Wszystko jest
- Ładne skarpety
[Lubił białe ręczniki, ale tylko takie, które miały brązowe aplikacje; po prysznicu starannie wycierał uszy palcem wskazującym, wetkniętym pod kolorową wstawkę, miał wtedy pewność, że na białej połaci tkaniny nie pozostaną rdzawe plamki - ślady wykręconych z małżowiny resztek brunatnej, lepkiej woskowiny.
Obudził go huk. Coś uderzyło w szybę. Ptak. Prosto z łazienki wyszedł o świcie przed dom. Z prawej strony schodów wiodących do sieni, na ławce pod kuchennym oknem, leżała sierpówka. Na szybie pozostał ślad. Krew i pióra. Pierwszy raz. Wrócił do domu. Nakarmił Psa. Usiadł przy stole. Kawa. Papieros. Widok. Ślad. W poprzednim domu sierpówki często ginęły rozbijając się o okno sypialni. Odkryli przyczynę. Morwa i jej odbicie. Pułapka lustra. Ale tutaj? W drugim domu? Niebo w szybie. Pułapka nieba?
Dzwonek przy furtce. Łysa. Wciągnął zielone sztruksowe spodnie i wybiegł na dwór. Rosa. Miał nadzieję, że ją zobaczy, że zamienią kilka słów. Otworzył furtkę. Tylko koszyk. Rozłożył na kuchennym stole dostawę. Litr mleka i zawinięta w pergamin osełka od Staruszki, jeszcze ciepły chleb od Witka, gazety. Na dnie koszyka lśniła płyta. Zadzwonił telefon.]
- Słucham.
- Cześć, tato.
- Dzień dobry Marysiu.
- Jak się czujesz? Potrzebujesz czegoś?
- Dobrze. Mam wszystko.
- Zadzwonię w sobotę.
- Czekam.
- Cześć.
[Włożył czarną podkoszulkę. Sweter. Na stopy czerwone skarpety. Jeszcze jedna kawa. Papierosy. Siedział przy stole rozgrzany kąpielą. Z mruczącego cicho radia dotarło do jego wypielęgnowanych uszu zdanie: „Na Antarktydzie pierwszymi jaskółkami zwiastującymi wiosnę są pingwiny”. Patrzył na ślad. W południe zakopał sierpówkę i wymył szybę. Telefon.]
- Słucham.
- Łysa. Staruszka ma półpaśca. Pójdziesz ze mną?
- O której?
- Za godzinę.
- Czekam przed furtką.
[Siedział oparty o drewniane ogrodzenie. Z lewej strony zbliżał się Sąsiad z Górki.]
- Dzień dobry. Proszę spojrzeć, minęły dwa lata, a z krawężników zostały tylko kamienie - powiedział do sąsiada.
- Dzień dobry. Tak. Sam piach. Nic cementu. No, ciut. Co słychać?
- Czekam na Łysą.
- Wie pan? Ania urodziła dziecko. Syna.
- Czy to owoc jej tygodniowego burzliwego romansu?
- Tak mówi. Idę. Do widzenia. Ładne skarpety.
- Co u żony?
- Patrzy na nas. Jeszcze raz.
- Do widzenia.
[Kilkanaście metrów od niego po drugiej stronie drogi były tory. Dwa tory magistrali węglowej. Spojrzał na zegarek. „Zaraz pojawi się eurocity, pięć, dziesięć minut po nim zobaczę Łysą” - pomyślał. Półpasiec. Ból i trudno gojące się rany. Drogą szły dwie obce dziewczyny. Z przodu wyglądały dobrze. Szesnaście, siedemnaście. Brunetka i blondynka. Śliczne buzie. Kiedy go mijały, usłyszał fragment rozmowy. (Z tyłu też wyglądały dobrze).]
- Kurwa jego mać, ale mi się szczać chce - mruknęła brunetka.
- A srać? - zainteresowała się blondynka.
- Nie. Dzień dobry panu. Ładne skarpety.
- To wylej się. Masz las.
[Tuż za magistralą zaczynał się las. Ciągnął się do podnóża gór. Dwa kilometry. Prawie wszędzie widać było granicę drzew, niezwykle ostro zarysowaną: drzewa się kończyły, a za nimi kończyło się wszystko; nie było już nic, tylko skały. Nigdy nie był w górach. Wychodził z lasu, siadał pod sosną dziewczynek i godzinami wgapiał się w masyw. Na jeden ze szczytów wiodła skrajnie trudna droga, zwana ścianą Agaty. Poza wszelkimi skalami. Jedyna w kraju. Najdłuższa na świecie. Tysiąc czterysta metrów. Przewieszona na całej wysokości. Wyzwanie dla najlepszych. I najlepsi z całego świata przyjeżdżali. Obserwował migocące na tle skały kolorowe plamki wspinaczy. Wsłuchiwał się w zwielokrotnione, poobijane odgłosy. Młotki, pohukiwania, komendy.
Przemknął pociąg. Przez hałas przebił się dźwięk dzwonka telefonu, dobiegający z okien domu. Pobiegł w stronę natarczywości. W dzień nigdy, jeżeli tylko pogoda pozwalała, nie zamykał okien. Wiedział, że dom jest pod nieustanną obserwacją. Sparaliżowana żona Sąsiada z Górki od świtu do nocy nie odrywała oka od okularu lunety ustawionej na parapecie w jej pokoju. No i Pies. Nie wpuszczał za furtkę obcego. Swojego wpuszczał. Żona sąsiada też swojego wpuszczała. Jeżeli odwiedzał go ktoś po raz pierwszy, natychmiast dzwonił telefon: „Panie Maćku, kto to?”, „Swój”, „W porządku. Będę go wpuszczała”. Co to tak naprawdę znaczyło, nie miał zielonego pojęcia. Czuł się bezpiecznie, zostawiając otwarte okna. Uniósł słuchawkę.]