Zemsta Skulliona

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

ROZDZIAŁ 1

Biesiada była wyśmienita. Nawet lektor, który był tak stary, że pamiętał jeszcze biesiadę z 1909 roku, nie przypominał sobie równie wspaniałej - a Porterhouse słynął ze swej kuchni. Podano kawior i soupe a l`oignon, turbot au champagne, łabędzia faszerowanego świstunem i wreszcie, na pamiątkę fundatora kolegium, befsztyk z byka upieczonego w całości w wielkim kominku refektorium.
Do każdego dania serwowano inne wino i każdy z biesiadników dostał pięć kieliszków. Do ryby podano Pouilly Fum, do dziczyzny szampana, a do wołowiny najlepszego burgunda z piwnic kolegium. Przez dwie godziny pojawiały się srebrne tace, anonsowane skrzypieniem drzwi, kelnerzy kursowali tam i z powrotem przygięci do ziemi ciężarem potraw i doniosłością chwili.
Przez dwie godziny członkowie kolegium Porterhouse byli straceni dla świata, zatopieni w starodawnym rytuale, który łączył przeszłe stulecia z obecnym. Brzęk sztućców, podzwanianie szkła, szelest serwetek i człapanie stóp kolegialnej służby odgradzały biesiadników od zgiełku teraźniejszości. Na zewnątrz na ulicach Cambridge szalała zima, lecz wewnątrz było ciepło i panowała wesoła atmosfera. Setka świec wetkniętych w srebrne lichtarze rzucała wydłużone cienie przygarbionych kelnerów na portrety dawnych rektorów, które wisiały rzędami na ścianach. Srodzy czy łagodni, uczeni czy politycy, rektorzy na portretach mieli jedną cechę wspólną: wszyscy byli rumiani i pulchni. Tylko nowy rektor różnił się od swych poprzedników. Usadowiony przy stole towarzyszy, sir Godber Evans spożywał indyka z subtelną powściągliwością, która wyraźnie kontrastowała z delektacją nie skrywaną przez współbiesiadników. Przyklejony do twarzy uśmiech człowieka cierpiącego na niestrawność nadawał obliczu sir Godbera wyraz ponurego
ożywienia, jakby rektor znajdował ulgę od cierpień ciała w jakimś wyszukanym, całkowicie intelektualnym dowcipie.
- Ten wieczór nieprędko pójdzie w zapomnienie, panie rektorze - powiedział ociekający tłuszczem magister scholarum.
- W zupełności się z panem zgadzam, panie magistrze - odbąknął rektor. Przepowiednia magistra scholarum dodawała pikanterii dowcipowi, którym się w skrytości rozkoszował.
- Łabędź wyśmienity - rzekł dziekan - a świstun nadaje mu swoiście zawadiackiego smaku.
- Jakże jej wysokość był łaskaw, pozwalając nam zachować łabędzia w jadłospisie - powiedział kwestor. - To tak rzadki przywilej.
- Bardzo rzadki - zgodził się kapelan.
- W istocie, ojcze kapelanie, w istocie - mruknął rektor, po czym skrzyżował nóż i widelec. - Chyba zaczekam na stek.

Zagłębił się w krześle, oparł się i przyjrzał twarzom towarzyszy ze wzmożonym niesmakiem. Cóż za atawistyczna zgraja - pomyślał sobie raz jeszcze - zwłaszcza kiedy wsuną sobie serwetki za kołnierze (stara tradycja kolegium); czoła mają tłuste od potu, a usta bez przerwy pełne jedzenia. Jak niewiele się tu zmieniło, odkąd sam studiował w Porterhouse. Nawet służący byli ci sami, a przynajmniej takie odnosił wrażenie. Ten sam człapiący krok, limfatycznie rozdziawione usta i drżące dolne wargi, ta sama czołobitność, która tak raniła jego poczucie sprawiedliwości społecznej, kiedy był młodym człowiekiem. To się zresztą też nie zmieniło.
Przez czterdzieści lat sir Godber maszerował, a w każdym razie defilował, pod sztandarem sprawiedliwości społecznej i jeśli cokolwiek osiągnął (niektórzy cynicy nawet w to wątpili), był to efekt wyostrzonej wrażliwości, która się w nim wyrobiła na widok przepaści odgradzającej służbę uczelnianą od młodych dżentelmenów w Porterhouse. Jego późniejsza kariera polityczna odznaczała się wysokimi aspiracjami i najmniejszą skutecznością, jak twierdzili niektórzy, od czasów Asquitha. Przeprowadził przez parlament ustawę o nazwie "Subsydiowanie rozwoju", która w zamyśle miała wspomagać nisko opłacanych pracowników, a w istocie stała się dotacją dla klas średnich.
Jego kampania: "Łazienka w każdym domu" zaowocowała przydomkiem Mydłek i tytułem szlacheckim, natomiast jego pracę jako ministra ds. rozwoju technicznego nagrodzono wczesnym przejściem na emeryturę i godnością rektora Porterhouse. Do licznych paradoksów tej nominacji należał fakt, że sir Godber zawdzięczał ją instytucji, do kto rej wedle swych deklaracji czuł największą odrazę, a mianowicie patronatowi królewskiemu. Być może właśnie świadomość tego paradoksu kazała mu na zakończenie swej kariery inicjatora zmian społecznych podjąć radykalną reformę charakteru i tradycji swego macierzystego kolegium. To i znajomość faktu, że jego nominacja spotkała się ze stanowczym sprzeciwem niemal wszystkich towarzyszy. Tylko kapelan powitał go życzliwie, co najprawdopodobniej wynikało z tego, że będąc prawie głuchy, źle usłyszał jego nazwisko*.

Tak, został rektorem wbrew swym własnym przekonaniom i dzięki temu, że towarzysze nie dogadali się między sobą i nie wyznaczyli nowego rektora w drodze wyborów. Umierający rektor na łożu śmierci nie wskazał swego następcy, do czego zgodnie ze starym zwyczajem miał prawo. Nowego rektora musiał zatem mianować premier, który skorzystał z okazji i pozbył się niewygodnego członka swej administracji, także dogorywającej. W kręgach parlamentarnych, w przeciwieństwie do akademickich, nominację sir Godbera powitano z ulgą.
- "Może wreszcie uda ci się to nadgryźć" - powiedział jeden z jego gabinetowych kolegów, przy czym nie chodziło mu o znakomitą kolegialną kuchnię, lecz o niezłomny ~konserwatyzm Porterhouse. Pod tym względem kolegium to jest instytucją zupełnie wyjątkową.
Żadne inne kolegium w Cambridge nie może się równać z Porterhouse, jeśli chodzi o przestrzeganie starych tradycji. Do dzisiaj grono profesorskie z Porterhouse wyróżnia się krojem płaszczy, typem fryzury i niezłomną wiernością todze.
"Wieś przyszła do miasta" i "szlachciura idzie do szkoły" - szydziły sobie inne kolegia w dawnych dobrych czasach - docinki te wciąż mają w sobie coś z prawdy. Nieugięte poleganie na sobie we wszystkim prócz egzaminów to dewiza studenta z Porterhouse. Do wyjątków należą lata, kiedy Porterhouse nie wygrywa wyścigów wioŚlarskich.
Przy tym wszystkim Porterhouse nie jest bogate. W przeciwieństwie do prawie wszystkich innych uczelni kolegium posiada niewiele majątku. Kilka ciągów sypiących się domów szeregowych, jakieś farmy w Radnorshire, trochę akcji w przestarzałych gałęziach przemysłu - Porterhouse jest biedne. Jego roczny dochód nie przekracza pięćdziesięciu tysięcy funtów i tej niezasobności zawdzięcza swoją reputację najbardziej społecznie zamkniętego kolegium w Cambridge. O ile bowiem Porterhouse jest biedne, o tyle jego studenci są bogaci. Inne kolegia żądają od kandydatów na studia wysokich osiągnięć w nauce, Porterhouse zaś bardziej demokratycznie nie zważa na różnice intelektu, koncentrując się na zewnętrznych oznakach bogactwa.

Dives in Olmnia, brzmi dewiza kolegium, którą towarzysze traktują dosłownie, kiedy sprawdzają dossier kandydatów. Kolegium oferuje w zamian prestiż społeczny i godny pozazdroszczenia jadłospis. To prawda, że przyznawane są stypendia dla uzdolnionych ludzi o niezasobnej kieszeni, lecz ci z nich, którzy potrafią wytrwać w kolegium, szybko nabywają wszystkich atrybutów człowieka z Porterhouse.
Wspomnienie jego własnych dni jako studenta wciąż przejmowało rektora dreszczem. Sir Godber, wówczas pospolity G. Evans, przybył do Porterhouse z gimnazjum w Brierley powodowany umiłowaniem wiedzy. Doświadczenie to mocno odcisnęło się na jego psychice. Od przyjazdu do kolegium datowało się jego poczucie społecznej niższości, które w większym stopniu niż jego wrodzone uzdolnienia było motorem jego postępowania. Poczucie to pomagało mu znosić niepowodzenia, które przytłoczyłyby człowieka bardziej utalentowanego.
Kiedy sprawy szły nie po jego myśli, mówił sobie, że przeżywszy Porterhouse, człowiek nie ma się już czego lękać. Porterhouse z pewnością zrodziło w nim społeczną odporność. Zawdzięczał kolegium swój tupet, który pozwolil mu kilka lat później, kiedy był osobistym asystentem parlamentarnym ministra transportu, oświadczyć się Mary Lacey, jedynej córce earla Sanderstead, liberalnego członka Izby Lordów, który pozwolił mu co rok ponawiać oświadczyny i co rok przyjmować jej rekuzę z brakiem wdzięku, który w końcu przekonał wybrankę o głębi jego uczuć. Tak, kiedy sir Godber spoglądał wstecz na swoją długą karierę, przyznawał, że wiele zawdzięcza Porterhouse, przede wszystkim zaś umocnił się w postanowieniu, by raz na zawsze zmienić charakter kolegium, które uczyniło z niego takiego, a nie innego człowieka. Kiedy patrzył po twarzach zrumienionych światłem świec i słuchał głośnych pohukiwań, które udawały rozmowę, utwierdzał się w swej determinacji. Befsztyk i burgund szybko znikły, potem podano biszkopt w brandy z
kremem i stiltona, wreszcie zaczęła krążyć wkoło karafka z porto. Sir Godber obserwował, nie uczestnicząc w libacjach. Dopiero kiedy dopełnił się rytuał wycierania czoła serwetką zamoczoną w srebrnej misie, sir Godber przystąpił do działania. Uciszył towarzystwo, postukawszy w stół trzonkiem noża, i podniósł się na nogi.

Skullion obserwował biesiadę z Galerii Muzyków. Za jego plecami tłoczyli się w ciemnościach pomniejsi słudzy kolegialni zapatrzeni w świetną kompanię na dole. Na ich bladych twarzach odbijała się wspaniałość tej uroczystości. Nadejście każdej nowej potrawy witali stłumionym westchnieniem. Oczy rozbłyskiwały im na chwilę, by znów zajść szkłem. Tylko Skullion, główny odźwierny, przyglądał się ceremoniom z dostojną, acz krytyczną miną. W oczach ani krzty zawiści. Kiedy wszystko było comme il faut, jego wzrok wyrażał aprobatę, kiedy zaś kelner rozlał sos albo nie zauważył pustego kieliszka czekającego na kolejną porcję wina, przebijała z niego milcząca nagana. Ogólnie jednak wszystko przebiegało jak należy, tak jak zawsze, odkąd Skullion tyle lat temu podjął pracę w kolegium jako zastępca odźwiernego. Od tego czasu odbyło się czterdzieści pięć biesiad i każdą z nich Skullion obserwował z Galerii Muzyków, tak jak obserwowali jego przodkowie, odkąd powstało kolegium.
- Skullion, tak? Ciekawe nazwisko, Skullion* - powiedział stary lord Wurford, kiedy w 1928 roku po raz pierwszy zatrzymał się koło portierni i zobaczył tam nowego odźwiernego. - Bardzo interesujące nazwisko. Skullion. Porządne, psia jego mać, nazwisko. Skullionowie byli w Porterhouse od czasów Fundatora. Uwierzcie mi na słowo, że byli. Można sprawdzić w dokumentach. Ćwierć pensa dla skulliona. Możesz pan być dumny z tego nazwiska. Skullion był z niego tak dumny ,jakby został na nowo ochrzczony przez starego rektora. To były czasy, to byli ludzie! Stary lord Wurford, porządny, psia jego mać, rektor. On umiałby się cieszyć taką biesiadą. Nie siedziałby tak, dziabiąc delikatnie widelcem i popijając wino małymi łyczkami. Rozlałby je sobie na ubranie, jak to zawsze robił, łabędzia by pożerał jak kurczaka, a kości by rzucił za siebie. Ale to był dżentelmen i wioślarz, który trzymał się tradycji starego Klubu Wodniackiego.
- Kość dla ósemki z przodu! - krzyczeli.
- Jakiej ósemki z przodu? Nie ma żadnej ósemki z przodu.
- No to kość dla ryby z przodu. - I kości leciały przez ramię, a czasem trafiało się na nich mięso i każdy się cieszył, jak którąś złapał. Wtedy to zresztą była prawda: z przodu nie było żadnej ósemki, tylko ryby. W ciemnościach Galerii Muzyków Skullion uśmiechnął się na wspomnienie swej młodości. Teraz wszystko się odmieniło. Młodzi panicze już nie tacy sami. Duch w narodzie zginął, odkąd wojna się skończyła. Dostają stypendia. Pracują. Kto w dawnych czasach słyszał, żeby człowiek z Porterhouse pracował? Za dużo czasu schodziło im na picie i wyścigowanie się. Ilu w tej zgrai znalazłoby się takich, co pojechaliby taksówką do Newmarket, wrócili o pięćset funtów ubożsi i ani mrugnęli okiem? Pan poseł Newland tak uczynił w trzydziestym trzecim. Mieszkał w klatce schodowej Q i został w Boulogne zabity przez Niemców. Skullion pamiętał całe tuziny takich jak on. Prawdziwi dżentelmeni. Porządni, psia jego mać, dżentelmeni. Kiedy zjedzono dania główne i pojawił się stilton, po schodach z dołu wszedł szef kuchni i
zajął miejsce obok Skulliona.
- Znakomita biesiada, panie kolego. Niewiele było lepszych za mojej pamięci - powiedział Skullion.
- Bardzo pan łaskaw, panie Skullion - odparł szef kuchni.
- Lepsza, niż na to zasługują - dodał Skullion.
- Ktoś musi podtrzymywać stare tradycje, panie Skullion.
- Prawda, panie kolego, święta prawda. - Skullion pokiwał głową. Siedzieli w milczeniu i patrzyli, jak kelnerzy zabierają talerze, a porto rytualnie krąży między biesiadnikami.
- Jakie jest pańskie zdanie o nowym rektorze, panie Skullion? - spytał szef kuchni.
Skullion podniósł wzrok na pokryte polichromią belkowanie powały i smutno potrząsnął głową.
- Smutny dzień dla kolegium, panie kolego, smutny dzień westchnął.
- Nie jest to zbyt lubiany dżentelmen? - spytał szef kuchni. - Nie jest to w ogóle dżentelmen - zawyrokował Skullion.
- A- odparł szef kuchni. Na nowego rektora zapadł wyrok. W kuchni miał być odtąd traktowany jak parias. - Nie jest dżentelmenem, co? A niby ma tytuł szlachecki. Skullion spojrzał na niego surowo.
- Dżentelmen nie ma nic wspólnego z tytułem szlacheckim, panie kolego. Dżentelmenem albo się jest, albo nie - powiedział Skullion, a skarcony szef kuchni skinął głową. Pan Skullion nie należał do osób, z którymi można dyskutować, nie o kwestiach etykiety, nie w Porterhouse. Chyba że ktoś był samobójcą. Pan Skullion miał w kolegium dużą władzę.
Siedzieli w milczeniu, płacząc bezgłośnie nad śmiercią dawnego rektora i degrengoladą życia uczelnianego, jaką przyniósł ze sobą nowy rektor, nie będący dżentelmenem.
- Mimo wszystko - powiedział wreszcie Skullion - to była wspaniała biesiada. Nie pamiętam lepszej. - Powiedział to wbrew sobie, z szacunku do przeszłości, i miał właśnie zejść na dół, kiedy rektor zastukał w stół towarzyszy i wstał. Z Galerii Muzyków Skullion i szef kuchni z przerażeniem patrzyli na ten widok. Przemowa podczas biesiady? Nie. Nigdy. Tradycja pięciuset trzydziestu dwóch biesiad absolutnie tego zabraniała.

*

Sir Godber spoglądał z góry na głowy zwrócone ku niemu z wielkim niedowierzaniem. Osiągnął zamierzony skutek. Osłupiałe milczenie, zdumione miny, napięcie - tego właśnie pragnął. I ani jednego szyderczego spojrzenia. Na obliczu sir Godbera wykwitł uśmiech.
- Towarzysze z Porterhouse, członkowie kolegium - rozpoczął z wyćwiczoną galanterią polityka. - Jako wasz nowy rektor uważam, że jest to odpowiednia okazja, aby podzielić się z wami pewnymi nowymi przemyśleniami na temat roli instytucji takich jak ta w nowoczesnym świecie. - Każda obelga była starannie wykalkulowana. Porterhouse jako instytucja, nowe, nowoczesny, rola. Te słowa, te wytarte frazesy bezcześciły atmosferę uczty. Sir Godber był w siódmym niebie. Skutecznie włożył kij w mrowisko. - Po takim posiłku - (na galerii szef kuchni aż podskoczył) - z pewnością nie będzie czymś niestosownym, jeśli zastanowimy się nad przyszłością i zmianami, jakie przecież muszą być dokonane, o ile mamy włączyć się w życie współczesnego świata...
Prawienie tych komunałów przychodziło mu bez wysiłku, nie miały one większego sensu, lecz odnosiły pożądany skutek. Nikt na sali nie słuchał jego słów. Sir Godber mógłby zwiastować powrót Mesjasza, nie napotykając sprzeciwu. Wystarczyło, że przemówił, naruszając tradycję i obrażając spuściznę stuleci, nad którą jako rektor winien sprawować pieczę. Było to bluźnierstwo, Świętokradztwo. Kolegium Porterhouse, struchlałe na ten widok, siedziało w milczeniu.
- Pozwolę sobie zakończyć następującą obietnicą - zwieńczył sir Godber swoją przerażającą orację. - Porterhouse rozrośnie się. Porterhouse stanie się tym, czym niegdyś było - przybytkiem nauki . Porterhouse się zmieni! - Uśmiechnął się po raz ostatni i zanim napięcie opadło, odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę Sali Profesorskiej. Za jego plecami wszyscy biesiadnicy wydali z siebie przeciągłe westchnienie. Ktoś roześmiał się nerwowo, a raczej szczeknął krótko, co w Porterhouse było odpowiednikiem śmiechu, potem odsunięto ławki i wszyscy wysypali się z sali na dziedziniec. Wieczór był chłodny. Zaczął padać śnieg. Na Trawniku Towarzyszy sir God ber Evans przyspieszył kroku. Słyszał to szczeknięcie i dźwięk odsuwania ławek. Wygłoszona w zdenerwowaniu przemowa obrała go z sił. Świadomie rzucił wyzwanie kolegium. Powiedział to, co chciał powiedzieć. Jednoznacznie się zdeklarował. Teraz nie mogli już nic mu zrobić. Groziło mu, że zaczną tupać lub syczeć, lecz choć tak się nie stało, idąc po śniegu
zaściełającym Trawnik Towarzyszy, nagle poczuł strach. Jeszcze bardziej przyspieszył i zamknął drzwi rektorówki z westchnieniem ulgi.
Kiedy towarzysze przeszli do Sali Profesorskiej, kapelan wstał, by zmówić modlitwę dziękczynną. Głuchy na świat i bluźnierstwa sir Godbera, kapelan podziękował Bogu. Usłyszał go tylko Skullion, który stał sam na Galerii Muzyków i twarz pociemniała mu z gniewu.


  • Fellow (ang.) - członek kolegium. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). * _God_ (ang.) - Bóg ** Skullion (ang.) - kuchcik, podkuchenny.
Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
ZACZEKAJ! ZOBACZ, CO TERAZ JEST NA TOPIE 🔥