Za worek kości
Rozdział 3
Rok przed wojną przeprowadziliśmy się na ulicę Caputxes, do kamienicy na wprost kościoła Santa Maria del Mar. Byłem jeszcze wtedy mały i mieszkanie bardzo mi się podobało, bo wchodziło się prosto do jadalni, która pełniła funkcję przedpokoju. Na suficie były stiuki, na podłodze czerwone płytki. Sypialnia rodziców, po lewej stronie, wychodziła na ulicę i miała balkonik zamykany na żaluzje w kolorze zielonego jabłka. Po prawej mały korytarzyk prowadził do drugiego pokoju, w którym spałem. Ojciec nazywał go pompatycznie swoją pracownią. Między tymi dwoma pokojami znajdowała się mała kuchenka i ubikacja. To było wszystko. Rodzice spierali się, gdzie postawić moje łóżko, czy pod oknem, które wychodziło na podwórko-studnię, czy po przeciwnej stronie, obok drzwi. Przyczyną dyskusji była troska o moje zdrowie. Gdybym spał przy oknie, mniej by mi szkodził zapach farb mojego ojca. Jednak wtedy cały jego sprzęt znalazłby się w głębi pokoju, skąd trudniej byłoby pozbyć się tych woni... W końcu rodzice zdecydowali, że
będę spał przy drzwiach, a ojciec miał pracować po przeciwnej stronie, przy otwartym oknie.
Mój ojciec był postawny, miał duży, spiczasty nos, długą grzywkę układającą się w szpic i duże, dłonie ze spiczastymi palcami. Jego cera była śniada, włosy ciemne, a oczy jasnoniebieskie, tak jasne, że kiedy się wpatrywał w kogoś, kto go nie znał, mógł napędzić stracha, bo wydawały się przezroczyste. W tej kombinacji cech zakochała się moja matka, która twierdziła, że coś takiego spotyka się tylko u Cyganów, a i to rzadko. Po czym dodawała: no, ale tylko u przystojnych Cyganów... Ja uważałem, że z nich dwojga to ona była ładniejsza — ruda, piegowata, malutka. Z daleka, kiedy szli trzymając się za ręce, wyglądali jak ojciec i córka. Matka była jak żywe srebro. Szczęka mi opadała, kiedy widziałem, jak się zabiera do czynności, które wymagają siły, jak wyrównywanie zbitej wełny w materacach czy trzepanie koców na balkonie. Kiedy się gniewała lub była smutna, jej prawe oko zezowało lekko do środka twarzy. Bardzo to było śmieszne. Traktowałem to jak ostrzeżenie, ponieważ oko uciekało jej do środka, zanim jeszcze
zdążyła cokolwiek powiedzieć. Najpierw błyskawica, potem grzmot.
Ojciec mawiał żartem, że był literackim katalońskim artystą. Zaraz potem dodawał: ej, ale artystą od liter, nie od słów ani zdań! Szalenie je lubił. Tylko litery, nie rysunki. Mówił, że w pełni dwudziestego wieku byłoby głupotą rysować ludzi, kiedy fotografia i kino odwzorowywały ich co do milimetra. Tymczasem każda litera... Litery to co innego. Nie były takie ważne jak przedstawienie jakiejś osoby czy sfilmowanie pociągu w ruchu, ale mogły stać się sztuką. Nazywał liternictwo sztuką popularną. Szczególnie nienawidził ozdobnych dużych liter, które wydawcy zamawiali jako inicjał rozdziału, jak te, które karykaturzysta Junceda rysował do książek Folcha i Torresa: dziecko kołyszące się na górnej poprzeczce litery „Z”, chłopiec przebiegający pomiędzy nogami dużego „A”, grubas w kamizelce, taszczący na plecach kufer, przeciskający się przez duże „U”... Nic go nie mogło przekonać. Nawet nie chciał słuchać.
— Ni to pies, ni wydra — mówił. — Albo się rysuje litery, albo karykatury!
Najdalej posuniętym ustępstwem było malowanie ozdobnych obwódek. W domu ojciec przygotowywał prace niewielkich rozmiarów. Na przykład zlecenie od dzielnicowej delegatury loterii. Punkt był tam od zawsze. Nazywał się Zaufanie i miał od frontu okno wystawowe, a w nim tablicę, na której były zapisywane szczęśliwe numery. Jeśli padła wygrana, właściciel zamawiał u ojca napis z wesołymi, okrągłymi literami: „Trzecia nagroda, tyle a tyle tysięcy peset, Loteria Bożego Narodzenia 19.”. Ojciec przychodził, zdejmował tablicę, zabierał ją do domu i cackał się z nią, jakby chodziło o najważniejszą w świecie misję. Przyglądałem mu się z łóżka długo, aż padałem ze zmęczenia i oczy same mi się zamykały. Kiedy nie miał zamówień, ekspe-rymentował z formami liter. Szykował szablony własnego pomysłu. Często przynosił plakaty zerwane z ulicznych murów, jeśli jakiś detal w haśle przyciągnął jego uwagę. Dawał całusa matce i mówił:
— Dziś się zakochałem.
— Tak? A można wiedzieć, w kim?
— W tej literze „S”.
Pokazywał jej skrawek plakatu i szybko biegł do swego pokoju. Tam przymocowywał karteluszek do ściany kulkami przeżutego chleba i przystępował do kopiowania za pomocą ołówka. Po odwzorowaniu modyfikował litery według własnego uznania. Kiedy już był zadowolony, kolorował literę i wycinał szablon z kartonu. Potem umocowywał wycięte litery klamerkami na sznurze rozciągniętym przez całą długość pokoju, a ja budząc się rano miałem codziennie widok na niedokończone szyldy, litery rozwieszone jak skarpetki i stosy podartych plakatów na podłodze. Czasem mogłem zobaczyć również śpiącego ojca, opartego o łóżko, z głową przy moich stopach. W rękach dzierżył ołówek i blok pełen szkiców. Były tam litery z paczki papierosów Idealnych, masywne jak kamienne ciosy; litery z plakatu orkiestry Pau Casalsa, przepołowione jak na drewnianych skrzynkach, w których przychodziły orientalne delikatesy; litery wydłużone i wygięte do przodu, jakby gwałtownie hamowały, z pudełek butów Rialto; litery gotyckie, poważne, z plakatów Orfeó
Català; litera T z rozpuszczalnika Netolu, która wyglądała tak, jakby swoją poprzeczną kreską chciała rozciągnąć dach nad całym słowem; ogonek litery A w reklamie barwników Iberia, który uciekał zygzakiem w dół, wyginając się przy tym jak serpentyna... Bardzo lubiłem plakat z Mają, reklamę mydła Myrurgia. „M” podnosiło prawe ramię i brało „aja” w objęcia, „J” wydłużało się przesadnie, a obie litery „A” były bardzo zaokrąglone, dzięki czemu słowo „Maja” wyglądało jak głowa sowy...
Ojciec często pracował po kolacji. Z dwu kloszy nocnych lampek zrobił reflektory, które dawały mu skoncentrowane światło. Dlatego matka musiała mi uszyć z resztek zasłony coś w rodzaju maski z gumką do założenia na głowę. Zakładałem maskę na oczy i usypiałem, słysząc, jak ojciec się wkurzał, kiedy jakaś litera nie wychodziła po jego myśli: „żebyś się zesrało trzydzieści razy, ty pieprzone «R»”, albo jak sam sobie dodawał otuchy: „no, jeszcze trochę cierpliwości, moje piękne «R», już prawie jesteś gotowe...”. Potem biegł szybko po matkę, żeby się pochwalić.
Taki był mój ojciec, uparciuch, miłośnik porządnie wykonanych liter, pięknie narysowanych i namalowanych.
Miał trójkołowy rower, który zostawiał w magazynie szmaciarza na naszej ulicy. Służył mu do transportu narzędzi. Kiedy trzeba było ustawić rusztowanie, brał dwie rozkładane drabiny i grubą deskę. Po obu stronach trycyklu można było przymocować drabiny i poprzeczną deskę dzięki uchwytom, które ojciec przylutował. Deska służyła mu za platformę, na której trzymał farby, pędzle, szmaty, rozpuszczalniki i całą resztę. Zawsze pracował sam. Poświęcał na pracę tyle czasu, ile było trzeba. Kilkakrotnie schodził z rusztowania, żeby sprawdzić efekt. Brał nawet pod uwagę porę dnia, żeby się upewnić, czy dobrał właściwy kolor. W dzielnicy Ribera wszyscy go znali jako Joana Aleu, Liternika. A ja byłem małym Liternikiem. Kiedy się budziłem w niedzielę, często widziałem pod światło sylwetkę ojca obładowanego mnóstwem rupieci. Wychodząc z pokoju pytał, czy chciałbym mu towarzyszyć. Nigdy nie odmawiałem. Wdrapywałem się na trycykl i w drogę! Siedząc pomiędzy farbami i pędzlami wyobrażałem sobie, że jestem na pancerniku, który
się przedziera przez linię wroga. Dotrzymywałem ojcu towarzystwa, zajmując się kopaniem kamyków, czytaniem komiksów i słuchaniem, jak opowiada o życiu... Czasem słyszałem z daleka, jak mnie woła:
— Niso, przejdź na drugą stronę ulicy. Cofnij się, jeszcze, jeszcze, dobrze, teraz stań. Przyjrzyj no się temu „S”. Tylko uważnie! Powiedz, czy zieleń jest taka sama tu i tu?
Na ogół nie miałem bladego pojęcia. Odpowiadałem, że nie wiem, że wydają mi się identyczne, a wtedy ojciec bardzo się denerwował... Któregoś dnia wybraliśmy się aż na Dworzec Francuski. Byłem wtedy bardzo mały, ale wszystko pamiętam. Jakieś małżeństwo nabyło tamtejszą restaurację i chcieli wymienić stary szyld o treści: „Paella z chochli. Posiłki i noclegi”. Ojciec uważał, że ten szyld jest bajeczny i nie chciał zniszczyć doskonałego dzieła. To było najgorsze rozwiązanie — zdjąć szyld, wyrzucić i namalować nowy. Właściciele mówili, że muszą go zmienić tak czy inaczej, bo ani nie specjalizowali się w paelli, ani nie wynajmowali pokoi na noc. No i udało mu się ich przekonać, żeby nic nie zmieniali, argumentując, że straciliby więcej, niż by mogli zyskać:
— Co za różnica — przekonywał ich. — Jeżeli ktoś zapyta o pokój, powiecie, że już nie ma miejsc, i pójdzie sobie... Jak będą zamawiać paellę, to zawsze można powiedzieć, że dziś nie ma jej w karcie. A za każdego klienta, którego możecie stracić, zyskacie dziesięciu innych, których przyciągnie ten piękny szyld.
Taki był mój ojciec — wolał stracić zamówienie niż zniszczyć coś, co uważał za dzieło ludowej sztuki.
Sąsiedzi z naszego piętra byli dla nas jak rodzina. Mieszkanie po przeciwnej stronie należało do pana Pau, zażywnego staruszka, wdowca ze zmierzwioną czupryną siwych włosów i białą brodą pachnącą fajką. Wyglądał jak malarz czy rzeźbiarz z dawnych czasów. Aż do emerytury pracował jako akwizytor. Trochę mu śmierdziało z ust. Nie miał z tego powodu kompleksów; twierdził, że to z powodu wieku, obnoszenia przez całe lata po bożym świecie brudnej gęby, dezynfekowanej tylko winem w marnych hotelach. Z dawnych dobrych czasów pozostała mu wielka walizka na próbki towarów, z którą wędrował od wioski do wioski. Teraz była pusta, ale i tak mi się podobała — miała kilka poziomów i mnóstwo zapięć, uchwytów i przegródek. Pachniała jeszcze próbkami damskiej wody kolońskiej, którą rozprowadzał przez trzydzieści lat w całej Katalonii. Od kiedy pan Pau przeszedł na emeryturę, rzadko wychodził z domu i zawsze nosił szlafrok, beret i kapcie, nawet jak wychodził na zakupy. Hodował gołębie na tarasie. Nie był ich miłośnikiem, ale
lubił od czasu do czasu przyrządzić je na obiad w occie, według przepisu swojej zmarłej małżonki, pani Nadali, którą pamiętałem jak przez mgłę. Nie mieli dzieci. Przy życiu utrzymywały go gołębie, niewielka emerytura i parę groszy miesięcznie za odnajęcie pokoju sublokatorowi, Salvadorowi Bez Siostry, który pracował na targowisku w Born. Salvador spał na pryczy w pokoju od podwórka, tuż obok łazienki. Ten pokój był dokładnie naprzeciw mojego, po drugiej stronie wewnętrznej studni. Widzieliśmy się przez okno. Salvador Bez Siostry był spokojnym, zamkniętym w sobie chłopcem, miał orli nos i nieobecne na pozór spojrzenie. Mówił z akcentem z okolic Lleidy. Niekiedy opowiadał mi o tym, jak w dzieciństwie zbierał owoce. Czasem w sobotę urządza-liśmy sobie wyprawę do nadbudówki na tarasie przy ulicy Caputxes. Nie pamiętam, kiedy zabrał mnie tam pierwszy raz. Oczywiście musiało to być przed wojną, bo miałem wtedy z dziewięć lat. Słuchałem z otwartymi ustami jego opowieści, zwłaszcza historii zainspirowanych
komiksami. Ten schowek w przybudówce był naszą wspólną tajemnicą. Nie wolno jej było nikomu zdradzić. Mogliby ze mnie skórę drzeć pasami. Byłem dumny, że uważa mnie za swego przyjaciela i obdarza zaufaniem, mimo że jest starszy. Drzwi nadbudówki były zamurowane cegłami i wydawało się, że nie można wejść do środka. Salvador Bez Siostry pokazał mi, jak się tam dostać — przez szczelinę pod jedną ze ścian, niewidoczną za doniczkami i skrzynkami, a wystarczająco szeroką, żeby mogła się przez nią przecisnąć jedna osoba na czworaka. Jak już było się wewnątrz, po drabinie wchodziło się na stryszek, tuż pod dachem... Stryszek był mały, kwadratowy, wysoki na jakieś dwa metry, z czterema wąskimi, wiecznie otwartymi okienkami, po jednym z każdej strony, dzięki którym było jasno. Latem żar lał się prosto z nieba i nie było czym oddychać; zimą przenikało ze wszystkich stron mroźne powietrze. Pozostawały jednak wiosna i jesień. Zanim pojawił się Salvador Bez Siostry, była to kryjówka wszelkiego rodzaju istot, poczynając od
gołębi, które założyły tam swoją kolonię, a kończąc na myszach. Salvador wszystko powoli i starannie wyczyścił. Nawet zabezpieczył okna drucianą siatką, osadzoną na drewnianej ramie, która zagradzała drogę ptakom. Zainstalował tam stół, miał krzesła, świece, materac... Najczęściej nic tam nie robiliśmy, byliśmy i tyle. Któregoś razu Salvador powiedział mi, że przybył do Barcelony, uciekając przed ojcem. Mając czternaście lat, uciekł z domu w Lleidzie.
— Przyszedłem do Barcelony, idąc wzdłuż torów.
— Pieszo?
— Tak. W Barcelonie mieszkała moja siostra, która też uciekła z domu. Pomyślałem, że się mną zaopiekuje.
— Nie chciała?
— Nie żeby nie chciała. Nie znalazłem jej. Barcelona jest bardzo duża.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Że nie wiedziałem, gdzie mieszka.
— Szukałeś jej na los szczęścia?
— Nie na los szczęścia. Chodziłem po dzielnicach i wypytywałem ludzi. Przez pierwsze dni spałem na plaży. Zresztą inni też tam sypiali. Szybko znalazłem pracę na targowisku w Born. Pan Pau przyjął mnie na mieszkanie. Początkowo wypytywałem na targowisku o moją siostrę. Opisywałem ją klientom, czy może ktoś ją widział. Wszyscy mówili, że nie. Dlatego zaczęli mnie nazywać Salvador Bez Siostry. I tak przylgnęło do mnie to przezwisko...
Ponieważ sam nie powiedział, co takiego zrobił ten jego skurwysyński ojciec, że czternastoletni wyrostek samotnie wyruszył przed siebie wzdłuż torów kolejowych, ja go o to nie pytałem.
Wtedy wybuchła wojna. W szkole nauczyciele mówili nam, że zbuntowali się jacyś generałowie, którzy chcieli rozkazywać w całej Hiszpanii i w Katalonii. I mówili jeszcze, że jeżeli generałowie wygrają, zabronią nam mówić po katalońsku.
Ojciec nadal pracował na własny rachunek, bardzo dumny ze swojej niezależności. Zrobił się taki niezależ-ny, że któregoś dnia zdecydował wyruszyć na wojnę, nie uzgadniając tego z nikim. Był zbyt wielkim indywidualistą, żeby wstąpić do partii, ale nie oparł się pokusie wyruszenia na front, podobnie jak wielu innych. W końcu lipca spakował do plecaka parę rzeczy i powiedział matce:
— Idę na wojnę.