się w jego garażu, nie zmieniając właściciela od nowości.
Ulice świeciły pustkami, co nie było niczym dziwnym zwłaszcza, że właśnie minęła druga w nocy. Nastrój opustoszałej stolicy wzmagał co prawda z lekka niepokój senatora, ale jego twarz nie zdradzała niczego niezwykłego. Przemęczenie widoczne w jego oczach mogły być równie dobrze efektem pobytu na przydługim przyjęciu o niekoniecznie fascynującym przebiegu.
Prawda jednak była taka, że teraz, najzwyczajniej w świecie bał się. I choć ten nieznośny niepokój, który w postaci małego, ale niezwykle upartego krasnoludka wędrował od żołądka, aż po samo gardło i z powrotem - na twarzy udało się jeszcze zachować pozory niezmiennego opanowania.
Kaszlnął nerwowo. Mdłości zaczęły przybierać na sile, więc szybko otworzył okno samochodu. Wiosenne powietrze uderzyło w twarz i przyniosło chwilową ulgę.
Minął właśnie "Błękitny wieżowiec" na Placu Bankowym, przeciął Aleję Solidarności i wjechał w ulicę Andersa. Zwolnił, aby mieć możliwość wytarcia bocznego lusterka. Czynność tę wykonał bardziej dla opanowania nerwów, niż ze względu na lepszą widoczność. Przy okazji rozejrzał się uważnie dookoła, dzięki czemu mógł dostrzec czarnego Volkswagena Golfa, który pojawił się za nim właściwie nie wiadomo skąd.
Z braku zajęcia zainteresował się chwilowym towarzyszem. Za kierownicą Golfa tkwił niewielki człowieczek, raczej w okularach, ale senator nie był tego do końca pewien. Światła samochodu zbyt go oślepiały.
Myśl, która właśnie wpadła mu do głowy wydała się dość głupia, ale mimo wszystko postanowił wykonać dwa nieprzewidziane zakręty w małe uliczki. Ponownie zerknął w lusterko i wolno wypuścił powietrze z płuc. Golf zniknął.
- Cholera! - wyrwało mu się ponownie prosto z gardła, gdy dojrzał niewidoczną z daleka na tle ciemnego asfaltu - sporą kałużę.
Wpadł w lekki poślizg, ale łatwo dał sobie z tym radę. Po chwili wrócił na główną ulicę licząc na to, że pomoże mu lepsze oświetlenie drogi.
- Chyba jednak jestem przeczulony - mruknął do maskotki buldoga przymocowanej na półce przed przednią szybą i przetarł chusteczką spocone czoło.
Dojazd do Izabelina zajął mu jeszcze 20 minut.
Chwilowa samotność dobrze mu służyła. Zarówno żona, jak i córka, jego zdaniem raczej nie ułatwiały mu pracy. Urlop, który spędzały w małym domku nad morzem w Łazach, kupionym z resztą za psi grosz prawie 20 lat temu, dawał mu przynajmniej raz w roku czas na nieskrępowaną niczym pracę. Sam również lubił tam jeździć, ale raczej latem niż wiosną. Natomiast obie panie każdego roku, z niewiadomych względów wyjeżdżały na początku maja, opijając święto robotnicze, oraz kolejne rocznice konstytucji 3 maja dużymi ilościami ginu z tonicem z niewielką ilością cytrynki. Po tygodniu zwykle wracały, aby w lipcu wyjechać ponownie, ale tym razem już w towarzystwie zmęczonego całym rokiem senatora.
Zofia Kamińska - żona długoletniego działacza podziemnej Solidarności, a po 1989 roku czynnego polityka, swój strach z lat osiemdziesiątych zamieniła obecnie na nieskrywaną dumę. Wyrażała ją na różne sposoby na przykład wypracowaną niegdyś w pocie czoła - jak sądziła - reprezentacyjną miną. Złośliwa sąsiadka z sąsiedniej willi stwierdziła kiedyś, że w tym celu pani Kamińska długo obserwowała stado pawi mieszkających na stałe w Parku Łazienkowskim.
Choć być może ta opinia mogłaby okazać się trochę krzywdząca, to trzeba przyznać, że pani Zofia wciąż nadużywała zdania: "To jest właśnie drogie panie i panowie - mój mąż".
Nie miała wyrobionych żadnych konkretnych poglądów politycznych choć niezmiernie lubiła wtrącać się do spraw męża, być może znudzona rolą kobiety mało lub w ogóle niepracującej. Jej córka, Magda - jak to kiedyś sama elegancko ujęła - olewała to wszystko z góry, od pewnego czasu zajmując się głównie własnymi sprawami. Dzieliła swoją miłość do rodziców po równo, nie cofając się jednak nigdy przed zaprezentowaniem zjadliwego cynizmu zawsze, gdy była zmuszona do rozmowy na temat polityki.
Po skończeniu studiów szybko znalazła pracę w jednej z firm komputerowych na dziwnie i obco brzmiącym stanowisku - "internet shareware programing supervisor" (jej matka nigdy nie zrozumiała na czym to polega) i temu całkowicie się oddała. W międzyczasie spławiła kilku kandydatów na mężów, których chorobliwie podejrzewała o większe zainteresowanie jej ojcem niż nią samą. Staropanieństwo jej raczej nie groziło - była młoda i atrakcyjna, ale mimo całej miłości jaką darzyła ojca nie znosiła uchodzić za element na jego dworze.
- Pewnie przyjadą jutro po południu - przypomniał sobie pan Piotr wchodząc do domu.
Willa była duża, wewnątrz - starannie urządzona w starym, choć może zbyt koturnowym stylu, ale zdaniem senatora - jej projektant nie miał zmysłu praktycznego. Zbyt obszerny przedpokój, niepotrzebne, aż dwie łazienki, kuchnia połączona z salonem - to wszystko powodowało, że panu Piotr od dawna namawiał żonę do przeróbek, ale na razie - bez skutku. Pod jej wpływem kupił ten dom od przyjaciela, także dzięki niej wszystko tu na razie pozostawało bez zmian. Jedyne innowacje jakie udało mu się przeforsować dotyczyły jego kilku ulubionych mebli. Zamiłowanie do staromodnych wystrojów domów wyniósł jeszcze z domu rodzinnego, ale tu nie napotykał na opór ani żony ani córki. Co do reszty - bez większych protestów ustępował, zdając sobie sprawę z tego, że ta willa to właściwie jedyna rzecz, na którą pani Zofia miała tak naprawdę decydujący wpływ.
Senator wszedł do pokoju zwanego przez rodzinę - "brązową biblioteczką" i rozejrzał się dookoła. Pedantyczne zamiłowanie do porządku - cecha, którą na szczęście dzielił wraz z żoną widoczne było już na pierwszy rzut oka. Starannie ułożone książki na półkach według wielkości, tematyki, a nawet wieku pokrywały całą niemal powierzchnię ścian, aż po sufit. Pośrodku stał niewielki stoliczek, przed nim - krzesło, metr obok - dwuosobowa, niewielka, ale wygodna skórzana kanapa. Dominował tu oczywiście kolor brązowy, ale sufit pomalowany był na biało, co miało zdaniem pani Zofii wprowadzić tu trochę światła.
Senator wciąż nie mógł zapomnieć o kłopotach, które niósł w teczce pod pachą, ale był pewien, że te kilka godzin snu, które mu jeszcze pozostały do jutra pozwolą spojrzeć na tę całą sprawę z kilku innych, może lepszych punktów widzenia. Ze wstydem przyznał się, że tydzień bez jego kobiet upłynął zbyt szybko.
Zdjął marynarkę, powiesił ją starannie na krześle i przez chwilę rozważał możliwość przeczytania kilku stron rozpoczętego wczoraj wieczorem "Domu na Sekwanie" Whartona, ale gdy przypomniał sobie która jest godzina - zrezygnował. Rozsiadł się wygodnie na kanapie i postanowił chwilę odpocząć. Teczkę, ostrożnie - jak by była z delikatnego szkła - położył na stoliczku i lekko zmrużył oczy. Po chwili jednak otworzył je ponieważ wydawało mu się, że usłyszał lekkie chrobotanie na schodach. - Dzyndzel, to ty ? - cicho spytał, licząc , że to tchórzofretka Magdy stara się zejść na dół. Powoli jednak zaczął unosić się z fotela, gdy na ścianie przedpokoju widocznej przez drzwi salonu, zaczął powiększać się jakiś cień. Światło padało od strony przedpokoju, ale pochodziło od małej lampki wiszącej tuż przy drzwiach wejściowych..
Cień był więc słabo widoczny, ale senator dostrzegł go ponad wszelką wątpliwość. Gdy w drzwiach pojawiła się postać niewysokiego mężczyzny w okularach, Piotr Kamiński już zdążył wstać.
Mężczyzna wymierzył pistoletem w senatora, ale przez chwilę nie oddawał strzału, być może po to, aby dokładnie przyjrzeć się czy osoba, którą widzi jest tą, którą spodziewał się tu zastać.
Senator nie miał jednak czasu, nawet na to, aby zacząć się bać. Zdążył dostrzec tylko, że pistolet jest nienaturalnie długi dzięki tłumikowi umocowanemu na lufie. Dwa strzały powaliły go z powrotem na fotel. Głowa, którą przeszyły przed chwilą pociski uderzyła mocno o ramię fotela, ale senator tego nie czuł. Już nie żył.
Mężczyzna podszedł do fotela trzymając pistolet w niezmienionej pozycji. Gdy upewnił się, że ofiara jest martwa, otworzył teczkę po czym krótko mruknął z zadowoleniem. Następnie zamknął ją, przebiegł wzrokiem po biblioteczce i zabrał się do dokładnego przeszukania domu.