Wierna do śmierci
— Wiele wysiłku kosztowało mnie, aby tu przybyć. — Pani Molfrey odrzuciła do tyłu sięgające ramion blond loczki z takim wigorem, że kapelusz niemal spadł jej z głowy. — Mam nadzieję, że nie wprowadzono mnie w błąd co do pana rangi i stanowiska.
Detektyw nadinspektor Barnaby usiłował zachować maskę uprzejmego zainteresowania, którą przyjmował niezmiennie, gdy niespodziewanie składał mu wizytę jakiś obywatel, trudno mu jednak było, niezwykle trudno, nie przyglądać się swojemu gościowi.
Naprzeciw niego siedziała nadmiernie umalowana dama w podeszłym wieku. Niknęła niemal w obszernej dziewczęcej sukience z bufkami. Kreacja ta była uszyta najprawdopodobniej z materiału obiciowego: połyskliwego kretonu we wzory z nieregularnie rozrzuconych różyczek kapusty. Kobieta miała na sobie białe koronkowe rękawiczki i nieco zabłocone dziurkowane trzewiki ze skóry w kolorze kości słoniowej z elastycznymi wstawkami z boku. Jej twarz była tak grubo pokryta warstwami różowych i białych kosmetyków, że gdy staruszka marszczyła z powagą brwi lub wyrażała jakiekolwiek żywsze emocje, wówczas płatki makijażu odrywały się, fruwając w powietrzu jak perfumowany łupież. Jej powieki miały ostry, oślepiająco niebieski kolor, zwany niegdyś „elektrycznym”. Barnaby pomyślał, że gdyby żyła jeszcze Mary Pickford, wyglądałaby mniej więcej tak samo.
— Chcieli się mnie pozbyć na dole, odsyłając do jakiegoś konstabla. W koszuli z krótkimi rękawami! — Pani Molfrey opuściła rzęsy, tak czarne, sztywne i podkręcone, że sprawiały wrażenie pokrytych smołą. — Uparłam się jednak, aby porozmawiać z kimś najwyższej rangi.
Podczas żywej dyskusji, jaką prowadziła w recepcji pani Molfrey, przechodził tamtędy sierżant Troy. Pragnąc załagodzić sytuację, wciągnął ją do windy, zawiózł na trzecie piętro i zostawił na wycieraczce Barnaby’ego z napisem „Witamy”. Nadinspektor miał zamiar przekonać się, czy jego pomocnik kierował się złośliwością, czy też zakładał, że szefowi potrzebny jest zabawny przerywnik.
— A więc na czym polega problem, pani Molfrey? — zapytał Barnaby i gdy tylko wypowiedział te słowa, uświadomił sobie, że przyjął ojcowski, niemal protekcjonalny ton. Usiłując to zrównoważyć, dodał bardziej formalnie: — W jaki sposób mogę pani pomóc?
— To ja mogę pomóc panu — odparła pani Molfrey, ściągając lewą rękawiczkę. — Zaginął ktoś z mojego sąsiedztwa. Pomyślałam, że to pana zainteresuje.
— Jego nazwisko?
— Jej nazwisko. On wciąż jest na miejscu. I jeśli pragnie pan poznać moje zdanie, daje to bardzo wiele do myślenia. Barnaby, przewidując, że to, co będzie miała do powiedzenia pani Molfrey, będzie równie zbzikowane i dziwne jak jej wygląd, ucieszył się, że nie miał racji. Nawet jeśli wypowiadała się w kwiecisty i nieco dziwaczny sposób, znaczenie jej słów było absolutnie jasne.
— Chodzi o Simone Hollingsworth — zaczęła pani Molfrey. Zatrzymała się na chwilę, przyglądając się ze zmarszczonymi brwiami plakatowi piętnującemu kradzież i uwalniając kolejnych kilka płatków pastelowego tynku. — Czy nie ma pan zamiaru tego zapisać?
— Nie w tej chwili, pani Molfrey. Proszę mówić dalej.
— Zniknęła w czwartek. Rozpłynęła się w powietrzu, jak to mówią, chociaż nigdy nie rozumiałam tego określenia. Przecież jeśli ktoś chce się ukryć, powietrze jest na to zbyt przezroczyste. Musiałoby być gęste jak grochówka.
— Czy mogłaby pani...
— Proszę mi nie przerywać, jeśli pan tak uprzejmy. Kiedy skończę, dam panu jakiś znak. Pomacham chusteczką. Albo krzyknę.
Barnaby zamknął oczy.
— Nabrałam podejrzeń od razu pierwszego wieczoru. Pamiętam go dokładnie i od razu panu wyjaśnię dlaczego. Zachód słońca, który zazwyczaj działa na mnie bardzo odświeżająco, sprawił mi tego dnia wielkie rozczarowanie. Okropny, powszedni kolor, jak łosoś z puszki. Cubby doglądał mojej cebuli, znanej ze swej wspaniałości, jeśli wolno mi dodać, a ja grzebałam nieco wokół małą motyką, spodziewając się, że zamienię parę słów z Simone. Zazwyczaj wychodziła mniej więcej o tej porze, aby przywołać kota, i wymieniałyśmy wówczas grzeczności. Z jej strony płotu padały ostatnie ploteczki wiejskie, natomiast ja omawiałam postępy swoich roślin, przeklinałam wszelkie skrzydlate i pełzające drapieżniki oraz narzekałam na pogodę, tak jak to robią gorliwi ogrodnicy.
Barnaby skinął głową. On również uważał się za „gorliwego ogrodnika” i w swoim czasie znany był z tak zapamiętałego narzekania na pogodę, że jego żona zamykała z trzaskiem okno, aż brzęczały w nim szyby.
— Któż jednak się pojawił zamiast niej, jak nie Alan we własnej osobie, to znaczy pan Hollingsworth. Zaczął nawoływać: „Nelson, Nelson”, jakby kiedykolwiek to biedne zwierzę obchodziło go chociaż trochę, i potrząsać pudełkiem chrupiących, kocich przysmaków. — Pani Molfrey pochyliła się do przodu. — I to jeszcze nie wszystko.
W tych ostatnich kilku słowach wyczuwało się pulsujący, podskórny prąd, graniczący z melodramatyzmem. Barnaby rozpoznał ten ton — słyszał go wielokrotnie. Niemal zawsze wskazywał na to, że dana osoba szczerze przejmuje się innym człowiekiem i jest absolutnie przekonana, że los tej osoby jest zagrożony, zazwyczaj z powodów bardzo drastycznych i złowieszczych.
— Odkryłam jeszcze trzy kolejne elementy tej tajemniczej łamigłówki, które są bardziej niepokojące. Otóż tego popołu- dnia, gdy pani Hollingsworth zniknęła, Sara Lawson, nasza artystka-rezydentka, jeśli tak ją mogę określić, zaproszona została przez nią na herbatę. Pół godziny później pojawiła się na jej progu również Maison Becky, która przybyła na swoim latającym rowerze, przywożąc ze sobą wszelkie utensylia fryzjerskie, jako że była umówiona na wizytę. Ale Simone nie było, bo wybrała się autobusem o wpół do pierwszej do Causton, nie poinformowawszy o tym żadnej z nich!
Pani Molfrey wypunktowała te kolejne elementy wielkiego dramatu, unosząc jeden po drugim swoje powykręcane palce zakończone błyszczącymi, szkarłatnymi paznokciami, po czym podsumowała:
— Trudno wyobrazić sobie coś, co bardziej odbiegałoby od jej zwyczajów.
Podobny proces, podczas którego nieco dziwne lub niezupełnie wytłumaczalne wydarzenie urastało do rangi niesamowitej okropności, również był zjawiskiem dobrze znanym.
Barnaby z trudem zachowywał cierpliwość.