Viagra mać 1 

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

SEN O PINOCHECIE

Z Azją, a ściślej z Japonią i azjatyckimi "tygrysami", wytworzyła się sytuacja dość paranoiczna. Z jednej strony, ich sukces przywoływany jest przez zwolenników wolnego rynku jako dowód dobroczynnych skutków gospodarczej wolności i bardzo niskich podatków. Z drugiej strony tym samym przykładem z lubością posługuje się część wielbicieli etatyzmu (nie ci brukselscy, ale ci narodowi), dowodzących potrzeby odrzucenia zasad liberalizmu i objęcia gospodarki państwową kontrolą.
W istocie państwa azjatyckie stworzyły pewien szczególny model kapitalistycznego kolektywizmu - tyle, że akurat pozapaństwowego. Państwa azjatyckie wzięły na siebie rolę nie redystrybutora bogactwa, jak w białych socjalizmach (i w tym sensie racje mają przywołujący ten przykład liberałowie), ale strażnika bezpieczeństwa i interesów gospodarczych molochów (i o tyle słuszna jest interpretacja narodowców). W azjatyckim kapitalizmie bez indywidualizmu gospodarkę zorganizowano jak armię do wojny ekonomicznej przeciw reszcie świata.

Mówiąc nawiasem, uczciwość wymaga, aby powołujący się na ten wzór pamiętali, iż taki model rozwoju wiązał się z "zaciskaniem pasa" wielokrotnie przekraczającym bóle balcerowiczowskiej transformacji. Potulni i cierpliwi Azjaci umieli je znosić, ale już widzę, co by się stało w Polsce z takim, który by zasugerował klasie robotniczej, że dla dobra Ojczyzny powinna nieco popuścić ze swych socjalnych przywilejów. (Bądźcie łaskawi to przemyśleć, centroprawicowi mędrkowie, szafujący azjatyckim przykładem.)
Ale też to właśnie ten kolektywizm przyniósł obecnie Azji głęboki i bolesny krach. Nie ma co zwalać na międzynarodowych spekulantów. Spekulanci giełdowi są jak wilki, nie atakują zdrowych sztuk - gdyby waluty azjatyckie trzymały się mocno, nikt na ich masowy wykup by się nie ważył, a jeśli, straciłby na tym. Atak powiódł się i uruchomił lawinę, ponieważ gospodarki azjatyckie, pod pozorami stabilności, od dawna już chorowały.
W największym skrócie polegała owa choroba na złym - jak to się mądrze mówi - alokowaniu kapitałów. Był to jakby pomnożony wielokrotnie mechanizm "złych kredytów", znanych nam z początków dekady. Koncerny brnęły w nieopłacalne inwestycje i długi, na spłacanie odsetek od których zaciągały kolejne długi. Piramida długów rosła bardzo długo nie zauważana, bo wszystko to działo się pod opiekuńczym płaszczem gwarantującego kolejne pożyczki państwa. I podobnie jak to było z naszymi "złymi kredytami", podstawą tego wszystkiego była władza nad gospodarką "układu" - nomenklatury, choć w Azji nikt tak jej nie nazywa.
Przez nią to właśnie kolejne inwestycje okazywały się finansowymi klapami, przez nią też rządy dopłacały do tego, co dla dobra kraju powinno od razu zbankrutować. Inwestowano bowiem nie podług zasad ekonomicznego rozsądku, nie tam, gdzie były zyski, ale podług zasad parafeudalnego "układu" rodzinnych i paramafijnych powiązań biznesu i władzy, który to układ niepostrzeżenie zdominował azjatyckie gospodarki.

Co to oznacza? Ano, między innymi pryska mit, jakoby autorytarna władza sprzyjała wolnemu rynkowi bardziej niż demokracja. Sądząc po USA, to jednak ta ostatnia, mimo wszystkich swych wad, daje większą niż jakikolwiek inny ustrój szansę na długotrwałe prowadzenie uczciwych interesów. Tam, gdzie rządzi układ, tam po prostu nie ma nikogo, kto nawet teoretycznie mógłby przeciwstawić się pokusie, by ten lub tamten miliard, zamiast go oddawać ryn kowej grze, podarować wraz z lukratywnym kontraktem szwagrowi. Często demokracja wskutek etatyzmu i socjalizmu staje się bezbronna wobec korupcji; wtedy rynek, a z nim rozwój gospodarczy, zamiera. Ale rządy autorytarne czy monarchiczne, wymagając oparcia sią władcy na określonych grupach, wręcz z natury sprzyjają ich gospodarczemu uprzywilejowywaniu. Chyba, oczywiście, że mamy autokratą niezwykle prawego i mądrego, na dodatek otoczonego tysiącami równie prawych, światłych i zupełnie bezinteresownych urzędników. Tacy jednak istnieją tylko w marzeniach niektórych
konserwatystów.
A kapitalizm państwowy nie jest kapitalizmem, nawet, jeśli przez jakiś czas skutkuje rozwojem. Kapitalizm wymaga pełnej swobody inwestowania, przerzucania kapitału tam, gdzie przynosi on największy zysk. To zaś wymaga, by władzę mieli możliwość kontrolować ludzie równi sobie i niezależni materialnie. Czyli: naturalnym środowiskiem dla wolnego rynku jest środowisko republikańskie. Natomiast rządy autorytarne, jak pokazał przykład Azji, mogą się sprawdzać na krótko, ale na dłuższą metę są dla rynku zagrożeniem takim samym, jak etatyzm zachodnioeuropejski - gdzie pod pozorem demokracji mamy już w istocie do czynienia z władzą oligarchiczną.

OSTATNI GASI ŚWIATŁO

Wśród rozmaitych mniej lub bardziej karkołomnych teorii, jakimi obrosły książki Daenikena, jest i taka: ślady rozwiniętej wiedzy astronomicznej czy technicznej, jakich można dopatrzyć się w niektórych kopalnych artefaktach, nie są skutkiem lądowania na Ziemi w zamierzchłych czasach kosmitów. Są one pozostałością po rozwiniętej cywilizacji, istniejącej na naszej planecie na wiele wieków przed starożytnymi imperiami - cywilizacji, którą poraziła tak głęboka katastrofa, że nie przetrwały dziś po niej żadne ślady, poza wspomnianymi na wstępie.
Teoria jest z różnych względów nie do obrony, jak wszystkie inne pomysły tzw. paleoastronautyki. Co jednak zabawne, najczęściej bywa podważana akurat w tym punkcie, w którym doskonale trzyma się kupy. Przeciętny człowiek postukuje się w czoło słysząc, że wielka, wysokorozwinięta cywilizacja, taka jak nasza, mogłaby zniknąć zupełnie, ale to zupełnie bez śladu.
Otóż wypada stwierdzić - właśnie tak. Cywilizacja taka jak ta, którą w pocie czoła budujemy, zostawia po sobie tym mniej śladów, im bardziej jest rozwinięta. Po starożytnych archeolodzy mają do badania świątynie i grobowce. A co hipotetyczny archeolog przyszłości będzie miał po nas? Nic.
Nie żeby zupełnie już nie budowano, na przykład, świątyń - ale podstawowa zasada ich funkcjonowania uległa niepostrzeżenie zmianie. Dawniejsze świątynie z zasady projektowane były dla bogów, którym miały służyć; monumentalne budowle faszyzmu i komunizmu, obliczane na tysiąc lat, stanowiły ostatni w naszym kręgu cywilizacyjnym pogłos tej tendencji. Dzisiejsze kościoły natomiast wznoszone są dla wyznawców. Ich projektowaniem i budową rządzą więc te same zasady wygody i opłacalności, co w wypadku hal widowiskowych. Preferowane są budynki lekkie, łatwe do montażu i rozbiórki, a przez to tanie. Nieliczne, ostatnie już wyjątki stają się obiektem sprzeciwu graniczącego z nagonką - popatrzmy choćby na opinie towarzyszące budowie katedry w Licheniu. Nawet niektórzy hierarchowie kościelni wydają się podzielać sąd dziennikarzy, że budowa takiego wielkiego kościoła to absurd, przecież wystarczyłby skromny baraczek, a zaoszczędzone pieniądze można by, na przykład, rozdać biednym.
Z punktu widzenia przyszłych archeologów postępek taki byłby zgoła zbrodnią - ubodzy za otrzymany datek więcej zjedzą i co najwyżej użyźnią nieco glebę. Ale czasy, gdy biała cywilizacja alokowała kapitały np. w tworzeniu sztuki, zamiast redystrybuować je pomiędzy masy ludowe, minęły. W niegdyś polskich - dziś czarnych lub latynoskich - dzielnicach Chicago XIX-wieczne kościoły niszczeją dokładnie tak samo jak w byłych sowietach, w ostateczności dożywając swych dni jako magazyny lub sale gimnastyczne.

Dwudziestowieczny utylitaryzm zamyka wszystkie nasze plany w horyzoncie czasowym jednego pokolenia. Swoje znaczenie ma też fakt, że głosują tylko ci, którzy żyją teraz - ogromne deficyty budżetowe państw rozwiniętych czy, zwłaszcza, ich systemy "bezpieczeństwa socjalnego" to najzwyklejsze okradanie własnych dzieci, sankcjonowane wolą większości. Nakłada się na to charakterystyczny dla XX wieku kult młodości. Stefan Zweig opisywał w swych pamiętnikach, jak to jeszcze w początkach stulecia ludzie młodzi, żądni poważania, za wszelką cenę starali się postarzyć: zapuszczali maskujące nazbyt świeżą cerę brody, nawet farbowali się na siwo. Dziś, dokładnie odwrotnie, starcy za wszelką cenę usiłują zachować młody wygląd, dostarczając wielkich pieniędzy farmaceutom i kosmetologom. Pięćdziesięciolatek w dżinsach, z resztkami owłosienia wyciąganymi zza uszu w kucyk to dziś widok równie powszechny, jak w czasach Zweiga dwudziestolatek z bokobrodami i w fałszywych okularach. Daliśmy się przekonać, że nowsze znaczy lepsze
- starość przestała więc budzić szacunek.
Wiąże się z tym również zaniechanie pochówku zmarłych. W Ameryce przestaje się budować cmentarze. Nie są potrzebne, wręcz przeciwnie - otaczanie respektem miejsca pochówku przodków kłóci się ze współczesną mentalnością, w której śmierć po prostu się nie mieści. Już dawno temu w modę weszło ciałopalenie, po którym rodzina dostawała garstkę skwarek w gustownej urnie, do zakopania lub ustawienia gdzieś na terenie posesji. Jednak i taki drobiazg okazał się dla współczesnego człowieka zbyt kłopotliwy. Moda najnowsza nakazuje wraz z kremacją zlecać domowi pogrzebowemu rozsypanie prochów nad jakimś żadnym kawałkiem morza albo lasu. Tym samym osiągamy efekt, o jaki wobec "podludzi" starali się hitlerowcy - po gościu przepuszczonym przez komin nie zostaje żaden ślad. Zmarły jest tylko problemem, takim samym jak stara kanapa. Nie ma pomników ani płyt nagrobnych, których utrzymanie obciżało by progeniturę zmarłego, i które irytowały by ją natrętnym przypominaniem, że też kiedyś trafi do piachu.

Co jeszcze może pozostać po współczesnym człowieku? Wielkie huty i stocznie? Gdyby nie interwencjonizm państwa, chroniącego miejsca pracy, już by zniknęły, zastąpione małymi fabryczkami opartymi na nowoczesnej, przyjaznej środowisku technologii.
Z podobnych względów zarzuca się pomysły nawadniania pustyń, odwracania biegu rzek czy przekopywania kanałów. Przyszłym archeologom pozostają jeszcze wysypiska śmieci - ale i nad nimi zawiśnie w przeciągu jednego pokolenia widmo powszechnej segregacji odpadów i ich biodegradacji.
Cała reszta naszej cywilizacji, z której tak jesteśmy dumni, to tylko impulsy elektromagnetyczne. Taśma wideo, cyfrowe dyski - nic trwałego. Nasi potomkowie będą budować najprzeróżniejsze wspaniałci już nie w realnych trzech wymiarach, ale w przestrzeni wirtualnej. Z całą pewnością powstaną tam pałace i ogrody, przy których posiadłci Semiramidy to betka. Tylko, niestety, wszystkie owe wspaniałci trwać będą do momentu wyłączenia prądu.
Ani ułamka sekundy dłużej.
Wszystko zresztą wskazuje na to, że jeszcze kilka kroków w cywilizację informatyczną - a takie wyłączenie prądu może stać się równie dobrze skutkiem ostatecznej katastrofy, co jej zupełnie wystarczającą przyczyną.
Co zresztą dla ewentualnych przyszłych archeologów nie będzie już miało szczególnego znaczenia.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
ZACZEKAJ! ZOBACZ, CO TERAZ JEST NA TOPIE 🔥