Złamane serce
Sobota 5:30 Mam zły charakter i dobrą figurę. I jak każdego ranka, tuż przed otwarciem oczu, dziękuję losowi, że jestem taka, jaka jestem. I jak każdego ranka cieszę się z moich najrozmaitszych zalet. Umiem dobrze zaparkować, a jeszcze lepiej umiem mówić "nie". Nie dalej jak wczoraj dałam popalić namolnemu babsku z nadwagą, która przy ladzie z serami wcisnęła się między mnie a goudę light.
Naprawdę wcisnęła się bez kolejki, a mnie naprawdę trudno przeoczyć. Obecnie jestem na etapie odchodzenia od mojego ukochanego. Nudzi mnie tym swoim ciągłym gadaniem o Hollywood, gdzie właśnie kręci swój pierwszy kinowy film. Nie lubię, jak facet ciągle mówi tylko o sobie. No bo kiedy ja mam o sobie mówić?
Nie, nie, nigdy nie byłam z tych mimozowatych, które uważają, że będą podziwiane, jeśli same będą wystarczająco intensywnie podziwiały . Robienie okrągłych oczu. Okrzyki: "Aaach!" i "Oooch!", jakby się było świadkiem pokazu ogni sztucznych z okazji otwarcia olimpiady. Brrr. Mam tylko metr sześćdziesiąt wzrostu, ale już od dawna nie zadzieram głowy, żeby na kogoś popatrzeć. Każdy jest tak duży, jak duży się czuje. A czuje się większy, kiedy spogląda z góry . Mężczyźni kochają, kiedy się ich poniża. Nie pytaj, dlaczego. Po prostu tak jest i już.
Mój kochanek na przykład - wolę nie wymieniać jego nazwiska, bo jest bardzo znany, bardzo bogaty i oczywiście bardzo żonaty - przerwał kręcenie filmu z Winoną Ryder, kiedy w zeszłym tygodniu dałam mu do zrozumienia przez telefon, że nie mógłby mi zrobić większego świństwa niż rozwieść się z żoną. I co osiągnęłam? Winona szaleje na planie. Mój kochanek grozi mi rozwodem - z żoną. A co ja z tego mam? Ja jestem happy, bo ten cudowny pierścionek od Choparda baardzo mi pasuje. Nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego po kolejnym romansie nie miałabym być bogatsza i to nie tylko o doświadczenia.
Dlatego preferuję rozstania w okolicach Bożego Narodzenia albo moich urodzin. Jeśli o mnie chodzi, to z zasady nie robię prezentów. Miałam kiedyś przyjaciółki, które robiły dla swoich facetów kalendarze adwentowe. Dwadzieścia cztery otwierane okienka z dwudziestoma czterema drobiażdżkami w środku. Uuuuch, ależ się przez to traci! Dzisiaj nie mam już przyjaciółek.
Nie robię prezentów, nie gotuję i nigdy się nie usprawiedliwiam. Kobiety się mnie boją. Bo gdybym tylko chciała, mogłabym mieć każdego z ich facetów. Ale niech sobie spokojnie chodzą w swoich bamboszkach, oglądają głupie teleturnieje i opychają się cebulowymi chipsami. Nie chcę żadnego z ich facetów. Mam zły charakter i dobrą figurę... Jest tuż po wpół do szóstej... Jest sobota rano... To był tylko sen...
Tylko sen... ###5:35 Czasami, kiedy się budzę, tak jak teraz, to czuję się wzmocniona tym, co mi się śniło. Nie pamiętam dokładnie, co to było, ale pozostaje uczucie przyjemnego uczucia. Jak to lepiej powiedzieć? Otwieram oczy i od razu wiem, kim jestem. Ale też dobrze wiem, kim chciałabym być. Mam dobry charakter i złą figurę. Ale przysięgam na wszystkie moje świętości - na szczoteczkę do twarzy Shiseido, na moją babcię Amelię Tschuppik i na podwójny kompakt Whitney Houston - ja się zmienię. Tak jest, zmienię się. Dzisiaj człowiek wcale nie musi się z tym godzić, że ma dobry charakter, tak jak nie musi się godzić z tym, że ma zbyt masywne uda. Wszystko jest kwestią dyscypliny.
Na dworze powoli robi się jasno. Uwielbiam latem budzić się wraz z nastaniem dnia. To taki czas, w którym najlepiej rozwijają się sny. Kilka rannych ptaszków zaczyna ze sobą ukradkiem rozmawiać, komódka przy łóżku nabiera kształtów, pościel stopniowo odzyskuje kolory. Róż i jasna szarość, kwiatki na brzegach.
W ciągu tych niewielu minut między nocą a dniem mam czasem takie uczucie, jakbym mogła od nowa zdecydować. Bezgłośnie wstać, bezgłośnie opuścić moje życie i bezgłośnie rozpocząć nowe. Są tylko dwie sytuacje, w których czuję podobną nieważkość, pokusę, by zacząć wszystko od początku. Kiedy Audrey Hepburn w "Sniadaniu u Tiffany'ego" siedzi na parapecie i śpiewa Moon River:
There’s such a lot of world to see,
to moja tęsknota ma jej twarz. Być w Nowym Jorku szczupłą z gitarą na parapecie, nie przejmować się narzekaniami sąsiadów: "Miss Golightly!" Kochać kota i niewłaściwego faceta i umieć śpiewać. Tak jest, to jest to.
Albo jechać samochodem. Prostą jak strzelił szosą. Sama. Jak Thelma i Louise. Tyle że bez Louise. Jestem dobrym kierowcą. To mnie odróżnia od większości innych kobiet. Niestety, nic więcej nie odróżnia mnie od większości innych kobiet. Często się usprawiedliwiam, chociaż nie jestem pewna, czy coś zawiniłam. Często walczę z fryzurą, z łamliwymi paznokciami i tkanką tłuszczową na ciele. Zasięgam dziesięciu opinii, zanim zdecyduję, co sama o czymś sądzę i uważam za dobry każdy dzień, w którym ważę 30 deko mniej niż poprzedniego wieczora.
Ale, drogie siostry , doczołgujące się z prędkością 15 krn/h do kolejnego skrzyżowania, ściskające kierownicę tak kurczowo jak zastrzelony kowboj swojego colta i przez 30 kilometrów jadące pustą szosą za TIR-em ze strachu przed wyprzedzaniem: DOBRZE PROWADZĘ. I nie tylko: również dobrze parkuję.
Prowadzenie samochodu to wolność. W każdej chwili mogę gdzieś skręcić. Kiedy zobaczę drogowskaz z napisem "Pipidówka", to mogę zdecydować, że właśnie tam spróbuję szczęścia. A wtedy włączam migacz, zjeżdżam z szosy i zaczynam nowe życie. Takie to proste. W moich snach.
Jest sobota rano. Tuż po wpół do szóstej. Nazywam się Amelia "Lala" S turm, jutro skończę trzydzieści dwa lata i już nie będę taka jak dawniej - i to jest jedyne, co w tej chwili tak na pewno mogę o sobie powiedzieć. A to dlatego, że zmienię swoje życie zanim jeszcze ta cholerna komódka przybierze swój kształt, a moja pościel odzyska kolory. Nic już nie będzie takie jak było. Odgruzuję swoje życie i odrzucę przyzwyczajenia. Z lekkim sercem pożegnam się ze wszystkim, pomijając oczywiście mojego fryzjera o imieniu Burgi, moją najlepszą przyjaciółkę Ibo, mojego psa Marple i mój spray do stóp. Kobieta w moim wieku musi wiedzieć, co zabrać ze sobą w podróż po nowe życie, a co zostawić. Jednego natomiast nie potrzebuję już na pewno...
Odwracam się:
Philipp von Btilow zawsze wygląda tak, jakby liczył się z tym, że zaraz ktoś zrobi mu zdjęcie. Nawet kiedy śpi, człowiek ma wrażenie, że on tylko udaje, że śpi, żeby wyglądać możliwie korzystnie i przekonująco.
Jestem pewna, że gdyby Philipp kiedykolwiek trafił do "Big Brothera", to wolałby przez trzy miesiące odmawiać sobie snu, niż dopuścić, żeby cały naród choć raz usłyszał, że on chrapie. Philipp zawsze pięknie pachnie. Z zasady nie beka i nigdy mu się nie odbija - diabli wiedzą, jak on sobie z tym radzi. Nigdy żaden pryszcz nie zeszpecił jego twarzy, a jego ciemnoblond włosy są na skroniach poprzetykane srebrzystą siwizną takiego rodzaju, że nawet z Richarda Gere'a czyni poważnego mężczyznę i potrafi wywrzeć intensywne, aczkolwiek krótkotrwałe wrażenie nawet na Cindy Crawford.
Jestem wdzięczna za tych niewiele chwil, w których Philipp von Bi.ilow wygląda jak całkiem zwyczajny człowiek. Jak na przykład teraz: delikatne astmatyczne rzężenie. Każdy wydech to zapachowe wspomnienie poprzedniego wieczoru, mówiące o kilku wypalonych cigarillos, większej ilości wódki z tonikiem i grappie na rozchodniaczka. Philipp ma na wpół otwarte usta, a jeden ich kącik jest opuszczony. Jak drzwi krzywo wiszące na zawiasach. W takich chwilach Philipp von Biilow wygląda tak, jakby był niespełna rozumu. To są chwile, w których kocham go najbardziej.
Niedoskonałość mnie wzrusza. Blada skóra. Posklejane włosy. Patrzę na niego i wiem, że wstydziłby się, gdyby mógł teraz zobaczyć siebie i mnie. Rzadko kiedy jestem bliżej niego niż kiedy tak śpi jak teraz. Zupełnie jakby nareszcie pokazał mi swoją prawdziwą twarz. Mam ochotę delikatnie przesunąć mu opuszkami palców po brwiach i obcałować te jego wąskie usta.
Zauważyłam, że dobrzy, interesujący, trudni mężczyźni, którzy potrafią zadać kobiecie ból w dobrym stylu, zawsze mają wąskie usta. Faceci o pełnych wargach bardzo łatwo zaczynają sprawiać wrażenie, jakby mieli ochotę narobić nieślubnych dzieci pierwszej lepszej kochance bez matury.