Wylinka
Prolog
Na co masz nadzieję, tkając nieustannie sieci-pułapki ze słów, niczym obłąkany pająk, który rozciąga pajęczynę, by pozwolić jej błyszczeć przez chwilę, a następnie ją porzucić? W sieć wpadają jedynie zjawy, dawne obrazy, głosy, hałasy, krzyki, zapachy, niewidzialne, zaledwie przeczuwane kształty. Wampiry przeszłości, które nie chcą umrzeć, powoli cię paraliżują, wysysają. Nie wiem, skąd ci przyszło do głowy, że twoje życie zależy od tych wszystkich rzeczy, które powinny krążyć w innej przestrzeni, w innym wymiarze, które powinny zostawić cię w spokoju. W trzewiach mózgu powstaje niewypełniony plaster miodu, komórki, które pozwolą ci uporządkować tego tajemniczego milczka, jakim jesteś, i poddać geometrii dziką pustkę, płynną mgłę twojej wielowymiarowej istoty. Pytasz innych o siebie, o to, jaka byłaś w czasach, kiedy nie wiedziałaś, kim jesteś, słuchasz tych samych opowieści o kimś, kogo zbyt słabo pamiętasz. Czego szukasz? Czego chcesz?
Co chcesz znaleźć, przeglądając po raz nie wiadomo który te same stare zeszyty, zapomniane rysunki, fotografie poukładane chronologicznie w albumie, w który wpatrujesz się z tą samą pasją i cierpliwością, z którą kiedyś przyglądałaś się skrzynce pełnej motyli i turkuciów podjadków, ważek i jelonków?
Rok temu umarła babcia Ana, twoja najwierniejsza gawędziarka, która nie czytała ci baśni ani wierszy (co za nuda!) jak ciocia Augustina, lecz opowiadała ci o tobie, o tym, jaka byłaś, o twoich gafach, o twojej dziwacznej grzeczności (z tego, co mówiła babcia, wywnioskowałam, że musiał to być rodzaj autyzmu), a ty byłaś wiecznie nienasycona i prosiłaś: "Opowiedz mi jeszcze raz o tym, jak myślałaś, że mnie zgubiłaś, o tym, jak byłam na targu, o tym, jak się schowałam przed wszystkimi, o tym, jak weszłam w błoto, o tym, jak mnie znalazłaś ze wszystkimi rzeczami z szafy wyrzuconymi na środek pokoju, a ja siedziałam na nich i płakałam, o tym, jak przyjechała mama i nie chciałam wracać z nią do domu". Babcia Ana zabrała ze sobą wszystkie opowieści o dziecku, którego już od dawna nie ma, o dziecku, które ona znała, a ty nie, o dziecku, które z trudem sobie wyobrażasz. Dlaczego właściwie kręcisz się wokół tego, czym byłaś, jak starzec porządkujący swój przyszły nagrobek i krzyż, na którym widnieje medalion z jego
podobizną z młodości? Co chcesz znaleźć tak bardzo, że nie daje ci to spokoju?
Przechowuję z nabożeństwem autoportret, który narysowałam w wieku około czterech lat, totemiczną postać, rodzaj hybrydy: duża, okrągła głowa, cienkie, rozkraczone nogi, uszka jak u niedźwiadka, kreski zamiast oczu (ponieważ oczy były zamknięte), bez ust, ręce jak niteczki, ze szponami na końcach, bocianie nogi, kwadratowe ciało z rysunkiem słońca, trójzębna korona na głowie. Powyżej tęcza złożona z krzykliwych kolorów, czerwonego, zielonego, niebieskiego i - dwukrotnie - pomarańczowego. Widmo.
Nie czasu minionego, straconego szukasz - bo nie ma nic minionego, nic straconego - lecz sensu w tej gmatwaninie, którą się żywisz i która cię rozbija, jedności istoty - tej starej i tej nowej, podobnej do pączkującego korala, coraz młodszego i coraz starszego jednocześnie. Nie, nie szukasz czasu straconego, lecz czasu równoległego, niespokojnego jak sen, który jest i nie jest zupełnie twój, który jest i nie jest prawdziwy. I którego działanie trwa. Nie ze wspomnień się składasz - wspomnień biernych, ozdobnych, pocieszających i żałobnych - nie ze szczątków. Nie masz historii. Wieczna (i abstrakcyjna) teraźniejszość, jak abstrakcyjny i teraźniejszy jest czas skamieniały w postaci prastarego zlepieńca, który nosi w swym łonie osady i morskie muszle.
Przodkiem człowieka była podobno małpa, a przodkiem starej małpy, którą się staniesz było - nie zapominaj! - dziecko. Jego marzenia są nadal żywe, jakby nic się nie zmieniło (a może rzeczywiście się nie zmieniło!). W tę noc chimer ten, kto się boi i płacze, i chciałby uciec, ale nie może, i chciałby umrzeć, ale nie może, i kołysze się w sposób typowy dla opóźnionych w rozwoju - to także dziecko. Dzieckiem jest ten, kto przechodzi jak powiew wiatru przez puste korytarze, przez podziemia, nękany przez mordercze zjawy; ten, kto unosi się nad miastami do obłędu skupiony na tym, by nie spaść, ono jest - jak wiesz - nieme, pozbawione ust, jak na tym starym autoportrecie. Ono jest hipnotyzerem, ono kieruje grą. Ono jest - pamiętaj! - silniejsze od ciebie, ma więcej cierpliwości, jest mądrzejsze i niczego się nie boi, ponieważ jego myśli są o wiele bardziej skomplikowane od tych głupstewek, które cię teraz zaprzątają. Jego zdolność percepcji była o wiele większa, naskórek jego umysłu odczuwał głęboko, gdy siedziało
schowane pod stołem lub w skrzyni na poduszki pod opuszczonym wiekiem, w szafie ubraniowej owinięte w futro, w komórce bądź na szafie, pogrążone w głębokim milczeniu. Teraz, w twoim umyśle, leży zwinięte w kłębek i śpi. Śni o tobie. Ma prawie trzydzieści lat. Ale mogłoby mieć i sto, nadal byłoby dzieckiem. Gdzieś w muzeum twojej wyobraźni, w podziemiach, niczym w Luwrze, w półmroku, przechowywane są stare mumie, dzieci, a ekspozycję otwiera nie rodzina małp, jak w Muzeum Historii Naturalnej, lecz zjawa z autoportretu, ze słońcem na piersi, z aztecką gębą i w trójzębnej koronie. Jesteś jej niewolnikiem. Twoje superego to dziecko. Silne, nieczułe, okrutne. Dziecko obojętne i zimne - nie to, które siedziało grzecznie w ogrodzie obok psa o imieniu Azor i nuciło smutno, słuchając brzęczenia pszczół i szumu wiatru w trawie, lecz to siedzące na szafie, z głową pod sufitem, obserwujące z góry tych, którzy je wołali, szukali go; to dziecko, które - niewidoczne - szpiegowało stamtąd, z wysokości, i przycupnięte w
oczekiwaniu na n i c skręcało kosmyki włosów, ze wzrokiem wbitym w przestrzeń.
To właśnie je próbujesz teraz przechytrzyć, nieustannie zabiegasz o jego wybaczenie, prześladowana myślą o jakiejś nieokreślonej, biorącej się nie wiadomo skąd winie. Surową dziewczynkę, którą zachowałaś w swoim kobiecym umyśle, łączą więzy krwi z kobietą, którą właśnie ona urodziła i wychowała. Wzajemne macierzyństwo, którego nie można zrozumieć. Troszczysz się jak matka o dziecko, którym byłaś. Ty jesteś młodym pąkiem, a ono, dziecko - starym szkieletem korala, stałym i solidnym. Odczuwasz macierzyńskie instynkty wobec fikcji, wobec widmowej istoty, która zniknęła, została wchłonięta (kanibalizm samoresorpcji), istoty, którą byłaś i która, choć jest daleko, nadal sprawuje władzę. Na wpół obca wola kręci tobą jak chorągiewką. Ktoś o wiele młodszy od ciebie, ktoś, kim jesteś ty sama, nie znosi nadzoru. Podobnie kobieta, w której znalazłaś schronienie, jest terroryzowana przez tego młodego potwora o niespotykanej sile, należącego do wymarłego już gatunku.
Noszę z sobą mnóstwo rozproszonych odczuć z najodleglejszych czasów, ze starożytności mojej istoty, odczuć, których nie zapomniałam i których długo nie potrafiłam nazwać. Odczucia te noszę w pamięci jak w batyskafie zanurzonym w spokojnym morzu, czarnym i bezdźwięcznym. Jestem kolistą pustką, która w pewnych, zupełnie przypadkowych chwilach rośnie zawrotnie, myśli migawkowymi obrazami, równie wyrazistymi, równie realnymi jak na przykład ten pręgowany kot, który właśnie przechodzi pod moim oknem. Jestem punktem, w którym minione stany, przynależne ciałom, których już nie ma, zderzają się ze słowami, z językiem kogoś, kto krąży wokół dojrzałości, nieprzekonany, niezdecydowany. Jestem byłym dzieckiem, nieszczęśliwym eks-nastolatkiem, boję się odpowiedzialności, próbuję znaleźć wyjście, aby mimo wszystko zaistniała jakaś ciągłość, jakieś pojednanie - może.
Szukasz jedności swojego ciała, tego uczucia z dzieciństwa, kiedy wyciągnięta w wysokiej trawie, z zamkniętymi oczami, odkryłaś zgiełk swojego nagle obcego ciała: ruchy, których nie mogłaś kontrolować, które nie zależały od ciebie, uderzenia serca gdzieś w brzuchu, niespokojne pulsacje w rękach, w koniuszkach palców, wewnętrzny mrok, w którym pojawiały się na moment i znikały fosforyzujące czerwone lub zielone koła, spiralne rytmy wymykające się na zewnątrz, mieszające się z brzęczeniem owadów, z cichym szumem wiatru i szmerem pobliskich topól, rodzaj niebezpiecznego roztopienia, które kazało ci otworzyć oczy w obawie, że nie rozpoznasz już siebie, że nic z ciebie nie zostanie. Potem odczuwałaś łagodne kołysanie - jak wtedy, gdy leżysz nieruchomo na wodzie - podczas gdy na niebie chmury nieustannie zmieniały się w smoki, ogromne grzyby, delfiny, baranki, opuchnięte twarze, statki, parasolki, kapelusze. Wirowanie - które należy tylko do ciebie. Albo jak wtedy, gdy miałaś trudności z oddychaniem, kiedy
przerywałaś zabawę lub zatrzymywałaś się na ulicy, ściskając dłoń przerażonej mamy i czekając, aż ci przejdzie, aż wrócisz do życia, i kiedy wciągając do płuc powietrze wyraźnie czułaś, czym jesteś naprawdę.
Pięć lat temu, w kinie: na wpół zdrętwiała, oglądasz stary, czarno-biały, powolny, dziwny film. W tle słychać szum, dudnienie, które niczemu nie służy, a wszystko zakłóca. Obrazy już nie mają znaczenia. Dziwne uczucie, aż wreszcie zaczynam rozpoznawać. Ten sam obcy, nienazwany oddech, który wnika we wszystko, a potem się wycofuje, oddechowy przypływ i odpływ, rodzaj świadomości, która nie należy do ciała i która je od czasu do czasu odwiedza.
Siedzę w kuchni. Mama zostawiła mnie tu, żebym przebrała kilka garści ryżu. Wysypuję na stół całą torebkę. Mijają godziny, czuję się odurzona. Wybieram brudne ziarna. Lubię to zajęcie. Jest cicho, jestem potrzebna. Myślę o Kopciuszku. Całe worki. Na nią czekało święto. Ale ten monotonny sposób spędzania czasu, gdy byłaś sama ze sobą, także był świętem.
Wychodzę na ulicę, słucham tego, co mówią do mnie ludzie, czytam - odrzucam uparcie i ostrożnie wszystko, co mnie nie dotyczy - stosy pomieszanych ziarenek.
Siedzę po turecku na środku pokoju. Trudno mi mówić o sobie w czasie przeszłym.
A dziś tylko określony rodzaj muzyki bądź jakaś oszałamiająca książka sprawiają czasami, że wszystkie te rozmaitości, z których się składasz, godzą się ze sobą, wiążą, wracają grzecznie do twojego obecnego ciała, współistniejącego z nimi, skupiają się w wirze mrocznych błysków i mówią ci o tobie całej, tak jak tylko szum muszli przyłożonej do ucha potrafi to zrobić. Bezosobowy, wzniecony z czystej pustki, spiralny szum.
Jestem absolutnym neotenem. Moja dojrzałość zawsze będzie nosić ślady wcześniejszych stadiów. Zdaje się, że istnieją stworzenia, które żyją w ten sposób.
Pocieszające.
Kolekcjonuję powłoki, exuvia.
Co siedem lat twoje komórki się zmieniają, co siedem lat następuje twój koniec, ubywa część ciebie. Znów na początku. W tym samym, a jednak innym ciele. Tylko mózg, stary generał wydający rozkazy nowym oddziałom, tylko stary mózg jest wierny - stabilizator równowagi nieistniejących już ektoplazmicznych poprzedników (którzy, choć pozbawieni ciała, nadal chcą być brani pod uwagę). Mózg rozpoznaje, rozpoznaje ciebie. Mózg wygłodniały, kłapiący szczękami, którego żarłoczny wir pochłania, trawi wszystko. Mózg, który najwyraźniej kochał dawne ciała, skoro tak dobrze je pamięta. Mózg nie poddający się nostalgii, bo nic nie jest stracone (on to wie aż za dobrze).
"Dwadzieścia osiem lat to wiek, w którym uczucia człowieka i barwy jego życia ulegają wielkim przemianom. W wieku trzydziestu pięciu lat kończy się młodość". Na ten fragment z Senancoura natknęłam się zupełnie przypadkowo, na kilka dni przed moimi dwudziestymi ósmymi urodzinami. Odczytałam go jako specjalne przesłanie, tak jak zawsze, gdy w wyniku dziwnych zrządzeń losu otrzymywałam takie nieoczekiwane odpowiedzi, pośrednie i niekiedy wyzwalające. Mam zatem jeszcze siedem lat. Co będzie potem - nie wiem.