Wichry Smoczogór
Kiedy mieszkańcy Lacerty patrzą na leniwe wody Beretyczu, nie podejrzewają nawet, że biorą
one swój początek w rwącym, górskim potoku, którego źródła mają ponoć moc uzdrawiającą.
Nikt też w Lacercie cudownie nie ozdrowiał, choć wszyscy na co dzień pijemy wodę z
rzeki. Bo przecież zanim Beretycz dotrze do stolicy królestwa, do jego nurtu wpadają dziesiątki górskich strumieni. One to rozcieńczają prawdę o cudownej wodzie. I aby tę prawdę
odkryć, należy opuścić wygrzaną na słońcu, ceglaną Lacertę i ruszyć wzdłuż brzegów rzeki,
coraz wyżej i wyżej. Tak, po wielu dniach wędrówki, mijając dziwne i nieznane nam strony,
dotrzemy do osnutych tajemnicą źródeł Beretyczu. Dotrzemy w samo serce owianych
legendą Smoczogór.
Stało się raz, że się staremu Smykowi dusza przewróciła
A było tak. Od samego ranka siedział Ryś na ganku i wypatrywał wiosny. Jeszcze śniegi leżały na halach, a ptaki nie pokazywały się od jesieni. Chyba że zimorodki. I Stary Ryś wiedział dobrze, że na wiosnę jeszcze nie czas. Bo i do czegóż ta wiosna miała przychodzić? Przecież trzeba było jej pomóc, zachęcić jakoś. Śniegi wytopić, ciepła trochę przywiać. Ryś był stary i mądry i dobrze o tym wiedział. Ale ze starości mało spał i wcześnie wstawał. Żeby więc po izbie nie szurać i wnuka nie budzić, wiosny wyglądał.
Siedział więc otulony kożuchem i popijał napar z lipy. Napój rozgrzewał go, a jak człowiekowi w ciele ciepło, to i dusza się raduje. Ryś spokojnie rozglądał się po znanym krajobrazie. Jego oczy od lat przyswajały go pamięci, a teraz tylko przypominały stare obrazy. Wzrok spokojnie wędrował po szczytach, zboczach i lasach, gdzie od młodości Ryś zdążył poznać każdą ścieżkę, każdą polanę; po wychłostanych deszczami dachach chałup, których kilka stało na Zarąbku; po ledwo widocznych zagrodach rozłożonych w dolinie Smreczyn.
No i wypatrzył, tylko nie to, czego szukał. Bo oto w dole polany, którą zajmował przysiółek, pokazała się postać. Chłop szedł szybko, raz po raz zapadając się w zmrożonym śniegu.
– No i nadchodzi – krzyknął Ryś w głąb izby.
– Wiosna? – Berda z zainteresowaniem wychylił się z chałupy.
– Gdzie tam. Jak tak ma wyglądać wiosna, to już dla mnie najwyższa pora umierać. Patrz, kto ku nam lezie.
Berda wyszedł na ganek i spojrzał w kierunku, jaki wskazał Ryś.
– To prawda. Smutne nastały czasy, skoro wiosna wygląda jak stary Smyk. Ciekawe, co mu się stało.
– Musiało Smyka nieźle przypilić, bo przecież od trzech lat się do mnie nie odzywa. Ciekawe czego tym razem potrzebuje.
Tymczasem stary góral zbliżył się do chaty i pozdrowił gospodarzy. A zdawał się bardzo sfrasowany i bardziej pobrużdżony niż zwykle.
– Witajcie Rysiu.
– No witajcie. Jak zdrowie.
– A jak ma być? Stary człowiek, to i zdrowie stare. Tam dziura, tu wieje, no i tak.
– Wiosna coś nam nadchodzi, to może i wam lepiej się zrobi – Ryś zagadywał gościa.
– E, gdzie tam do wiosny, może stąd ją lepiej widzicie, bo wyżej siedzicie. W Smreczynach jeszcze zima stoi, a i tu śniegi leżą.
– Może i zima, może i wiosna. Pamiętacie, jak jakieś dwadzieścia roków temu nie mogła nadejść? Co był potem głód w całych Karbach? Owce na redyk się pchają, gazdowie już by co pokosili, a ta gdzieś na nizinach się włóczyła. Do lipca pełno śniegu było na halach. No i cóż jej poradzisz.
– Coście się tak tej wiosny uczepili? Ma przyjść to przyjdzie, przecież wam jej za pazuchą nie przyniosę. A ja z czym innym przychodzę – Smyk łypnął podejrzliwie.
– Po prawdzie, to ja się wcale nie spodziewałem, że mi wiosnę przyniesiecie. Bo niby skąd? Ale coś ważnego was tu sprowadza, żeście dawnych żali zapomnieli.
Rzecz szła o stare zaszłości rodowe. W Smreczynach dwa stare rody gazdowały, Kościanów i Dziewięćsiłów. Nie lubiły się za bardzo, ale czasem wspólnie radzić musiały. No i stało się, że Smyk z Dziewięćsiłów coś głupiego zrobił a Ryś z Kościanów głośno to powiedział. No i Smyk się obraził. Tak się zapiekł w sobie, że od tamtej pory Rysiowi się nie kłaniał, choć ten starszy był, więc jemu się szacunek należał.
– Ty stary, ja stary, co się będziemy kłócić jak młode baby. A sprawę mam ważną – Smyk zawiesił głos – Dusza się mi przewróciła.
– No to poważna sprawa. Wejdźcie do izby, nie będziemy tu dalej marznąć.
Kiedy weszli, Ryś usiadł na ławie pod ścianą, wyjął fajeczkę i zaczął z wolna pykać.
– Opowiadajcie – zachęcił.
– O czym tu gadać. Dusza brzęknęła, jęknęła głucho i przewróciła się na zawsze. Z początku chciałem ją sam trochę poratować, więc potrząsam nią, a ta nic, zakołatała i dalej leży. No to, nie ma się co dziwić, że sfrasowałem się wielce. Każdy by zmarkotniał, bo jakże to tak, bez duszy? Człowiek jej pilnie potrzebuje, a ta leży i nic. A mnie akurat ochota do życia wzięła, więc duszy pilnie potrzebowałem. Więc z samego ranka do was się wybrałem, bo słyszałem, że wy się na duszach znacie i na pewno jakąś radę znajdziecie.
– Czy się znam to nie wiem, skrzaty tylko się na nich wyznają. Ale kilka w życiu postawiłem. Sami wiecie, z duszą to poważna sprawa, żartów nie ma. A co do pomocy, to co mam wam nie pomóc? Starzy jesteście, a ja przecież was znałem, jakeście jeszcze młodzi byli. To i pomóc mogę. Synuś, przynieś ze skrzyni ten kluczyk, com ci go kiedyś pokazywał.
Ryś ubił tytoń w fajce i pociągnął mocno.
– Zapalcie sobie Smyku, odpocznijcie. Nie będziemy się z tą duszą śpieszyć, bo ona pośpiechu nie lubi. Ostrożnie trzeba, bo po prawdzie to nie nasza rzecz, a skrzatów. Pokażcie te gęśle.
Smyk ostrożnie sięgnął do kaptura i wyciągnął małe, żłobione skrzypeczki. No nie dało się ukryć: dusza leżała i bezładnie przewalała się po jaworowym żłóbku. Ryś poważnie zaglądnął do środka, parę razy gęśle przechylił, aż dusza wypadła na podłogę przez wcięcia w wieczku. Stary góral schylił i chwyciwszy w dwa palce podniósł duszę do światła.
– Widzicie, takie to małe, a takie ważne. Rozpiera się taka pomiędzy denkiem a wieczkiem, niby nic, a bez tego nie ma grania. Coś musi być w tym drewienku, że całe skrzypeczki ożywia. Niby prosta rzecz, a żaden człek nie potrafi takiej duszy zrobić.
– To kto robi dusze? – Smyk był wyraźnie zdziwiony – Tyle skrzypeczek, Rysiu, zrobiliście w życiu i ani jednej duszy?
– Jak wam to powiedzieć, starzy jesteście, a głupi. Ja to tylko ciało potrafię zrobić, wyżłobić gęśle z jawora. One się z jednego kawałka rodzą. Ale same to ani muzyki w sobie nie mają, ani dźwięku nie wydadzą. Trzeba je ożywić. Jak człowieka. Ale to już skrzaty robią. Ja zostawiam na strychu takie gotowe, ale jeszcze martwe skrzypeczki. Nie śpieszę się, czekam. Czasem parę dni, czasem parę tygodni. Nie wiem, jak skrzaty to robią. Pewnie coś mierzą, coś oglądają, potem szukają właściwego drewienka, przypasowują. Dość, że po tym czasie dusza jest i gęśliki grają aż miło. Sam próbowałem taką wystrugać, ale gdzie jej tam było do skrzatowych!
– A widzicie, a ja myślałem, że skrzaty tylko naszymi duszami się zajmują.
– Jak się kto na duszach zna, to niech się nimi zajmuje, czy ludzkie, czy gęślowe.
– Racja. No to sprawa prosta. Wy teraz Rysiu te skrzypeczki dacie na stryszek, a ja za parę dni przyjdę i będzie po kłopocie.
– I tu znowu głupio gadacie. Bo taki skrzat to tylko raz się gęśli tyka. Jak z człekiem. Jak swoją duszę zatracisz, to nie ma ratunku. Sam sobie musisz radzić. Tak też jest z gęślami. Na szczęście mam taki kluczyk, co pomaga dusze ustawiać.
Tu Ryś wziął niewielki żelazny szpikulec, co mu Berda ze skrzyni przyniósł. Szybkim ruchem nabił duszę. Smyk jęknął.
– Nie bójcie się. Jak się przewróciła, to trzeba ją lekko okaleczyć, żeby powstała. Inaczej się nie da. Musieliście nie dbać o nią. Pewnie gęśle całą zimę w sieni na mrozie wisiały.
– Skąd wiecie? Baba nie pozwoli mi trzymać w izbie.
– Słyszałem jak gracie, to się jej nie bardzo dziwię. A skrzypeczki nie lubią takiego noszenia: to mróz, to ciepło, znów na mróz. Rozeschły się, no i tak się przydarzyło, że się znowu spotykamy.
Ryś delikatnie wsunął drewienko do wnętrza gęśli i ustawił pod mostkiem. Potem długo poprawiał, przesuwał, aż wreszcie westchnął i powiedział:
– Będzie tego.
Naciągnął struny, dostroił i przejechał smyczkiem. Gęśle zagrały, nieco chropawo, ale zupełnie zwyczajnie. Smyk wziął swoje skrzypeczki, pogłaskał i podziękował.
– To mamy kłopot z głowy, tylko nie próbujcie tu grać, proszę was pięknie, w domu się nacieszycie – Ryś wstał z ławy, żeby pożegnać gościa.
– Pięknie wam dziękuje, ale mam jeszcze jedną sprawę. Jakeście tacy mili, to pomożecie, zwłaszcza że nic to was kosztować nie będzie.
– Widzę że uzbierało się wam spraw przez te lata. Mówcie szybko, bo pewnie baba już na was czeka.
– Mam takie stare dudy w domu, co na nich nikt nie gra. A dzieci i wnuki nieuczone, to zepsuć mogą. W domu niebezpiecznie trzymać.
– Pewnie wam capem śmierdzą.
– To nie to – Smyk zamilkł i zbierał się do sedna sprawy – Chodzi o to, że w nich coś jest, jakby to rzec, zamknięte. I nie wolno tego wypuścić, bo byłoby nieszczęście. Wy sami mieszkacie, bez wścibskich dzieci, przechowajcie mi je, choćby i na strychu.
Ryś spojrzał na Smyka z wahaniem.
– No dobrze, przynieście te dudziska dziś z wieczorem.
Smyk podziękował i poszedł do siebie. Kiedy wrócił o zmroku, minę miał nietęgą i skradał się, jakby chciał się ukryć przed ciekawskimi spojrzeniami. Pod pachą niósł dudy, zawinięte dla niepoznaki w parciany worek. Kiedy rozwinął swój pakunek, Berda mruknął ze zdziwienia. Przed nimi leżał worek z kozy, lecz bez piszczałek. Wszystkie otwory zabite były ciasno drewnianymi szpuntami.
– I co tam trzymacie w środku, że się tak boicie, żmiję?
– Gorzej Rysiu, na pewno nie chcielibyście wiedzieć. Schowajcie to tylko dobrze, proszę was pięknie, to nikomu krzywda się nie stanie. Nie ruszajcie, nikomu nic nie mówcie.
– Skoro wam tak zależy, nie martwcie się, będzie dobrze. Dobrej nocy.
Smyk zniknął w ciemnościach, a Berda schował dudy do worka i powiesił na strychu u krokwi. Po chwili dwaj górale siedli przy stole i zaczęli w spokoju wieczerzać. Ryś spokojnie łamał owsiane placki.
– Powiedzcie dziadku, czemu Smyka tak nazywają? Przecież on grać nie potrafi. Słyszałem raz, jak siedział pod Garbaczem i nędznie rzępolił.
– No i cóż mu poradzisz, synuś? Ani jemu nie pomożesz, ani jego rodzinie. On ma wielką wolę do grania, no to nie ma rady. A ta dusza to się pewnie wykopyrtła z żalu. I nie dziwię się jej. A co do Smyka, to przezwaliśmy go tak w młodości. Bo głupi jak kij. Nalej śliwowicy, synuś, bo jakoś tak mi ciężko na sercu się zrobiło.
Przy śliwowicy zapomnieli o dziwnym zawiniątku, które cicho kołysało się na więźbie. Zapomnieli o Smyku, wyciągnęli gęśle i zaczęli grać. I pięknie grali, rzewnie i starodawnie.
A wiosna przyszła następnego dnia. I na całym Zarąbku tylko Berda z Rysiem nie okazali zdziwienia. A potem przyszła kolejna, a po niej następne. I nie wiedzieli jeszcze, że tak się to wszystko zaczęło.