Zacząć od nowa

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Smak wiosny, tak należałoby to opisać. Natura atakowała zmysły cierpką fakturą świeżo zoranej ziemi, posypanej szczyptą soli, którą znad Morza Północnego przywiewał wiatr. Liz Dewhurst oparła się o próchniejący słup na szczycie pola i przymknęła powieki, biorąc głęboki wdech i przesuwając językiem po podniebieniu, by zidentyfikować pozostałe składniki. A było coś jeszcze, choć wydawało się obce, nie pasujące do tej starannie przygotowanej receptury. Otworzyła oczy i pięćdziesiąt metrów poniżej zobaczyła wielki traktor marki John Deere. Męski ryk jego sześciu cylindrów mieszał się z delikatniejszym odgłosem siewników, które cykały niczym tysiąc zsynchronizowanych tkackich drutów, umieszczając odmierzoną ilość ziaren jęczmienia w żyznej ciemnej ziemi.
Liz uśmiechnęła się do siebie. Dieslowskie spaliny. To było to. W słodkie złączenie z naturą wdarł się brutalnie techniczny intruz.
- Chodź, Leckie! - zawołała.
Poprawiając pasek koszyka na ramieniu, przyjrzała się bacznie zaroślom w poszukiwaniu swojego teriera. Pojawił się o sto jardów dalej, wyskakując jak korek z szampana, i przyglądał się jej, mała kulka skondensowanej energii. Nie ulegało wątpliwości, że rozważa, czy posłuszeństwo powinno wziąć górę nad czystą radością.
- Do nogi!
Wystarczył sam ton głosu. Dzisiaj zwyciężyło posłuszeństwo. Od razu osiągając maksymalną prędkość, pies popędził ku swej pani, a potem ją wyprzedził.
Liz zaczęła schodzić na środek pola licząc, że dojdzie tam równocześnie z traktorem. Na dole jednak silnik ucichł, oczyszczając powietrze z hałasu, którego miejsce zajęły słabsze i bardziej melodyjne dźwięki z radia.
Stary traktorzysta Bert zajadał lunch, na przemian wbijając zęby w kromkę białego chleba i popijąc herbatę z plastikowego kubka. Powitał Liz skinieniem głowy, po czym przesunął się na siedzeniu i nogą ozutą w ciężki bucior otworzył drzwiczki, wypuszczając z dusznej kabiny słodki tytoniowy dym.
- Cześć, Bert.
- I co? - Swoim zwyczajem stary na powitanie odpowiedział pytaniem.
Liz przyjrzała się prostym skibom zoranej ziemi.
- Jak idzie?
Bert hałaśliwie napił się herbaty, dopiero potem rzekł:
- Traktor chodzi krzepko, ale maszyna jest do bani. Skiby nie odkładają się równo.
Liz uśmiechnęła się rozbawiona. Spędziwszy całe trzydziestosiedmioletnie życie na wschodnim wybrzeżu Fife, była dumna ze swych szkockich korzeni i melodyjnego głosu, mimo to kiedy czasem słuchała Berta, w głowie nie chciało jej się pomieścić, że oboje pochodzą z tego samego kraju. Urodzony w Aberdeen Bert mówił tak, jakby każde słowo dobrze przeżuł, nim ostro je wykaszlał. I ten brak zrozumienia wcale nie był jednostronny. Na ceilidh, uroczystości wyprawionej przez ojca dla uczczenia dwudziestopięcioletniej pracy Berta na farmie, traktorzysta niepewnie podniósł się na nogi, w dłoni trzymając szklaneczkę whisky tak ciemnej jak torf, z którego była zrobiona, i oznajmił: "Z tym tu farmerem układało nam się dobrze przez tyli szmat czasu, bo żaden z nas nie rozumiał ani jednego cholernego słowa, cośmy do siebie mówili."
Liz nabrała garść ziemi, po czym łagodnie roztarła ją w palcach.
- Przynajmniej warunki są doskonałe. Tak dobrych nie było od lat.
Bert rozsiadł się wygodnie na fotelu.
- Taa, z tym to mogę się zgodzić.
Liz zerknęła na starego fordsona, który bezużytecznie stał na drugim końcu pola.
- Nie wiesz przypadkiem, gdzie jest mój ojciec?
- ˙Taa. Poszedł do dolinki. Rozminęliście się. - Gardłowo się roześmiał. - Opala się na skale, bez dwóch zdań.
Liz rozbawiła wizja ojca leżącego na skale w kurtce zapiętej pod szyję dla ochrony przed zimnem.
- Jasne, bez dwóch zdań. - Potrząsnęła głową ze zdziwieniem, uświadamiając sobie, że wbrew woli mówi z gwarowym akcentem. - Poszukam go. Przyniosłam mu lunch.

Poklepała koszyk, oglądając się na traktorzystę, lecz on zamknął już drzwi kabiny i wrócił do przerwanego posiłku.
Liz pośpiesznie ruszyła do dolinki z nadzieją, że złapie ojca, nim ten wróci. Nagle oślepiło ją słońce odbijające się od metalu. Przystanęła, by dokładniej się temu przyjrzeć. W odległości dwustu metrów zobaczyła dwóch ludzi w odblaskowych zielonych kurtkach, wyraźnie widocznych na tle ciemnego morza. Jeden trzymał długi biały drąg, poruszając nim tu i ówdzie zgodnie ze znakami dawanymi przez drugiego, który w przerwach pomiędzy udzielaniem wskazówek pochylał się nad teodolitem, źródłem odbitego światła. Widok tego skądinąd niewinnego zajęcia sprawił, że w miejsce zadowolenia Liz ogarnęło przenikliwe przeczucie nieszczęścia. Chwilę jeszcze się im przypatrywała, później z dłonią zaciśniętą na koszyku odwróciła się i poszła, potykając się na nierównej, niezoranej jeszcze ziemi, jakby odległość w przestrzeni mogła oddzielić ją od niepożądanych rezultatów działań geologów. Kiedy była już przekonana, że zbocze wzgórza ukryło przed jej oczyma sąsiednią farmę, zwolniła.
Dolinka, która prowadziła na morski brzeg, była mroczna i ponura, promienie słoneczne nie docierały do jej wnętrza, nie potrafiły bowiem przedrzeć się przez gęste listowie głogów, tworzących coś w rodzaju baldachimu; ich odsłonięte korzenie wyglądały jak skręcone reumatyzmem członki po wielu latach podkopywania przez liczną populację królików, która już dawno wymknęła się spod kontroli. Wyboistą ścieżkę po obu stronach otaczały zatęchłe błotniste kałuże, pomimo że od ponad dwóch tygodni nie padało. Liz starała się trzymać suchych miejsc; szła pochylona, by nie zahaczyć głową o splątane gałęzie kolczastych głogów, a równocześnie nie spuszczała z oka psa, na wypadek gdyby postanowił z zadartym ogonem zniknąć w jednej z wabiących go ku sobie króliczych nor.
Z uczuciem ulgi wyszła na jasne słońce i wspięła się na wulkaniczną skałę, która zapewniała jej lepszy widok na morski brzeg. Wiatr, wilgotny od załamujących się fal, był chłodniejszy, zapięła więc puchową kurtkę i odsunęła z twarzy kosmyk jasnych włosów. Pies, na próżno węszący za czymś interesującym w nowym otoczeniu, nagle krótkim szczeknięciem obwieścił, że odkrył miejsce pobytu jej ojca. Skrobiąc pazurami po śliskiej skale, pobiegł w kierunku samotnej postaci, która siedząc wpatrywała się w morze w odległości jakichś pięćdziesięciu jardów od miejsca, gdzie stała Liz. Podążyła za psem, stawiając ostrożne kroki; jej gumowce były zbyt luźne, by określić je jako idealne obuwie do wspinaczki po skałach.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
NIE WYCHODŹ JESZCZE! MAMY COŚ SPECJALNIE DLA CIEBIE 🎯