Złamany miecz

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne
ROZDZIAŁ 1

Marrakesz, Maroko Podchodząc do straganu wypełnionego marokańskimi przysmakami, Beatrice słyszała dobiegającą z oddali egzotyczną melodię.

- Kibbeh! - nawoływał monotonnym głosem sprzedawca.
- Kibbeh! - pisnęła Beatrice. - Słyszałam o nim, babciu. Mogę spróbować? Proszę!
Starsza pani zerknęła z ukosa na zestaw aromatycznych dań.
- Nie wiadomo, kiedy to zostało przyrządzone, kochanie - szepnęła.
- Zaledwie przed chwilą, piękne panie! - Meriat Haddish, sprzedawca, pomachał wachlarzem nad swoim towarem, rozpraszając rój much.

Normalnie nie zawracałby sobie głowy tymi kobietami.
Przede wszystkim były to Angielki, a one nigdy nie wiedziały, co dobre. Staruszka wyglądała tak, jakby odżywiała się wyłącznie ziemniakami, dziewczynka zaś prawdopodobnie krzywiła się na wszystko, co nie było pizzą.

I były bogate. Za cenę sukienki tej małej rodzina Meriata mogłaby się utrzymać przez miesiąc. Czym zajmował się ojciec dziewczynki, żeby jej kupić taką sukienkę? Z pewnością nie stał przez całą noc przy piecu, z włosami przesiąkniętymi tłuszczem i twarzą pokrytą potem. Nie szedł o świcie na targ, rozmyślając o swym najstarszym synu, który odciął czubki od jedynej pary butów, żeby pomieścić palce stóp.

Westchnął. Narzekanie na osobliwe wyroki Allacha mijało się z celem. Poza tym owe dwie Angielki mogły być dziś rano jedynymi klientkami. Przeklęci Amerykanie oprowadzali po bazarze swojego wątłego, starego eksprezydenta i tajne służby dosłownie trzymały ludzi na muszce. Przez ostatnie pół godziny Meriat widział tylko reporterów i kamerzystów, a oni nigdy nie kupowali jedzenia.

Niemal widział, jak jego smakowity kibbeh jełczeje w promieniach słońca.
- Panie spróbować kibbeh, okej? - rzucił z wymuszonym uśmiechem, unosząc wonny patyk, na którego widok pomarszczona stara nietoperzyca cofnęła się, jakby to było łajno.
- Nie wątpię, że pański... towar jest smaczny - powiedziała, ciągnąc Beatrice lekko za ramię. - O, na tamtym straganie mają różne prześliczne naczynia. Chodźmy tam.
Meriat ostrożnie potrząsnął patykiem.
- Nie, nie. Nie kupować tam naczynie - szepnął konspiracyjnie. - Tam złodziej. Naczynie z Tajwan. Tylko dla turystów.

Staruszka tęsknie wpatrywała się w stragan.
- Wy angielskie damy? - zagadnął Meriat, poruszając kibbeh,żeby zwrócić jej uwagę. - Mój brat, on jechać do Londyn dziesięć lat wstecz. Kierować taxi. - Wydobył spod lady brytyjską flagę i zatknął ją z boku straganu. - Boże chroń królową. Piękna pani. - Oderwał kawałek mięsa zatłuszczonymi palcami i podsunął staruszce. - Próbka za darmo. Pani chcieć?
- Za żadne skarby! - odparła.
- Ja poproszę. - Beatrice wyciągnęła rękę.
Stała o dwa kroki od straganu. Najwyraźniej nie ma ochoty zbliżać się zanadto do tubylców, pomyślał Meriat. Skrzywił się buntowniczo. jeśli angielska księżniczka myśli, że on opuści stragan, aby jej przynieść próbkę swej smakowitej potrawy, to długo sobie poczeka. Zaplótł ręce na piersiach. Dziewczynka przez chwilę stała w milczeniu, poprawiając okulary przeciwsłoneczne godne gwiazdy filmowej, a potem zrobiła krok naprzód.
- Ach, piękna młoda dama wiedzieć, że jedzenie doskonałe. - Meriat złożył kibbeh na jej dłoni.
- O - odezwała się, zaskoczona. - Wydawało mi się, że to będzie w cieście.
Meriat poczuł irytację.
- Przecież widać...
- Nie jedz tego - rozkazała babcia.
- Jest dobre - oznajmił Meriat, zjadając resztę. - Specjalność Maroka. Lepsze w Marrakeszu niż w Casablance, a nawet w Tangerze. Ja, Meriat, robić je najlepiej.
- Jagnię - powiedziała Beatrice, wąchając potrawę. - Szafran, pietruszka, czosnek i...
- To brzmi przerażająco - skomentowała kwaśno babcia. - Weź chusteczkę.

Dziewczynka wsunęła mięso do ust i w tej samej chwili starsza pani wyciągnęła rękę, strącając wnuczce ciemne okulary. Obydwie natychmiast przykucnęły, a dłonie dziewczynki przesunęły się kolistym ruchem po zakurzonej powierzchni placu.

Meriat mimo woli wciągnął głośno powietrze. Nie odgadł tego wcześniej. Ta mała była taka śliczna, miała włosy jak złocista przędza, idealnie białe zęby i wyglądała na pewną siebie, bogatą panienkę.
Była niewidoma.
- Ubrudziłaś sobie ręce - zbeształa ją babcia, lecz dziewczynka zdawała się nie zwracać na nią uwagi. Odszukała okulary, umieściła je z powrotem na nosie i uśmiechnęła się do sprzedawcy.
- Dziękuję. To było pyszne - powiedziała.
Meriat pokrył zakłopotanie śmiechem.
- A nie mówiłem, że mój kibbeh najlepszy? Proszę kupić, piękna pani. Tylko dwa dirhamy. Prychnąwszy z rozdrażnieniem, babcia wydobyła z portmonetki dwie monety i podała Meriatowi, który wręczył jej trzy porcje kibbeh, umieszczone z czułością na zatłuszczonym kawałku papieru.

Staruszka owinęła dłoń Beatrice kwiecistą chusteczką i dopiero potem podała wnuczce potrawę.
- Przypuszczam, że planowanie obiadu straciło sens - zauważyła. - Po południu zaczniesz się skarżyć na ból brzucha.
- Żaden ból brzucha, piękna pani...
- Proszę mnie tak nie nazywać! - ucięła babcia. - Przepraszam, ale naprawdę musimy już... Wielkie nieba, przecież to prezydent Marshall! - wykrzyknęła nagle.

Meriat wyjrzał spod markizy.
- Kibbeh! - zawołał gromko, chowając w pośpiechu brytyjską flagę i zastępując ją amerykańską. - Mój brat, on dziesięć lat prowadzi taxi w Nowy Jork!
Starsza pani popatrzyła na niego surowo. Meriat wzruszył ramionami.
- Boże błogosław Amerykę! - wrzasnął, a stara Angielka pociągnęła niewidomą dziewczynkę ku straganowi garncarza.

Były prezydent William C. Marshall kroczył powoli przez plac targowy, śląc fotoreporterem dobroduszne uśmiechy i bez powodzenia starając się nie utykać na chorą nogę. Miał sześćdziesiąt siedem lat. Od ponad dwóch dziesięcioleci nie zajmował żadnego stanowiska w rządzie amerykańskim, lecz wyglądało na to, że ma więcej pracy niż kiedykolwiek.

Mimo iż nie był gwiazdą amerykańskich mediów, kilkanaście razy od czasu złożenia urzędu zwracano się do niego o załagodzenie takich czy innych konfliktów w rozmaitych krajach, począwszy od nowo powstałych państw afrykańskich, a skończywszy na światowych ogniskach zapalnych.

Rząd nie wysyłał go do tych miejsc. Po pierwszej wizycie zagranicznego wysłannika w domu Marshalla w Pensylwanii Rada Bezpieczeństwa N arodowego orzekła, że to zbyt niebezpieczne. CIA zaś uznała, że Stany Zjednoczone nie zamierzają ponosić odpowiedzialności za jego śmierć podczas próby negocjacji pokojowych w jakimś kraju o niemożliwej do wymówienia nazwie, gdzie od lat toczy się wojna domowa. Nie licząc tajnych służb, przydzielanych jako ochrona każdemu byłemu prezydentowi, Marshall miał być zdany wyłącznie na siebie.

"Wystawi mnie na pośmiewisko" - skomentował obecny prezydent. A jednak Bill Marshall odnosił sukcesy tam, gdzie zawodził aparat polityczny społeczności międzynarodowej. I dokonał tego piętnaście razy.

O czternaście za dużo, pomyślał, udając, że podziwia ceramiczne naczynie do palenia trociczek. Kto właściwie używa trociczek? Jeśli ktoś zapalił cygaro albo puścił gazy, otwierało się okno. Po co dodatkowo zasmradzać dom czymś o zapachu zwęglonych kwiatków doniczkowych?

Gdy aparaty fotograficzne zakończyły pstrykanie, Marshall odstawił naczynie i wyjął chustkę, by otrzeć twarz. Było piekielnie gorąco, a chore kolano bolało jak diabli. Doszedł do wniosku, że ta robota jest jeszcze gorsza niż prezydentura. Nadal musiał znosić bezczelnych dziennikarzy i fotoreporterów, przy czym okresów spędzanych z dala od domu nie liczył już w dniach, lecz w miesiącach.

Tęsknił za swym domem przy Apple Tree Road, w którym mieszkał od czasów chłopięcych. Tęsknił za żoną, która towarzyszyła mu wszędzie, gdy pełnił urząd prezydenta. Teraz byłoby to zbyt niebezpieczne. Bez nadzwyczajnych środków ostrożności, jakimi zwykle otacza się głowę państwa, stanowił łatwy cel dla tysiąca organizacji terrorystycznych pragnących zagościć w wieczornych wiadomościach.

Dotyczyło to zwłaszcza obecnej misji. ON Z dawno już straciła nadzieję na wynegocjowanie jakiegokolwiek traktatu między Izraelem a Palestyńczykami. Sam Marshall był w głębi serca przekonany, że poniesie fiasko. Zwrócili się do niego nie przedstawiciele któregoś z rządów, lecz grupy rabinów i duchownych muzułmańskich. W domu przy Apple Tree Road przekonywali byłego prezydenta, że będzie to misja pokojowa, powołana przez ludzi wierzących na różne sposoby w tego samego Boga.

I dla Boga William Marshall podjął się spotkania z dwiema niechętnymi sobie stronami na neutralnym terenie Marrakeszu, gdyż Bóg potrafił czynić cuda, a tylko cud mógł zapewnić powodzenie tej misji.

Ale Bóg i Człowiek należeli do odmiennych gatunków. Nikt nie czekał z zapartym tchem na wynik rokowań.
- Wielkie nieba, przecież to prezydent Marshall! - wykrzyknęła dystyngowana starsza Angielka spod sąsiedniego straganu.

Marshall westchnął, czując, jak czterech towarzyszących mu agentów tajnych służb zwiera szeregi. W każdym widzieli zamachowca, nawet w siwowłosych damach, które wydawały okrzyki, rozpoznając byłego prezydenta.

Ciągnęła za sobą dorastającą dziewczynkę, która poruszała się zbyt wolno jak na wymagania starszej pani. Dziewczynka potknęła się o sprzęt jakiegoś fotoreportera i runęła jak długa. Reporter podniósł wrzask, staruszka nie pozostała mu dłużna, a agenci oblepili ich niczym farba.
- Na litość boską - odezwał się Marshall. - Ona nie jest...
Coś przeszyło jego pierś. Ułamek sekundy później, padając na wznak, usłyszał huk wystrzału.

Wszystko zdawało się przebiegać w zwolnionym tempie. Agenci zapomnieli o utarczce turystek z reporterem i podskoczyli jak pociągnięci za sznurki, wyciągając broń i odwracając głowy w tym samym kierunku. Leżąca na ziemi dziewczynka zaczęła krzyczeć, a po chwili dobiegły z dala inne krzyki. Marshall poczuł, jak pod jego ciężarem łamie się krucha lada straganu. Wystawione na sprzedaż towary osunęły się z trzaskiem na ziemię. Naczynie do palenia trociczek wypadło Marshallowi z rąk i przeleciało obok sprzedawcy, którego twarz zastygła w wyrazie przerażenia.

Dwaj agenci zerwali się równocześnie do biegu, podczas gdy sterta glinianych skorup obsypała poszarpaną, zakrwawioną klatkę piersiową Marshalla. Trzeci agent uruchomił telefon komórkowy i zaczął coś do niego wyszczekiwać. Czwarty zaś odwrócił się z gracją śniącego tancerza i skoczył ku byłemu prezydentowi.

Marshall poczuł pragnienie. Zamknął oczy i ujrzał swój dom w Pensylwanii. W zagajniku znajdowała się stara studnia, teraz już wyschnięta i przykryta deskami, obok której dziadek przechowywał wiadro i wyszczerbiony blaszany czerpak. Czasami w wiadrze pływała maleńka żabka albo martwy chrabąszcz, ale woda z tej studni miała najwspanialszy smak na świecie.

Poczuł dotyk czegoś ciepłego. Otoczył to coś dłonią. Było z metalu, jak czerpak przy studni. Zacisnął palce, wyczuwając w ich koniuszkach własny słabnący puls. Próbował oblizać zaschnięte wargi, lecz zabrakło mu sił. W ustach miał pełno krwi.

Dwaj agenci zbliżali się ku niemu, na bazarze panowało istne pandemonium, lecz Marshall nic już nie widział ani nie słyszał. Czerpak w jego dłoni stawał się coraz cieplejszy. Coraz gorętszy...

Przemknęło mu przez głowę, że to wcale nie czerpak, tylko jakieś wyszczerbione metalowe naczynie. Nie znajdował się przy Apple Tree Road. Znajdował się w Marrakeszu, postrzelony przez niewidzialnego zamachowca, i stracił mnóstwo krwi. Został ciężko ranny. Ciężko ranny i było z nim coraz...
...lepiej...
Lepiej?
Znacznie lepiej, pomyślał ze zdumieniem Marshall. Otworzył oczy. Na plac targowy wdarła się karetka. Wsparł się na łokciu i usiadł. Dwaj agenci natychmiast pchnęli go z powrotem na ziemię, a następnie powoli i wprawnie ułożyli na noszach. jeden z mężczyzn wyłuskał mu z rąk metalowy puchar i odrzucił na bok.
- Kielich... - szepnął Marshall, lecz nikt go nie usłyszał.

W jadącej na sygnale karetce sanitariusz rozciął koszulę pacjenta. Zdarto przesiąkniętą krwią popelinę i zaczęto przykładać tampony do piersi Marshalla. Sanitariusz uniósł zdumione oczy.
- Gdzie jest rana? - spytał jednego z agentów.
- Na miłość boską - warknął mężczyzna. - Dokładnie w tym... jego czoło przecięła głęboka bruzda. Przesunął palcami po wysmarowanej jodyną piersi eksprezydenta.
Wymacał tylko maleńki rowek, przypominający dawno zagojoną bliznę.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
ZACZEKAJ! ZOBACZ, CO TERAZ JEST NA TOPIE 🔥