Zawsze powroty

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

17 kwietnia 1986, Antony

Umarła Simone de Beauvoir. A w dwa dni później Jean Genet. W telewizji na kilka wieczorów przewidziany film stanowiący wywiad na temat książki Druga płeć, nakręcony przed kilku laty. Stara kobieta w turbanie, z umalowanymi ustami i niesympatycznym grymasem mówi, mówi niemal bezustannie. Gdy milknie, usta ma zaciśnięte, cienkie jak linijka. Ale na zdjęciach z młodości widać, że była kiedyś ładna i umiała się śmiać. Niewiele już z tego widać było w Warszawie, gdzie przyjechała z Sartre'em w latach sześćdziesiątych. Simone de Beauvoir przypominała wtedy surową nauczycielkę, surową dla siebie, dla innych i dla Sartre'a, który skarżył się żartobliwie, że Simone wykreśla mu wszystkie zbędne przymiotniki w jego tekstach. Byliśmy wówczas na kolacji u Kazimierzów Brandysów. Dyskusja Sartre'a z Leszkiem Kołakowskim przeciągnęła się do późna w noc. Że też nikomu nie przyszło do głowy, żeby ją nagrać!

[…] 10 lipca 1986, Paryż, Cité des Arts

Od tygodnia trwają zamachy terrorystyczne w Paryżu. Jeden na firmę Thompson pracującą dla celów obronnych Francji, drugi na firmę L'Air Liquide, trzeci i najbardziej zuchwały na Prefekturę Policji w czwartej dzielnicy. Podłożono tam materiały wybuchowe w WC, tuż przy wydziale walki z bandytyzmem. Ktoś podjął ryzyko przeniesienia dziesięciu kilogramów środków wybuchowych w samo centrum instytucji przeznaczonej do ścigania terroryzmu i bandytyzmu. Zuchwalstwo mające ośmieszyć policję i jej brak czujności. Sufit rozsadzony dynamitem przygniótł jednego z najsprawniejszych urzędników policji, kierownika wydziału, kilkunastu policjantów odniosło ciężkie rany. Równocześnie policja, której nadano szczególne uprawnienia do walki z terroryzmem, staje pod pręgierzem prasy za zabicie dwu najprawdopodobniej niewinnych ludzi, którzy na ulicy nie poddali się wezwaniu do identyfikacji. Poturbowano też pewnej nocy syna czy bratanka jednego z ministrów. Kiedy ów młody człowiek podał swoje nazwisko, wyśmiano go traktując
jeszcze brutalniej jako samozwańca, dopiero w komisariacie okazało się, że nazwisko jest prawdziwe.
Przedwczoraj pierwsze odwiedziny u nas, z przygotowaną zimną kolacją. Byli Pomianowie. Grażynka przyniosła trochę sprzętu gospodarskiego. Szła wprost z Biblioteki Polskiej. Krzyś bardzo zmęczony, dźwigający torbę książek. Rozmowa o Polsce, o sytuacji francuskiej, taki misz-masz, ciekawy i trwający od szóstej do jedenastej.

11 lutego 1988, Warszawa

Zosię Kuratowską poznałam u Iwaszkiewiczów w Stawisku, gdzie zaproszona była wraz z ojcem, profesorem Kuratowskim, znakomitym matematykiem. Oprócz nich byli tam również Julia i Arnaud Waplerowie (ambasador Francji, nasi wielcy do dziś przyjaciele, ostentacyjnie okazujący nam sympatię po zebraniu lutowym Związku Literatów). Był to rok 68., Artur złożył już był swoją dymisję jako wiceprezes ZLP i na próżno oczekiwał na rozmowę z Jarosławem, który najgłębszy kryzys tego pamiętnego roku przesiedział we Włoszech. Nie był też obecny na słynnym zebraniu lutowym. Wyglądało na to, że pozostał we Włoszech nie tylko z własnej chęci – bo na pewno wolał nie brać udziału w starciu grupy pisarzy z władzami – również władza chętnie widziała jego nieobecność w kraju, rezerwując sobie jakby możliwość jego pośrednictwa między dwiema stronami w przyszłości.

W Stawisku, poza przyjaciółmi, przyjmował również ludzi nieciekawych, służalczych wobec władzy, niemających żadnego autorytetu w środowisku, ale cieszących się zaufaniem zwierzchnictwa partyjnego.

Z jego wierszy, ze wszystkiego, co pisał, wynika, że czuł się samotny. Wszystko, od lat jego młodości, zmalało, straciło splendor, blask, urodę, wdzięk. Ciężka, siermiężna średniość, bez kultury i równie bez poczucia humoru jak bez poczucia wzniosłości, obległa Polskę. Jarosław, żeby się utrzymać w niezależności materialnej i pisarskiej, postanowi! zawrzeć pakt z diabłem. Z tym rozlazłym, chytrym, parcianym, ale zarazem podstępnym i wciągającym w lepką maź pochlebstwa i uniżoności diabłem, który rozmnożony w tysiące obsiadł Polskę, z pozoru niczego nie żądając, a przecież szerząc wokół odór szowinizmu i nienawiści do wszystkiego, co wystaje ponad głowy tłumu. Z przeciętnością tą pogodził się pozornie Jarosław, uznając ją, być może, za zło mniejsze niż krwawe łaźnie Rewolucji, której był świadkiem w Rosji. Trudno tak twierdzić, ale wydaje się, że uznał sytuację panującą w Polsce za trwałą, być może beznadziejną.

I choć wiedział, że śmierć, tortury i wywózka spotkały miliony ludzi, a kłamstwo, uzurpacja i przemoc legły u podłoża naszej osławionej demokracji ludowej, uznał jednak widocznie, że żyjąc na tym etapie historii i nie chcąc skazać się na samozatracenie, na codzienną biedę i na ryzyko zaprzepaszczenia talentu, a być może nawet na utratę możliwości pisania - trzeba mu przyjąć tę rzeczywistość jako coś realnego, w czym musi znaleźć sobie miejsce.

Usiłował utrzymać pewną niezależność osobistą; w jakiś sposób bano się go, a może raczej onieśmielał niektórych swoją kulturą i "pańskim" sposobem bycia. Narażony był jednak nieustannie na upokorzenia i na obcowanie z osobnikami najmarniejszego gatunku.

W tej sytuacji część przyjaciół odsunęła się od niego, ale garstka przy nim pozostała. Byli wśród nich tacy, którzy zawdzięczali mu pomoc w czasach okupacji niemieckiej, kiedy przygarnął wielu potrzebujących, również literatów. Z jego domem w Stawisku związane są nazwiska takie jak: Baczyński, Andrzejewski, Miłosz, Gojawiczyńska, Kołoniecki, Liebert i wielu innych. Nie mówiąc już o przedwojennych przyjaciołach ze Skamandra.

Bywaliśmy u Iwaszkiewiczów, korespondowaliśmy z Jarosławem, dostawaliśmy od niego jego książki z serdecznymi dedykacjami. Podziwialiśmy jego pisarstwo i kulturę muzyczną, pociągały nas jego wspomnienia z dwudziestolecia.

W moim przypadku była to rzecz bardzo szczególna, bo wiązała się również z Ksawerym Pruszyńskim, który przyjaźnił się z Jarosławem i z zachwytem mówił o jego prozie. W roku 1947 Ksawery zaprosił na déjeuner mnie i Jarosława do restauracji na placu Odéon w Paryżu. Jarosław, ze swoją intuicją towarzyską, wyglądał na pierwszego, który zorientował się, że ten właśnie układ współbiesiadujących "coś znaczy". Potwierdził to Ksawery po spotkaniu, mówiąc: A Jarosław, jak stary dzięcioł, opukuje drzewo.

Od tego czasu widywałam Jarosława w Paryżu jeszcze kilkakrotnie. Raz nawet wyjechałam po niego na lotnisko, kiedy wracał z Ameryki Południowej. Mam jeszcze w oczach jego obraz, jak idzie ożywiony, z kolorowym pledem przerzuconym przez ramię. W roku 1947 odwiedzał go też Wilek Mach przebywający właśnie w Paryżu. Bardzo się wówczas z Wilkiem przyjaźniłam. Wracał zazwyczaj z tych odwiedzin u Jarosława zdenerwowany i przybity.

W ostatnich kilkunastu latach życia Jarosław zaprzestał wyjazdów do Paryża. Zamienił Paryż na Włochy, na Sycylię. Był to powrót do miłości młodzieńczych, do Króla Rogera i do urzeczeń śródziemnomorskich. Spędzał we Włoszech każdą niemal wiosnę. Do Paryża wracał niechętnie. Nie miał tam już przyjaciół, a ci, co tam żyli, mieli mu za złe jego "współpracę z reżimem". Nie mówiąc już o takich, którzy atakowali go otwarcie, zarzucając zdradę i nie chcąc go w ogóle znać. Taki był na ogół stosunek do niego emigracji londyńskiej, jej elity, a właśnie ta elita to byli dawni jego znajomi lub przyjaciele. We Francji wroga wobec niego była "Kultura", która, choć przez Londyn uważana, paradoksalnie, za komunizującą, działalności podobnej do Iwaszkiewiczowskiej nie mogła aprobować.

Jarosław miał prawdziwe zrozumienie dla faktu śmierci. W przedziwny sposób łączyło się to u niego ze zrozumieniem jej banalności, jak i niepojętości. Widać to zresztą we wszystkim, co pisał, bo i wiersze jego, i proza pełne są śmierci i przeczuć z nią związanych. Wiele w tym literackiego, ale najwięcej osobistego przeżycia: pogrzebał wielu bliskich, śmierć z miłością wiązała się w jego życiu blisko, opisywał śmierć i nie bał się o niej mówić, w przedziwny sposób łączył ją ze smakami życia, ze zmysłowo przeżywaną codziennością. I tę właśnie wiedzę o życiu, od hierarchii usadzania przy stole po rzeczy ostateczne, gdzie jest się twarzą w twarz w nieodwołalnym, tak ceniłam w tym, co pisał. Wracałam do jego nowel i do jego wierszy. Nigdy nie znudzi mi się czytać Ogrody i ostatnią książkę wierszy, którą napisał tuż przed śmiercią. Jeśli nawet prawdą jest, że nie wyszedł w swoich osiągnięciach prozatorskich poza Turgieniewa, to cóż z tego? Obracał się przecież w tematyce polskiej, a mieć polskiego Turgieniewa – to
już niemało. Jego tematyka jest szeroka, uprawia powieść historyczną, pisząc o współczesności nie ogranicza się do własnego środowiska, zna wieś i okolice po miejskie. Cechuje go znajomość ludzi, otwartość na ludzkie doznania, a różnorodność form, jakie uprawia – powieść, poezja, dramat – są jednym z wyznaczników jego wielkości. To prawda, że jego bohaterzy pojawiali się często z piętnem miłości męskiej i że śmierć pokazana w estetyce piękna, w stylistyce dekadenckiej, nosi czasem aż zbyt wyraziste cechy literatury odchodzącej epoki.

Nie był człowiekiem, którego można by określić kilkoma przymiotnikami, był osobowością bardzo złożoną. Potrafił być wyniosły i protekcjonalny, ale umiał także mówić szczerze, zwłaszcza w korespondencji, zwierzając się ze swoich zgryzot i złych nastrojów. Zdarzało mu się też zachować wobec ludzi brutalnie, a nawet po chamsku, bo i to umiał. Bywał podejrzliwy i nieufny, a przy tym po kresowemu gościnny. Znał się na kuchni i przed przyjęciem obmyślał dokładnie menu, które często wypisywał sam na kartach. Dbał o splendor domu i miał rozwinięte poczucie rodzinne; skarżył się na córki, że za mało się nim zajmują. Miał ogromny dar pracy, przy nieopuszczającej go inwencji pisarskiej, potrafił pisać w każdych warunkach, w podróży, w wagonie, w hotelu. Niepozbawiony był też daru serca. Bo to dobro, które uczynił dziesiątkom ludzi podczas okupacji niemieckiej, przygarniając ich w potrzebie – a gromadnie już po powstaniu – stanowi bezcenny kapitał, którym okupić może niejedno ze swoich powojennych zachowań.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ 👀