WP

Wilhelmi, Andrycz, Łominicki - znał i opisał ich wszystkich

Jerzy Rakowiecki był wybitnym reżyserem teatralnym. Pracował w najważniejszych polskich teatrach, znał więc takie postaci, jak Roman Wilhelmi, Nina Andrycz, Aleksandra Śląska, Tadeusz Łomnicki. Wspomina je w wydanym pośmiertnie, arcyciekawym "Pamiętniku inteligenta".
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Roman Wilhelmi w "Karierze Nikodema Dyzmy"
Roman Wilhelmi w "Karierze Nikodema Dyzmy" (East News)
WP

Jacek Rakowiecki to znany dziennikarz, publicysta i redaktor. Był redaktorem naczelnym m.in. Przekroju, Vivy! oraz Filmu. Pracował także w Gazecie Wyborczej i Tygodniku Powszechnym oraz Rzeczpospolitej. Był także rzecznikiem prasowym TVP.

Jacek Rakowiecki jest synem Jerzego Rakowieckiego, reżysera teatralnego i aktora, zmarłego w 2003 roku.

Jerzy Rakowiecki studiował w czasie okupacji na Wydziale Aktorskim podziemnego Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej w Warszawie. Brał udział w powstaniu warszawskim. W latach 1945-53 był aktorem w teatrach Łodzi, Torunia, Poznania, Krakowa i Warszawy. W 1953 ukończył Wydział Reżyserski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Pracował jako reżyser w Teatrze Komedia w Warszawie, Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie, Praskim Teatrze Ludowym w Warszawie i Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Zrealizował sto kilkanaście spektakli w teatrze oraz kilka spektakli telewizyjnych. W latach 1949 – 1981 wyreżyserował prawie 150 słuchowisk w Teatrze Polskiego Radia.

WP
East News/ Jacek Rakowiecki, publicysta
Podziel się

Teraz Jacek Rakowiecki, publicysta, zredagował, opracował i wydał wspomnienia swojego ojca, reżysera, zatytułowane ”Pamiętnik inteligenta. Historie wesołe, a ogromnie przez to smutne” (Edipresse).

Syn wyjaśnia: „Historia spisana przez mojego ojca faktycznie jest panoramą losów: od malutkiego majątku na Mazowszu, przez powstanie warszawskie po powojenny polski teatr z jego blaskami i cieniami oraz plejadą największych gwiazd.”

Są to więc wspomnienia powstańca warszawskiego i aktora, panicza z dworu oraz dyrektora teatru, komedianta i inteligenta.

WP

Rzeczywiście, na stronach ”Pamiętnika…” znajdziemy wspomnienia Rakowieckiego o takich osobach, jak Roman Wilhelmi, Nina Andrycz, Aleksandra Śląska, Tadeusz Łomnicki, Leon Schiller, Kazimierz Dejmek i wielu innych.

Rakowiecki tak podaje w skrócie karierę ojca:

”Zaczynał bowiem karierę artystyczną jako niemal dziecko szczęścia: rozrywany jako aktor, chwalony jako początkujący reżyser przez samego Leona Schillera, obejmujący wreszcie dyrekcję małego, ale jednak warszawskiego teatru jako bezpartyjny (jedyny taki w stolicy!) 40-latek, ceniony profesor PWST. I raptem wszystko się sypie: najpierw szkoła teatralna z niego rezygnuje, potem sypać właśnie zaczynają się złe recenzje, wreszcie po marcu 1968 roku sam rezygnuje z dyrekcji, nie chcąc dać satysfakcji tym, którzy już piszą jego zwolnienie. "Wśród serdecznych przyjaciół” teatralnych zostaje nagle sam i od tej pory częściej reżyseruje na prowincji niż w rodzinnym mieście..."

Trzeba przeczytać tę książkę dla wspaniałych wspomnień, barwnych anegdot i humorystycznego, żywego języka. I po to, żeby zrozumieć, czym była cała formacja społeczna, zwana niegdyś inteligencją, której przyszło męczyć się w latach PRL-owskiej ciemnoty. Trzeba tę książkę przeczytać, żeby zrozumieć, kto odchodzi i czego będzie nam tak bardzo w XXI wieku brakowało…

WP
edipresse
Podziel się

FRAGMENTY

Arcykulturalne kur...

W Lublinie strzeliłem siedem premier, z Nagórną, Lassotą, Mikulskim, Machulskim, Bistą, Aleksym, nieodżałowanym Piotrkiem Suchorą, Szmigielówną, Zytą Połomską, Wiszniewskim i... panią Czesią.

WP

Każdy teatr ma, lub powinien mieć, takiego szekspirowskiego skrzata. Wywodzą się z zespołu technicznego lub artystyczno-pomocniczego, płci obojga. W Teatrze Polskim w Warszawie był to pan Jan, dawny fryzjer, późniejszy portier.

W moim teatrze Ludowym tzw. Ślepowronka, czyli Ślepowroński, stolarz, w Komedii – inspicjent Henio –"Złamane życie". W Lublinie – pani Czesia. Pełniła od niepamiętnych lat funkcję portierki, przynajmniej za mojej pamięci. Znała wszystkich i wszystko, miała o każdym swoje własne i wyrobione zdanie. Ponieważ miała również ostry język, więc trochę się jej bano, ale tak naprawdę to było szczerozłote serce. Miała zwyczaj częstować po premierze (jeśli jej przypadła do gustu) własnej roboty bigosem, który roznosiła po garderobach. Po premierze "Sułkowskiego" (było to moje pierwsze przedstawienie w tym teatrze) zostałem poczęstowany wielką porcją bigosu.

– Pani Czesiu – mówię, rąbiąc bigos – podobało się pani? A co najbardziej?

– Najbardziej to pan mi się podoba...

WP

Były dwa sprawdziany, czy sztuka będzie miała powodzenie, czy nie. Jeden to zdanie pani Czesi. Drugi jeśli pierwszy rząd (cały!) był wykupiony przez lubelskie prostytutki. Łatwo je było rozpoznać, bo wszystkie przychodziły ze srebrnym lisem na szyi i siadały tak, zakładając noga na nogę, żeby było widać, jakie mają szykowne, z koronkami, czarne majtki. No ale to były kur... nie byle jakie! Dziś zapewne nazwalibyśmy je sponsorkami.

Lublin to było naprawdę kulturalne miasto.

East News/ Kazimierz Dejmek
Podziel się

Trzy miesiące z Dejmkiem

Bufet za kulisami Teatru Polskiego. Siedzę z Dejmkiem przy stoliku, pijemy herbatę, rozmawiamy. W pewnej chwili Kazik przerywa mi:

– Jurek, powiedziałeś "tyko"!

– Co?

– Powiedziałeś "tyko”! Zjadłeś literę "l”, zgłoskę "l”, kur...!

– Tak? I co z tego?

– Jak to co? – złości się i purpurowieje na twarzy.

– Kaziu, przecież nie angażowałeś mnie na etat aktorski.

– No to co! Ale mówi się "tylko"!

Dejmek, o czym wszyscy wiedzą, ma zajoba na punkcie dykcji. To oczywiście cenne i potrzebne, i zdarza się niestety rzadko, jeśli reżyser zwraca baczną uwagę, jak aktorzy mówią, a niestety mówią źle, połykają spółgłoski. Dyrektor Dejmek, gdy zjawia się na mojej, Janka Bratkowskiego czy innego reżysera próbie generalnej, ma kłopoty manualne: często nie wie, co najpierw – zapalić papierosa (pali jak komin) czy zapisać na karteluszku "gwóźdź – nie GWÓDŹ, samolot – nie SAMLOT, kraść – nie KRAĆ, be nie pe" i tak dalej. Bardzo często są to jego jedyne uwagi dla aktorów.

Oczywiście, widzi świetnie wszystkie niedomogi warsztatowe, nie tylko te dykcyjne, ale – podobnie jak Leon Schiller – uważa, że na słabizny aktorskie szkoda jego czasu. Albo obraża się i milczy z zaciśniętymi ustami. Jak je otworzy, bluzga, syczy i co drugie słowo chrząka. I "rzuca mięsem”, gdzie popadnie. Mówią o nim, że jest cham, pewnie jest, ale potrafi być naprawdę delikatny i wręcz subtelny, jak mało kto.

To bardzo dziwny człowiek, znamy się od lat, bardzo zżyliśmy się, będąc razem za granicą, bardziej niż tu, w kraju. Mieszkaliśmy przez trzy miesiące w jednym pokoju hotelowym w Moskwie, Leningradzie i Kijowie. Wydawało mi się, że go dobrze poznałem, a po powrocie okazało się, że go w ogóle nie znam. Połączył nas wspólny los: musieliśmy obejrzeć 75 (słownie: siedemdziesiąt pięć!) spektakli, nie licząc dodatkowych strieczi, muzei itp. itd. Byliśmy oficjalną delegacją i było nie do pomyślenia, żeby się wyłgać, pół biedy, jeśli przedstawienie było ciekawe, wtedy zmęczenie można jakoś pokonać, ale różnie z tym bywało. Pod koniec (albo wcześniej... no pewnie, że wcześniej!) nauczyliśmy się wypijać pod wieczór "po stakańczyku” (że się tak delikatnie wyrażę).

East News/ Aleksandra Śląska
Podziel się

Ale najweselszy był chyba sam początek, socjalistyczne rozprawiczenie. Hotel Metropol, kolacja, zajęliśmy stolik czteroosobowy, on, ja, Krysia Skuszanka (była wespół zespół z Jakubem Rotbaumem w naszej delegacji Ministerstwa Kultury i Sztuki) oraz niejaki Zakrzewski, malarz, który nie wiem czemu przyczepił się do nas. Rotbaum siedział dalej z siostrą, której nie widział od wojny, przyjechała tu aż z Nowosybirska. Grała orkiestra na parkiecie wielkiej sali, gdzie pośrodku sikała fontanna, tańczyło już sporo par, niektóre dziwaczne, jak kapitan z praporszczykiem, taki tam "ludowy” obyczaj. Ze wszystkich łbów dobrze się kurzyło i nic jeszcze nie zapowiadało, że ta nasza pierwsza moskiewska noc to będzie Noc św. Bartłomieja. Wprawdzie nikogo nie zarżnięto, ale pijany Zakrzewski uparł się, że zerżnie Krystynę, i dobijał się do rana do jej pokoju. Ja ratowałem Dejmka, który umierał po zeżarciu miski kawioru, po którym zamówił sobie natychmiast "suffle szokoladnoje”. Natomiast Rotbaum dostał na tej sali po ryju od jakiegoś wojskowego, który nawymyślał mu od jewrejskich gudłajów i wyrzucił go wraz z siostrą za drzwi. A po ryju powinien dostać ten Zakrzewski za plakat, którego był autorem – ale o tym dowiedziałem się dużo później – plakat, który głosił: "AK – zapluty karzeł reakcji”.

Tak więc ogólnie rzecz ujmując, było byczo, choć to określenie należałoby przenieść na inną może okoliczność, a mianowicie na tak zwany po ichniemu prazdnik, czyli rocznicę rewolucji. Jako oficjalna delegacja zostaliśmy zaproszeni na galowy bankiet. Włożywszy stroje wieczorowe, udaliśmy się pod wskazany adres, gdzie witali nas z należnymi honorami gospodarze. Wokół ogromnego holu stali jacyś faceci w garniturach w paski, garniturach fasowanych, a więc ochrona rządowa. Przeszliśmy do sali kolumnowej, gdzie już czekały uginające się od jadła i picia stoły. Było tego tak dużo, że nie dziwię się, że od jakiegoś czasu nie mają co do gęby włożyć. Ale zgubił się nam Rotbaum, czyżby go nie wpuścili? Okazało się, że on jeszcze został w tym holu i wita się "za rączkę" po kolei z każdym facetem z tej obstawy. Czasem ciężko nie być antysemitą...

Za chwilę rozparcelowano nas, mnie przypadło miejsce przy stole pomiędzy damą w seledynowej sukni przypominającej nocną koszulę, a marszałkiem Sowieckowo Sojuza z dwoma gwiazdami na epoletach (rządy sprawował wówczas Malenkow). Oboje, jak to ruscy ludzie, bardzo gościnni, częstowali, nakładali na talerz, pieścili i pośród tych pieszczot ta w koszuli nocnej nałożyła mi – jak się okazało, zdradziecko – coś, co polane białym sosem wyglądało nawet dość apetycznie, ale było nie do przełknięcia, mimo chleba, którym starałem się przepchnąć, i wódki, by zdezynfekować. Rosło, pęczniało, podchodziło do gardła. Poczułem zimny pot na czole, zerwałem się i wybiegłem do sali, gdzie już nie było stołów i gości, ale były kolumny jak na Akropolu i tam wyplułem to świństwo. I w tym momencie zza najbliższej kolumny wychyliła się uśmiechnięta główka i rękaw granatowy w paski:

– Niczewo, tawariszcz, niczewo...

Wieczorem, gdy już byliśmy w Metropolu, Kazik powiedział mi, że ta "sałatka" to pokrojona w kostki surowa słonina z prosiaka zalana gęstą śmietaną.

Tak oto świętowaliśmy rocznicę rewolucji październikowej, Józef Wissarionowicz leżał wówczas w szklanym pudle obok Włodzimierza Iljicza i podobno z jednej strony trochę się już psuł. A później zepsuło się wszystko....

O moich współtowarzyszach tej trzymiesięcznej zsyłki mógłbym napisać niejedno, ale po co? Przede wszystkim mam tu na uwadze Kazia Dejmka. Wtedy byliśmy o krok od przyjaźni, trzy miesiące spędzone wspólnie w luksusowym łagrze. Ale cóż tu pisać? Z latami (a przeszło ich sporo) stawał się Kazio coraz mniej komediowy, a to przecież mają być facecje.

Polub WP Książki
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP