Wykolejony
- Tatusiu...
Słowo, którego za dnia nigdy nie dość, staje się koszmarem, gdy budzi cię w środku nocy. Jest jak alarm pożarowy w czarnej sali kinowej, w samym środku filmu. W tym wypadku wyświetlali dramat obyczajowy ze mną, Deanną i zielonooką kobietą w rolach głównych.
- Tatusiu!
Znowu to usłyszałem i tym razem obudziłem się na dobre, omal nie spadając z łóżka.
Wspomnienia takich nocy domagały się uwagi, choć starałem się je odepchnąć, skoncentrować na samym fizycznym akcie podnoszenia się z łóżka i przejścia boso przez ciemny, lodowaty korytarz.
Do pokoju Anny.
Włączyłem światło od razu przy wejściu - jedna ręka na włączniku, druga już wyciągająca się w stronę Anny. Nawet ze zmrużonymi przed rażącym światłem oczami zobaczyłem, że Anna wygląda jakoś wyjątkowo i przerażająco dziwnie. Byłem pewien, że to wstrząs hipoglikemiczny.
Oczy wywrócone białkami, ciałem wstrząsał nieustający dreszcz. Gdy ją objąłem, czułem się, jakbym tulił przerażonego szczeniaczka, drżącego i dygoczącego. Ale jeśli była przerażona, nie mogła mi tego powiedzieć.
Kiedy na nią krzyknąłem, nie odpowiedziała. Potrząsnąłem nią i szepnąłem coś do ucha, delikatnie uderzyłem - nie zareagowała.
Nauczyłem się, co robić w takich przypadkach. Przeszedłem cały kurs, przypominano mi i ostrzegano. Tyle tylko, że nie pamiętałem z tych nauk ani słowa.
Wiedziałem, że w czerwonym jak wóz strażacki plastikowym etui spoczywa strzykawka. Wydawało mi się, że jest na dole, w kuchennej szafce. Sądziłem, że należy otworzyć etui i wyjąć strzykawkę z brązowym proszkiem, który znajdował się obok niej. I woda - trzeba dodać trochę wody.
Wszystko to przelatywało mi przez mózg jak dyslektyczne zdanie. Nie potrafiłem go dokładnie zrozumieć. Ale mniej więcej chwytałem, o co idzie, a była to świadomość straszna i bezlitosna.
Moja córka umiera.
Nagle Deanna znalazła się tuż obok. - Strzykawka - rzuciłem, może nawet wrzasnąłem.
Ale ona już ją trzymała. Przez ułamek chwili, w środku przerażenia, przeszył mnie przypływ czystej miłości do niej do tej kobiety, którą poślubiłem i z którą stworzyłem Annę. Miałem ochotę upaść na kolana i ją przytulić. Otworzyła etui spokojnie wyłuskała z niego strzykawkę i w drodze do łazienki Anny przeczytała wskazówki wypisane drukowanymi litera mi. Tuliłem Annę, szeptałem, że wszystko będzie dobrze. - Anno tak, wszystko będzie, wszystko będzie z tobą dobrze. Anno tak, kochanie, a z łazienki dobiegał szum wody. Potem Dean na wróciła, potrząsając strzykawką.
- Głęboko - powiedziała, wręczając mi ją. - Przez tłuszcz: prosto w mięsień.
Bałem się tej chwili - ciągle sobie wyobrażałem, jak będzie wyglądać. Kiedy po raz pierwszy szkoliłem się w sztuce po dawania insuliny, wbijając cienkie, półcentymetrowe igły; w tkankę tłuszczową na biodrze, ramieniu i pośladku wspomniano mi o tym. Kiedyś nadejdzie pora, gdy będę musiał to zrobić naprawdę. Nie każdy rodzic przez to przechodzi, ale zważywszy na to, że Anna ma szczególnie ostrą postać choroby i że zapadła na nią tak młodo... Ta igła nie mierzyła pięciu centymetrów, prędzej dziesięć i była tak gruba, że spojrzenie samo od niej uciekało. Wszystko po to, żeby czysty cukier dotarł do komórek mózgu na tyle szybko, by nie obumarły z głodu.
Teraz ta strzykawka znajdowała się w mojej dłoni, a moja dłoń dygotała tak samo jak Anna, bo to było tak, jakbym miał wbić w nią nóż, nawet jeśli był to cios ratujący życie. Zbliżyłem strzykawkę do jej ramienia, ale ponieważ oboje się trzęśliśmy, bałem się wbić igłę, bałem się, że nie tracę, stępię ją, zmarnuję płyn.