Zajdel 2002
Andrzej Ziemiański „Autobahn nach Poznań”
Betonowe sztolnie pozamykano na głucho. Cały Wrocław był teraz odcięty od swoich podziemnych bunkrów, w większości przebudowanych ze starych kanałów metra, często jeszcze poniemieckich, pochodzących sprzed trzystu z górą lat. Syk pary w rozgrzewanych kotłach pojazdów uniemożliwiał usłyszenie jakiegokolwiek innego dźwięku. Ludzie i zwierzęta porozumiewali się gestami. Temperatura w bunkrze wyjściowym rosła coraz bardziej. Wagner widział, że wielu żołnierzy rezygnuje w ogóle z mundurów, nakładając kamizelki kuloodporne wprost na gołe ciało. Hełmy, okulary, chusty chroniące oczy przez zalewającym je potem... Tylko zwierzęta jakoś się trzymały.
– Słuszaj, Andriej – do Wagnera podszedł Dołgorukow – ja wział grosse gewehr und ja jewo przymocował do tanka s wiercha...
– Nie pierdzi! – Wagner miał dość polsko-rosyjsko-niemieckiego slangu. Był majorem, rodowitym wrocławianinem, miał pierwszą klasę czystości... Znał poprawną polszczyznę i co więcej, umiał się w niej bez trudu wysławiać. Ale tutaj, wśród najemników, używanie literackiego języka było możliwe tylko w wypadku gdyby rozdał im wszystkim słowniki. – Sobiraj alles truppen.
– Jawohl! – Iwan zasalutował karnie. – Tak toczno!
Wagner, wściekły i już mocno spocony, wygramolił się do wieżyczki swojego transportera. Heini powitał go uśmiechem, Zorg tylko ziewnął.
– Alles w pariadkie?
– Odwal się, Heini! Daj mi ein moment.
– Daaaa... naturlich, herr major. – Porucznik zmniejszył ciśnienie w kotle.
Wagner zdjął swój przepocony mundur. Narzucił burnus na gołe ciało. W koszmarnej ciasnocie uporał się z kevlarową kamizelką, turbanem, hełmem, chustą, okularami i maską.
– Fritz, Vaclav, Aleksiej! Szto u was? Hiers tu mienia??? Verfluchte!
Z powodu syku pary słyszał go tylko najbliżej siedzący Czech. No i Zorg, oczywiście. Ale Zorg raczej rzadko raczył odpowiadać na jakiekolwiek pytania. W końcu był porucznikiem i nosił swój stopień dumnie wytatuowany na lewym uchu. Zresztą te pieprzone gepardy ledwie umiały mówić. Zmiany genetyczne ich organizmów, dokonane jeszcze przed chińską bombą, nigdy nie były na tyle skuteczne, żeby wykształcić u nich poprawny aparat mowy. Zorg był więc wyjątkiem. Czasem coś z jego charkotu udawało się wyłowić. A poza tym był jedynym „prawdziwym” oficerem wśród zwierząt. De facto mógł rozkazywać nawet ludziom, jeśli ci byli niżsi stopniem. Szczególnie wkurzał tym sierżantów i chorążych. Na smycz tego porucznika i kaganiec mu na mordę!, szeptali po kątach.
Akurat... Bezpośrednim przełożonym Zorga był Wagner, i wszyscy zawistnicy mogli mu co najwyżej napluć na ogon. To właśnie ten gepard uratował majorowi życie trzy lata temu, dokładnie na środku Autobahna nach Poznań... Teraz mrużył oczy i ziewał leniwie, usiłując się pozbyć nadmiaru ciepła, a przy każdym ziewnięciu spoza jego kłów ukazywały się zęby jadowe. Zwierzak nie mógł tego opanować i budził grozę samym swoim wyglądem. Nie jego wina – w końcu to nie on projektował zmiany genetyczne swojego gatunku prawie sto lat temu.
– Na und katzurku? – Wagner zmierzwił mu futro na karku. – Wszawy dzień, nicht wahr?
– Yyyyeeeeaaaaa... – Zorg znał polski dość dobrze. Łatwiej mu było jednak stosować „Breslauer english”. – Fhhhuckin dhaay, yeeep. Shhhhhit!
Ktoś otworzył od zewnątrz drzwiczki transportera. Kapitan w nienagannym garnizonowym mundurze podał mu zalakowaną kopertę.
– Rozkaz specjalny generała Baryły! – Jego polszczyzna była równie nieskazitelna jak mundur. – Proszę pokwitować odbiór, panie majorze.
Wagner złożył zamaszysty podpis i złamał pieczęć. Szybko przebiegł oczami kilka linijek tekstu. Potem oddał list kapitanowi i na powrót zatrzasnął drzwiczki. Nikt poza Heinim i Zorgiem nawet nie zauważył zajścia. Syk i kłęby pary z kotłów dezorientowały każdego.
– Vhhhery shhhhhitty day? Yeeeep? – tylko porucznik odważył się skomentować.
– Jawohlnie – Wagner szturchnął Heiniego i wskazał mu bramę wyjazdową. Podrapał porucznika za uchem, zapiął pasy. – Wo nachodiatsa Posen truppen...
Nie zdążył dokończyć, bo zagłuszyły go ostre, parowe gwizdki. Stalowe wrota przed nimi drgnęły nagle i zaczęły się rozsuwać, ukazując oślepiającą biel podwrocławskiej pustyni.
– Vorvarts! Vorvartujcie! Nastupaj! Wpieriod! – zaczęli krzyczeć najemnicy. Pancerne pojazdy napędzane parowymi silnikami zaczęły ruszać. Najpierw kompania zwiadu, pluton wsparcia, pluton sztabowy z pojazdem Wagnera, kompania szturmowa i osłona. – Verdamte awtostrada! Autobahn jobannyj w rot! – Najemnicy przeklinali swój los związany z ośmiopasmową drogą na Poznań. Ale na razie było stosunkowo bezpiecznie. Ciągle znajdowali się w kilkunastokilometrowym pasie zasięgu wrocławskiej artylerii, wśród betonowych umocnień, w cieniu nieprzydatnych od dawna, ale stanowiących dobrą osłonę wież przeciwlotniczych.
– Zwiad nach oben! – ryknął Wagner, podnosząc obie dłonie.
– Zaaaaa earhhhhly! – Porucznik ziewnął, znowu ukazując swoje budzące szacunek zęby jadowe. Potem prychnął nagle i otrząsnął się, wystawiając głowę przez otwór wentylacyjny.
Miał rację, że za wcześnie. Major po prostu tracił nerwy, ale też był jednym z najbardziej sumiennych oficerów Twierdzy Wrocław, miał nadzieję na awans i nie zamierzał ryzykować życiem ludzi.
Wielki biały orzeł wygramolił się na dach transportera po specjalnej żerdzi. Wagner nie miał pojęcia, kto tego imbecyla mianował szefem zwiadu – najprawdopodobniej dostał stopień sierżanta tylko dlatego, że był symbolem narodowego godła. Wcale nie był bardziej inteligentny od sokołów, którymi przyszło mu dowodzić, a które właśnie wzbijały się w powietrze z pozostałych transporterów. Zorg patrzył na startujące ptaszyska i oblizał się odruchowo. Ciekawe czy w głowie porucznika pojawił się pomysł, żeby zjeść sierżanta.
Mijali właśnie resztki betonowych umocnień, jakieś rowy przeciwczołgowe, bunkry, transzeje, zdewastowane stacje radarowe, laserowe odbojniki. Kto mógł i nie miał obowiązków wewnątrz pojazdu, gramolił się na blaszany dach i kładł się za przymocowanymi na sztorc do burt pancernymi płytami. Podmuch powietrza wywołany pędem pojazdu przynosił pewną ulgę. Martha, przesympatyczna węgierska dziewczyna, obciążona erkaemem obsunęła się w dół i na chwilę zawisła we włazie na samych rękach. Najemniczka poza taśmami amunicyjnymi miała na sobie tylko kevlarowy ochraniacz na piersi, turban i czarczaf, toteż Wagner i Zorg gapili się bez przeszkód na jej wierzgające, kształtne nogi i gładko wydepilowane podbrzusze. Potem spojrzeli na siebie.
– Ty.. Biorą cię ludzkie samice?
Gepard przekrzywił głowę.
– No, thhhrochhhhe thak – przyznał porucznik, przechodząc na język polski, żeby nie zrozumiał go nikt inny z załogi. – Onha... wyghhląda na shhhmaczną...
Wagner nigdy nie wiedział czy zmienione genetycznie zwierzęta mają poczucie humoru. Wolał sobie nie wyobrażać, co gepardy robią z jeńcami. Uniósł się na łokciach, wystawiając głowę z wieżyczki. Przyłożył do oczu lornetkę. Omiótł wzrokiem wydmy wokół, ciągnące się po horyzont piaszczyste płaszczyzny... Sokoły kołowały nad nimi leniwie. Pojazdy gnały ośmiopasmową szosą, wyrzucając z kominów kłęby dymu. Najemnicy, w większości na golasa, czasem w burnusach, skuleni za pancernymi płytami walili wódę, ale ostrożnie i powolutku. Nikt na razie nie wcierał niczego w dziąsła, nie kłuł sobie ud ani rąk. Jeszcze przyjdzie na to czas. Na razie trzeba było przeżyć powrót. Wagner uśmiechnął się. Przypomniał sobie słynne powiedzenie. Łatwo przeżyć drogę „tam”, gorzej – „z powrotem”. Nic im właściwie nie groziło poza paroma świrami oczadziałymi od upału na pustyni, którzy mogli odpalić ze swoich panzerfaustów. A jak będą wracać... Poznańskie ciężarówki z zaopatrzeniem były zbyt łakomym kąskiem dla mutantów, żeby je
przepuścić. Wtedy zacznie się prawdziwa wojna. Na razie jednak świry kryły się w pokrytych piaskiem ruinach. Atak na grupę szturmową, w którym łatwo stracić życie, a zrabować można było co najwyżej amunicję, mijał się z celem. Odmieńcy czekali na jej powrót. Czekali na setki tłustych, poznańskich ciężarówek wypełnionych żarciem, zaopatrzeniem, paliwem i całymi tonami innych dóbr. Teraz głowę w piasek. Potem pokażą, na co ich stać...
Orzeł dowodzący zwiadem nie był jednak aż tak głupi, jak się wydawało Wagnerowi. Wydzielił ze swojego plutonu dwa sokoły, które oderwały się od grupy obserwacyjnej. Dlaczego, major też po chwili zauważył w okularach swojej lornetki. Pojedynczy gołąb. Ranny. Ledwie leciał. Jeden z sokołów wsunął się pod kuriera, tworząc cień, który miał zwabić ewentualnych amatorów strzałów z myśliwskich dwururek. Drugi leciał wyżej, osłaniając pocztowemu ptaszkowi tyłek przed atakami wrogich jastrzębi. Jak w podręczniku lotniczego zwiadu. Trójka sokołów i orzeł kołowała kilkanaście metrów ponad nimi, mogąc w każdej chwili udzielić wsparcia patrolowi osłony. Jak w podręczniku. Gołąb, dobywając resztek sił, wylądował na wieżyczce pojazdu Wagnera. Major zdjął mu z nogi opaskę z meldunkiem.
– Aleksiej! Psia twaja mutti! – ryknął. – Zajmij się kurierem.
Rosyjski weterynarz wziął podziurawionego śrutem gołębia.
– Spakojna, gospodin major. Budiet leben.
Wagner rozwinął małą karteczkę:
„Do pierwszego dowódcy grupy uderzeniowej: Pawelec, generał, garnizon Twierdzy Poznań. Minęliśmy Checkpoint Leszno. Mam meldunek, że poprzedni konwój zatrzymany przy bunkrach feuerbase Rawicz. Korek! Wsparcie wymagane na pustyni za Wzgórzami Trzebnickimi. Pilne! Wykonać.”
– Jezu – jęknął Wagner. – O żesz ty...
Zorg wychylił głowę z włazu.
– Whhhhat?
– Korek. Dwa konwoje razem. Możemy liczyć na czterysta pięćdziesiąt ciężarówek za wzgórzami pod ostrzałem.
– Jhheeeeeez – parsknął gepard.
Zwierzęta na szczęście nie znały pojęcia Boga – to było u nich tylko takie powiedzenie. Zamiast się modlić, porucznik pierdnął głośno i poszedł szukać kropel walerianowych, które sukinkot musiał mieć ukryte gdzieś w bagażach. Wagner zaklął. Nawaleni wódą najemnicy, nawalone walerianą koty... To wszystko czym mógł wspomóc dwa osaczone poznańskie konwoje.
Podniósł pięść i poruszył kilka razy ramieniem. Sygnaliści chorągiewkami przekazywali rozkaz dalej: „Cała naprzód”. Maszyny parowe dobywały resztek swojej sprawności energetycznej grzejąc tłoki. Dym z kominów zgęstniał. Mieli jakieś sto trzydzieści na licznikach wspinając się na Trzebnickie Wzgórza.
– Achtung! Wnimanje! Gotowość! – ryknął Wagner na widok słynnej, legendarnej wręcz, pokancerowanej pociskami tablicy, tak często opisywanej w powieściach poświęconych walkom o Autobahn nach Poznań... „WŁAŚNIE OPUSZCZASZ STREFĘ ZASIĘGU ARTYLERII WROCŁAWIA. TERAZ RADŹ SOBIE SAM. ZAŁOGA FESTUNG BRESLAUŻYCZY MIŁEGO DNIA!”
– Szlag! Szlag! Szlag! – Nigdy dotąd napis nie wyglądał tak złowróżbnie.
Ale nie czterysta pięćdziesiąt ciężarówek naraz. Jezusie Maryjo...
– Alles powoli. Langsam – Wagner szturchnął najbliższego sygnalistę, śliczną Czeszkę „ubraną” jedynie w pistolet maszynowy, pas z ładownicami i chorągiewki. – Zwiad na autobanę.
Pierwsze transportery zwalniały właśnie. Wypuszczono kompanię zwiadowczą. Setka kotów zaczęła kicać na poboczach drogi. Kot miał zbyt mały nacisk swoich łapek, żeby uruchomić minę przeciwpiechotną. Sam jednak węchem wyczuwał wszystkie miny. Setka zwiadu czyściła pustynię lepiej niż jakiekolwiek wykrywacze z czasów kiedy na świecie była jeszcze elektryczność. Tyle że trwało to strasznie długo. Koty nie mogły biec za szybko. Obsikiwały wszystkie podejrzane miejsca, kluczyły, biegały na różne strony... jakiś mały kotek, świeży rekrut, zasnął nawet na nagrzanej wydmie. Na szczęście sierżant, stary, doświadczony rudy kocur, ugryzł go w ogon i pogonił do akcji.
Aleksiej, weterynarz, wystawił głowę przez właz.
– Sobaki!!! – zawył. – Sobaaaaaakiiiiiiii!!! – pokazał palcem kierunek.
– Hunden! – zaczęli krzyczeć pozostali najemnicy. – Hunden!
Wagner też zauważył psy. Po chwili pojawiło się ich więcej. Mutanci czy też zwykłe przydrożne męty, postanowili spacyfikować zwiadowców. Błąd. Za wcześnie. Koty runęły do ucieczki w zorganizowanym szyku, rozdzielając się na dwie grupy. Natomiast Zorg puścił swój pluton gepardów osłony do morderczej szarży. Sto... sto dwadzieścia... sto czterdzieści kilometrów na godzinę! Cętkowana śmierć wpadła między psy i zabiła je wszystkie w czasie krótszym od mrugnięcia okiem. Gdzieś zagdakał cekaem. Najemnicy odpowiedzieli celnym ogniem, kryjąc swoje zwierzęta. Po chwili odezwały się moździerze. Dosłownie po minucie zziajane gepardy wróciły do transporterów, a koty, zadowolone jak cholera, obsikiwały trupy swoich niedoszłych pogromców. Zwiad powrócił do powolnego lokalizowania min.
Do Wagnera podskoczył Dołgorukow.
– Nam nada schnellerować...
– Znaju!
– Oni wsie będą todtnyje. Etije lastkraftwagen iz Poznanija...
– Ich znaju. Małczi, Iwan.
– Scheisse – włączył się Heini. Wskazał coś na horyzoncie.
Wagner zobaczył smugi dymu z wystrzeliwanych rac.
– Scheisse – powtórzył za swoim kierowcą. Race. Skotłowany konwój został zatrzymany. Jeeeeezuuuuuu... Co za dzień – Katze, schneller! Bystriej, koszki, takije wasze mat’ie.
Koty miały go w dupie. Nie chciały ginąć dla durnowatych ludzkich interesów. Robiły swoje dobrze, sumiennie, ale powoli. Autostrady co prawda nie dało się zaminować, wszelkie dziury w betonie byłyby widoczne z daleka, ale przecież można było ją podkopać. Nie mogli ruszyć do szybkiej szarży. Musieli się wlec z taką szybkością, z jaką mógł biec przeciętny kot. Trzydzieści kilometrów na godzinę. A ich maszyny mogły wyciągnąć dwieście. Scheisse. Verdamte autobahn. Dziesiątki opancerzonych transporterów powoli spływały z Trzebnickich Wzgórz, sycząc parą i buchając dymem na prawie jałowym biegu. Tichij użas!
Koty posuwały się ostrożnie. Dwa razy odmieńcy przypuścili ataki psami na zwiad. Dwa razy Zorg przyniósł Wagnerowi odgryzione psie ucho jako symbol błyskawicznego zwycięstwa. To była samobójcza taktyka mutantów. Obcy ginęli w ogniu karabinów maszynowych najemników, umierali od odłamków moździerzy, rzygali krwią od ukąszeń zębów jadowych gepardów... Ale opóźniali polską grupę uderzeniową, która musiała się wlec coraz wolniej, na ułamku mocy swych maszyn. Omijając miny i podkopy, robiąc sobie jajecznicę na rozpalonych pokrywach parowych kotłów, waląc wódę, prochy i walerianę. A tymczasem... dwa skotłowane konwoje z Poznania grzęzły w obronie prawie o wyciągnięcie ręki.
Około osiemnastej osiągnęli Checkpoint Żmigród. Opuszczoną przed laty placówkę, z której pozostały jedynie zakopane w piasku ruiny. Tu nareszcie Wagner mógł rozwinąć swoje siły. Pod osłoną wypalonych przed stuleciem wież przeciwlotniczych puścił natarcie na lewe skrzydło mutantów, którzy pierzchli natychmiast w morderczym ogniu samobieżnej artylerii. Potem zwiad na pustynię, koty były już wymęczone jak szlag, ale Aleksiej potrafił jakimś cudem zmusić je jeszcze do truchtu. I nareszcie... Usłyszeli parowe gwizdy poznańskich konwojów.
– Vorvartsować! Vorvarts! Nastupaj! Nastupować...
Rosyjski pluton szturmowy spacyfikował przedpole. Transportery szarpnęły w nagłym paroksyźmie szybkości. Niemcy i Czesi przykryli dojazd i zakorkowali boczną drogę morderczym ogniem. Wagner ruszył swoje transportery. Przestrzelili piaszczyste wzgórze wśród miauczenia spieprzających spod gąsienic kotów i nareszcie... Zobaczyli te czterysta pięćdziesiąt ciężarówek. W obronie okrężnej. Jakby to wymyślił najgłupszy strateg na świecie. Kretyn czerpiący wiadomości o taktyce z książek o Dzikim Zachodzie dla małych dzieci. Indianie uzbrojeni w łuki i kowboje z coltami w dłoniach... Obrona okrężna w dwudziestym trzecim wieku! Chyba tylko po to, żeby dać dobry cel fachmanom po drugiej strony barykady. Którzy nie mieli ani łuków ani sześciostrzałowych coltów. Mieli za to moździerze i bazooki. Jatka. Wagner klął. Zorg parskał. Dołgorukow puścił tak skomplikowaną wiązankę rosyjskich przekleństw, że powinien dostać za to Nobla w dziedzinie rzucania mięsem.
– Mein Gott... – Wagner zakrył oczy, widząc dwa poznańskie parowe czołgi ruszające do szturmu na pustyni. Jeden momentalnie wypieprzył się na minie. Drugi, będący przecież w istocie rzeczy pancerną lokomotywą, niesterowalny na piasku, niemożliwy do opanowania na nierównym terenie, wpadł w rów; pieprznął kocioł, zalewając błyskawicznie załogę wrzątkiem i właściwie już po minucie było po szarży. – Ja cię... Co oni robią?
– Jaaaaa. Zehr gutnie – mruknął Heini. – Posenwehra im kampf.
– Uuuuuu... – Dołgorukow splunął na podłogę. – Daj mienia, Poliak, dwa płutony.
– Pieprz się. – Wagner nie zamierzał dawać nikomu dwóch plutonów. A już na pewno nie plutonu pacyfikacyjnego. Sam liczył na awans i nie zamierzał dać się wyprzedzić przez jakiegoś porucznika. Prześliczna czeska sygnalistka, tkwiąca do połowy we włazie, zaczęła chichotać.
– No, rebiata! – krzyknęła. – Dajete mi prikazy?
– Wyprowadź pluton szturmowy i pluton pacyfikacyjny!
– To jeee... Wir machen im wpierdol? Yea?
– Yea.
Zaczęła machać chorągiewkami chichocząc ciągle. Złośliwi twierdzili, że rozprowadzający batalionu nigdy nie patrzył na te kolorowe szmatki na patykach w jej rękach. Podobno domyślał się treści przekazu obserwując jej podrygujące, bujne piersi. Ale można było spokojnie w to nie wierzyć. Upał dochodzący do sześćdziesięciu stopni, spotęgowany jeszcze obecnością rozgrzanych parowych kotłów, powodował dziwne aberracje we wszystkich umysłach.
Pojazdy Wagnera powoli spływały w dół. Samobieżna artyleria waliła na oślep w piasek pustyni. Dało się już słyszeć poznaniaków wrzeszczących: „Wrocław! Wrocław! Przypalcie im dupę!” Sygnaliści machali chorągiewkami. Rosjanie ze szturmowego formowali linię i... I nagle Czeszka osunęła się we włazie.
– Jeeeezusicku! Bunker! Tam je verdamte pici bunker!
– Jezu! Pier... O mamusiu moja kochana... – Najemnicy w opancerzonym transporterze patrzyli na siebie zszokowani. Bunkier!!! Pieprzeni mutanci potrafili wybudować w ukryciu prawdziwy bunkier. Niewrażliwy na ogień artylerii.
Dołgorukow zachował resztki refleksu.
– Ruskije nazad! Nazadujcie bystra! – ryknął przez otwór wentylacyjny.
Pluton szturmowy cofał się pod ogniem cekaemów. Artyleria zaczęła walić w rozbłyski, ale to nie mogło przynieść efektu. Oni mieli bunkier. Wybudowany jakimś cudem w ukryciu, pod okiem przejeżdżających tędy codziennie patroli... To jakiś pieprzony cud. Obsrani mutanci. Jak zdołali to ukryć? Teraz dopiero stało się jasne, skąd ta dziwna, z pozoru idiotyczna taktyka sił Twierdzy Poznań. Bunkier. Wagner dłuższą chwilę siedział ogłupiały, niezdolny do podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Bunkier... I niby co miał zrobić? Puścić ludzi do szturmu? Toż ich wysieką na trzydziestu metrach. Puścić zwierzęta? A jak wróci do Wrocławia bez kotów i gepardów?
Zorg wrócił z tyłu pojazdu. Zalatywał walerianą tak strasznie, jakby wychlał zapasy z całej apteki.
– Shhho? Whhhhhats now? – Ledwie mógł zogniskować wzrok.
– Fuck dich! – Wagner wychylił głowę przez właz. Zarobił rykoszetem albo odłamkiem w hełm i schował się znowu. Szlag! Na szczęście miał pod spodem turban. Inaczej na czole pojawiłby się spory siniak. – Artillery! Krycie!
Goła Czeszka bała się wystawić ręce z włazu. Użyła semafora do sygnalizacji.
– Alles beforderer durchquerować! Zusammen.
Transportery zbliżyły się do siebie. Miał ostatnie sekundy na manewr, bo dojeżdżali właśnie do pierwszych poznańskich ciężarówek.
– Dołgorukow... Nie zawiedź mienia!
Rosjanin uśmiechnął się lekko. Potem skinął głową i zapalił papierosa.
– Wyprowadź pacyfikacyjną gruppen i sturmabteilungen. Niech się rozpędzą za naszymi panzerpojazdami. Do szarży im nada wypaść już na pełnej szybkości. Poniał?
– Tak toczno, gospodin major.
Iwan otworzył właz ewakuacyjny w podłodze, opuścił swoje wielkie ciało na beton i po prostu pozwolił, żeby transporter przejechał nad nim.
– Heini. Niemcy z miotaczami ognia pójdą zaraz potem. Nie chaczu, szto by ktokolwiek w tym bunkrze dożył noczi.
– Jawohl, herr major. – Heini na szczęście przynajmniej rozumiał po polsku. Wagner, ilekroć się zdenerwował, zaczynał mówić w swoim ojczystym języku i zapominał najprostszych komend po niemiecku. O mało nie doprowadziło to do rozprzężenia kompanii szturmowej poprzednim razem, kiedy kazał Niemcom „napieprzać sukinsynów”. Najłatwiej było z Rosjanami. Oni rozumieli wszystko w każdym języku. Podobno nawet po węgiersku.
– Kotku – szturchnął nagą Czeszkę. – Gib mir Posen komandir.
Dziewczyna sprawnie uderzała w rękojeści sygnalizacyjnego semafora.
– Ano. Was mam ukazat’?
– Kryj mnie. Heavy ground attack. Tfu! – Zorientował się, że to wiadomość od Polaka do Polaka, więc może zapomnieć ten Zorgowy żargon. – Atak pacyfikacyjny. Zrób co możesz.
Jej delikatne dłonie dokonywały cudów. Potem dopadła peryskopu.
– On powida... – Nie znała zbyt dobrze polskiego więc zaczęła literować?: – D–o–b–r–z–e–d–a–m–o–s–ł–o–n–ę. M–a–m–j–e–s–z–c–z–e–c–z–t–e–r–z–y–c–z–o–ł–g–i.
Wagner wyskoczył z transportera przez boczne drzwi i ukrył się za pancernymi płytami.
– Dołgorukow, napierdalaj! – ryknął.
Pluton pacyfikacyjny złożony z trzydziestu tygrysów rozpędzał się właśnie pod osłoną transporterów. Najemnicy zaczęli strzelać, po chwili dołączyła do nich artyleria, ruszyły poznańskie czołgi. Niemcy pompowali swoje miotacze ognia, żeby uzyskać odpowiednie ciśnienie w zbiornikach z żelem.
Tygrysy wypadły zza osłony transporterów od razu na pełnej szybkości. Jeden momentalnie wypieprzył się na minie. Trzy skotłowały się, zszokowane tuż po opuszczeniu betonowego pasa autostrady. Pozostałe biegły.
– Zorg!
Gepardy wymieszały się z Niemcami. Znowu mina. Druga, trzecia... Jezuuuuu. Z natarcia mogły zostać strzępy. Martha, sympatyczna Węgierka, która potrafiła świetnie gotować, wieczorami śpiewała nostalgiczne pieśni i czternaście już razy usiłowała popełnić samobójstwo, podniosła się zza osłony. Waliła z erkaemu prosto w stanowiska zagrażające szturmowcom. Pewnie by ją ścięli seriami, ale na szczęście jeden z poznańskich czołgów zatrzymał się i wpylił pocisk prosto w otwór strzelniczy bunkra. Zakotłowało się na podejściu. Tygrysy wpadły do środka, sekundę później gepardy, a potem do otworów strzelniczych dotarli Niemcy. Włożyli tam wyloty swoich miotaczy.
– Weg! Weg! Rausować! – krzyczeli do zwierząt. – Die katzen... Wszystkie raus!
Dosłownie w sekundę później, kiedy zwierzęta uciekały korytarzami oznaczonymi przez koty, ludzie nacisnęli spusty sprężarek naładowanych napalmowym żelem. Nawet oni odwracali oczy. Żel miał to do siebie, że przyklejał się do skóry. I płonął. Nie można go było zgasić niczym. Ani wodą, ani pianą. Żel miał własny utleniacz i palił się do końca. Tak jak przewidział producent.
Kiedy wrzaski z bunkra ścichły nieco, ze wzgórz odezwały się cekaemy, chcąc dać osłonę uciekającym. Ale w bunkrze nie było już nikogo, kto byłby w stanie uciekać. Artyleria przeniosła ogień i właściwie wszystko zaczęło się uspokajać.
Pluton pacyfikacyjny rozpoczynał właśnie tradycyjny spacerek po polu bitwy i już można było nie obawiać się przypadkowych strzałów. Kierowcy ciężarówek tkwili dalej w swoich kryjówkach, ale poznańscy żołnierze też wychodzili już na drogę. Świetnie wyszkolone i wyposażone wojsko. Tyle tylko, że oni nie rozumieli istoty walk na pustyni, ciągle wierzyli w te swoje parowe czołgi, frontalne ataki i miażdżącą przewagę ognia. Nie mieli kontaktów z Beduinami jak Wrocławianie i niewiele mogli się od nich nauczyć.
Wagner opuścił bezpieczne stanowisko za transporterem i wyszedł na drogę.
– Straty meldować. Sygnalistka i oficerowie do mnie – zakomenderował.
Jego świta zbierała się w pośpiechu. Potem ruszyli na spotkanie dowództwa konwoju, które właśnie wyładowywało się z transportera – ponad stutonowej lokomotywy najeżonej pancernymi wieżyczkami kryjącymi paszcze dział, moździerzy, granatników i cekaemów...