We dwoje
Gdy Viv poznała Larry'ego, grał Romea, i była ta jego rola wyzwaniem rzuconym przez młodzieńczą energię i zmysłowość parweniusza angielskiej namaszczonej scenie. Dopiero w późnych latach życia Larry przyznał się i do homoseksualnych doświadczeń. W czasie Romea żonaty był ze starszą od siebie gwiazdą filmu, Jill Esmond, a - sam to napisał - przy ślubie był dziewicem.
W wyrafinowanym teatrze angielskim wyrąbywał sobie drogę jak drwal, miękki drwal, nowa siła. To Viv zdobyła Larry'ego, zakochując się w nim do szaleństwa, widząc w nim zmysłowość, piękno, siłę i talent, widząc w nim geniusz wcześniej od wielu innych. Może kobiety od początku wiedzą, kim są, a mężczyźni spędzają życie na dowiadywaniu się, kim się stali?
Viv była córką bogatego przedsiębiorcy i aktora-amatora, prowadzącego rozległe interesy w Indiach. Tam też się egzotycznie urodziła, a nie na parafii, jak Larry. Kształciła się w Szwajcarii, Paryżu, Anglii i Bawarii, oczywiście w ekskluzywnych pensjonatach, na dodatek katolickich. Poszła przekornie do szkoły aktorskiej, ale nikt nie traktował tego poważnie, a już najmniej Leigh Holman, jej mąż.
Leigh był wziętym i całkiem przystojnym adwokatem, i Viv wyszła za niego, gdy tylko się dało, w wieku lat dziewiętnastu, by stać się dorosłą. Całe życie chciała być dorosła. Trawiła ją żądza życia, zmysłowość, kokieteria. Holman chciał, by Viv była mu żoną i rodziła dzieci. Viv chciała teatru, ról, błyszczenia, gwiazdorstwa. Paradoksalnie, z imienia opornego męża zrobiła sobie pseudonim aktorski, a on - nawet po rozwodzie pozostał dla niej najwierniejszym z przyjaciół.
Do końca kariery najsprawniej grała bystre, kocie, eleganckie kokietki, walczące o swoje miejsce w świecie, i o swojego mężczyznę. A jej mężczyzną był Larry, którego zobaczyła po raz pierwszy, gdy grał w sztuce... Królewski Teatr. Vivian Holman była nic nie znaczącą gwiazdeczką, miała za sobą parę "ogonów" w nic nie znaczących filmidłach. Jak mógł na nią zwrócić uwagę? Dopiero gdy zagrała w sztuce Maska cnoty (jak dobrze się te spektakle nazywają!) i zmieniła w swym imieniu "a" na "e", Vivian na Vivien, co brzmiało oryginalniej, publiczność, krytycy i Larry Olivier ją zauważyli. Po raz pierwszy bowiem zagrała siebie. Zmysłową, inteligentną, uroczą Vivien Leigh.
To zresztą będą jej zarzucali do końca kariery: że nie stać jej na więcej. Larry wystawi z nią całe mnóstwo szekspirowskich sztuk, a wciąż się będą wybrzydzali z politowaniem, że dobra jest Viv tylko do lekkiego kalibru. Jakby się pchała, by śpiewać w operze, a przeznaczeniem jej była operetka! Jakże bardzo nie rozumieli jej talentu! Owszem, nie przyklejała sobie sztucznych nosów i głosik miała wątły, ale była na scenie i na ekranie żywą prawdą, czymś, czym wielki Larry nie był nigdy. On był żywą kompozycją. On się dochrapywał, ona czuła.
BR>
Gdy tylko się zeszli, w końcu - a raczej u zarania - zagrała, mała, niedokształcona zawodowo aktoreczka z Anglii, najlepszą kobiecą rolę w historii filmu. I to w najmniej sprzyjających okolicznościach, po dwa lata trwającym konkursie na kandydatkę do tej najbardziej wyśnionej z ról, do której startowały wszystkie amerykańskie gwiazdy i gwiazdeczki, zgadzające się na nieskończoną ilość upokarzających testów, zgadzają się na wszystko - rolę Scarlett O'Hara w Przeminęło z wiatrem niepoczytalnego, rozdętego pychą i manią wielkości, ale zakochanego w kinie Selznicka.
Jadąc do Ameryki, gdzie Larry miał gwiazdować w amerykańskich filmach, a ona akompaniować mu, nieznana, nieważna, powiedziała "Larry nie zagra Rhetta Butlera" - zagrał go Clark Gable - "ale ja zagram Scarlett".
Zagrała pysznie. Naumiała się akcentu z południa USA i dojrzewania na ekranie. Była śliczna. To łatwe: od dziecka była śliczna, ale teraz przejrzała, jak to okazać, jak dać się przez kamerę pokochać. Selznick miał rację. Nikt nie rozumiał jego ekscentrycznego wyboru, ale Vivien stała się gwiazdą numer jeden, i mogła stanąć na piedestale obok ukochanego Larry'ego. Zaś jemu, owianemu sławą najzdolniejszego i najpiękniejszego aktora brytyj skiego, poszło w Hollywood gorzej. Zagrał w Wichrowych wzgórzach i w Rebecce (z wąsikiem), kamera wychwytywała w nim to, co nazywał w sobie "brakiem środka". Kamera jest diabelskim instrumentem: zagląda w okna duszy, mówi, kto tam siedzi w środku: diabeł, anioł, zwierzątko, nikt.
Gdy Viv umarła w 1967 roku, jej poczciwy trzeci mąż, Jack Merrivale (też aktor) zadzwonił do Larry'ego Oliviera, by go pierwszego powiadomić. Larry leżał w szpitalu na zapalenie płuc. Larry zwlókł się z łóżka, nie mówiąc nic nikomu, pojechał do mieszkania Viv, wślizgnął się bocznym wejściem i pozostał do rana sam ze zmarłą. Na stoliczku nocnym przy jej wezgłowiu stało, jak zawsze, jego zdjęcie, a w szufladzie leżały, starannie obwiązane wstążką, jego listy do niej.
Te listy czytała na okrągło, gdy było jej źle, to znaczy często. A gdy w 1986 roku przyjaciel odwiedził Sir Laurence'a Oliviera w jego domu, zastał osiemdziesięcioletniego wówczas starca we łzach. Larry siedział w fotelu naprzeciw telewizora i oglądał film z Vivien Leigh. Przyjaciel nie zapamiętał, jaki to był film, ale zapisał, że Lord Olivier wykrzyknął "tak, to to była miłość. Tylko to było naprawdę".
Kochali się bardzo, najbardziej. Byli bardzo zdolni - każde inaczej. Ona była wielką przyrodzoną gwiazdą filmową, bo była ofiarą. Tylko ofiary tak się podobają na ekranie. Tylko w ofiarach, w sentymentalnie ułomnych, w pokrzywdzonych nawet wtedy, gdy błyszczące i pozornie krzywdzące, widownia widzi lepsze, piękniejsze, bardziej emocjonujące od siebie. Gdy Viv umierała, jej ciało walczyło z zadawnioną gruźlicą, alkoholizmem i porażającymi atakami szaleństwa, przeciwko którym stosowano okrutne seanse elektrowstrząsów, takich samych, jakie doprowadziły mocnego wielkiego Hemingwaya do samobójstwa.
Viv jednak wciąż grała w filmie i teatrze, znów odnosiła sukcesy, a Larry twierdził wręcz, że nareszcie, nareszcie wyzwolona spod jego cienia, znalazła swój głos. Ale czy wierzył w to, co mówi? Czy tylko chciał uśmierzyć sumienie, bo ją porzucił?
Dlaczego ją porzucił? Była krucha, umysłowo chora, maniakalna i depresyjna. Rzucała w niego czym popadnie i rzucała się na obcych, przygodnych mężczyzn. Miała długotrwałe, paskudne romanse z partnerami, których sprowadzała do domu. Żyli w trójkątach pod jednym dachem. Koledzy mówili, że ma wścieklicę. Ale kochała tylko Larry'ego.
To dla Larry'ego, gdy nie powiodło mu się w Hollywood, opuściła Amerykę i pozycję najświetniejszej, najśliczniejszej filmowej gwiazdy. Zagrała z nim w Romeo i Julii, była to największa katastrofa ich obu karier. Krytyka ich zmiażdżyła. Byli za piękni, za sławni, za zdolni.
"Za" lubi się tylko w kinie, w teatrze raczej trzeba być czymś jednym, jednolicie osobliwym. Kochali się, więc zagrali Romea i]ulię, choć w roli Romea nie można się schować za sztuczny nos, jeśli własny jest ładny, ani nie można, gdy się już nie jest dziewczynką, być zbyt kobiecą.