Uwiedzeni
_ Niczym jest to, co za przemoc uchodzi, Prawdziwa przemoc leży w uwiedzeniu Gotthold Ephraim Lessing_
W sierpniu 1938 znalazłem się w Gdańsku. Miałem prawie pięćdziesiąt lat i długą drogę za sobą. Wędrując o zmierzchu przez miasto, w którym często dawniej bywałem, na jednej z uliczek przeżyłem chwilę, kiedy to w nagłym błysku zobaczyłem siebie jednocześnie jako chłopca, młodego mężczyznę i dojrzałego człowieka. Pomyślałem wtedy, że przede mną jest jeszcze starość, ale nie mogę mieć pewności, że przyniesie mi ona wreszcie uspokojenie i równowagę. W każdym razie nic tego nie zapowiadało. Europa szykowała się do ostatecznej konfrontacji. W powietrzu wisiała nowa wojna. I choć ludzie wokół żyli, jakby wszystko miało trwać niezmienione, ja nie ulegałem złudzeniom. Dość napatrzyłem się na tych, którzy oddawali im się z jakąś mroczną namiętnością. Marzyciele i fantaści, ludzie ogarnięci pasją niszczenia siebie i innych. Moi przyjaciele i wrogowie, do których ciągnęło mnie coś, czego sobie nie uświadamiałem, i od których mnie odpychało, bo wiedziałem, że nie chcę być taki jak oni. Ci ludzie cierpieli na chorobę
duszy, która zataczała wśród nas coraz szersze kręgi. Byliśmy chorzy. Widziałem to, ale nie znajdowałem dla siebie lekarstwa ani nie czułem się powołany, żeby przepisywać go innym, gdybym je znalazł. Jednak pojawili się tacy, którzy nie tylko uznali, że wiedzą, jak uzdrawiać ludzkość, ale postanowili to zrobić. Przeczuwałem, że metody tych uzdrowicieli mogą okazać się śmiercionośne.
(...)
Spotkałem w życiu osoby tak różne, a zarazem podobne do siebie. Podobne do mnie? Różnice łatwiej dostrzec, ale na czym polegały podobieństwa? Dlaczego dziewczyna, której agresja zwracała się przeciwko własnemu ciału, ponieważ wierzyła jedynie w życie duchowe, miała coś wspólnego z rewolucjonistą, który terrorem chciał zmieniać ludzką naturę? Czy podobny sens ma obsesja krwi, jakiej ulega stygmatyk i nazista, dla którego „czysta niemiecka krew” staje się symbolem jego tożsamości? Czy fakt, że urodziłem się tego samego dnia i roku co pewien głośny niemiecki polityk, jest jedyną rzeczą, jaka nas łączy, czy też istnieje jeszcze coś, jakiś rodzaj marzycielstwa, które nie liczy się z rzeczywistością? Zauważyłem u tych, których spotykałem, pozornie przypadkiem, a przecież nie bez głębokiej przyczyny, to uparte odmawianie światu prawa do bycia takim, jaki jest, i ledwie maskowane dążenie do śmierci. Widziałem w swoim życiu wiele zła. Jego źródła wciąż nie są dla mnie jasne. Wiem tylko, że przyczyna nie leży ani w
historii, ani w polityce, lecz w marzeniach i wizjach ludzi wykorzenionych z rzeczywistości.
Dziwna chwila minęła, a ja stałem nadal przed bramą jakiegoś nieznanego mi domu. Wspomnienia ruszyły niepowstrzymaną falą...
(...)
Zbliżał się świt w azylu dla bezdomnych mężczyzn w Wiedniu jesienią roku 1909.
Przebywałem tu od kilku miesięcy i sytuację tę uznałem za ostateczne dno, od którego mogłem się już tylko odbić i poszybować w górę. Na razie jednak nie zanosiło się na to. Z niedoszłego studenta medycyny stałem się pomocnikiem bednarza, stróżem w kostnicy, robotnikiem budowlanym. Kręciłem się wśród tak zwanych sezonowców, bezdomnych, dziwaków, po prostu bankrutów życiowych. Miałem dopiero dwadzieścia lat, byłem zdrowy, silny, inteligentny, cóż więc robiłem tu, między tymi ludźmi?
Dręczyło mnie poczucie winy, które przybrało postać agresji wobec siebie i innych, i objawiało się potrzebą ciągłego upadlania się. Kiedy tak patrzyłem na moich towarzyszy, niechlujnych, o twarzach zdeformowanych alkoholem, chorobami, nieszczęściem, tuż przed przebudzeniem, które było raczej pogrążeniem się w stan innego uśpienia, jakie ci ludzie nazywają życiem, coś skręcało mi wnętrzności z bólu i szczególnej rozkoszy. Nie całkiem zdawałem sobie wtedy sprawę ze swoich uczuć, ale miałem dziwną pewność, że choć świat szykuje mi jeszcze niejedno ciężkie doświadczenie, moje życie nie będzie daremne.
(...)
Jak dotarłem tutaj, do tego ludzkiego bagna, syn ubogiej, ale schludnej wdowy, uczeń gimnazjum z maturą, niedoszły lekarz?
Moja matka była sierotą polskiego pochodzenia z Pomorza. Rodzina pruskiego urzędnika przygarnęła ją i moja matka bardzo się do tych ludzi przywiązała, ale musieli się rozstać, ponieważ, jak się dowiedziałem, już jako dorosły człowiek, kiedy miała zaledwie szesnaście lat, zaszła w ciążę z mężczyzną, którego nazwiska nie chciała wyjawić. Wysłano ją czym prędzej do Austrii, gdzie urodziła mnie, a rok potem została wydana za mąż za drukarza Austriaka i zamieszkali w Linzu. Matka nie chciała mi powiedzieć, kto był moim ojcem, i tylko zapewniała, że był Niemcem. Nigdy nie udało mi się wydobyć od niej nic więcej na temat mojego pochodzenia. Nawet o swoich rodzicach nie mówiła, może dlatego, że niewiele wiedziała, gdyż umarli, kiedy była dzieckiem, a może dlatego, że czuła pogardę do ich polskiego pochodzenia. Uważała się za Austriaczkę i była dumna ze swojej nowej ojczyzny i swojego cesarza. Matka mnie nie kochała. Tak przynajmniej myślałem przez całe dzieciństwo i młodość aż do dnia, kiedy uciekłem z domu,
zabierając jej pieniądze, które przeznaczyła na remont naszego walącego się domku i na posag dla mojej przyrodniej siostry Eriki. Zanim to się stało, przez rok oszukiwałem i ją, i siostrę, utrzymując, że jestem studentem medycyny, co było marzeniem nie tylko matki, ale i moim własnym. W rzeczywistości nawet nie przystąpiłem do egzaminów, z góry przewidując porażkę.
(...)
Któregoś razu siedząc w kawiarni, zobaczyłem dziewczynę, starszą niż większość panienek, które wpadały tu na kawę z bułką. Zaczęła mi się przyglądać. Jej śmiałość spodobała mi się. Wyszliśmy razem i nie mówiąc ani słowa, wolno wędrowaliśmy w kierunku parku. Zapytała mnie, czym się zajmuję, a ja powiedziałem, że jestem studentem medycyny. Myślałem, że jej zaimponuję, ale przyjęła to z obojętnością. Najwyraźniej widziała we mnie głównie mężczyznę i chyba tylko to ją interesowało. Powiedziała, że ma wolne i zaprosiła do pokoju, który wynajmowała z koleżanką w dość podejrzanej części ubogiej dzielnicy. Koleżanki nie było. Wprowadziła mnie tak, że nikt nie zauważył i oto znalazłem się z nią sam na sam. Nerwowo zastanawiałem się, ile pieniędzy będę musiał jej zostawić i co to dla mnie oznacza. Dziewczyna miała na imię Luiza, była dość ładna, ale nie to okazało się najważniejsze. Potrafiła przełamać moje onieśmielenie w sposób tak naturalny, że nie zauważyłem, kiedy znaleźliśmy się w łóżku i oddaliśmy krótkiej i
gwałtownej miłości. Nie zaproponowałem jej zapłaty, gdyż zorientowałem się, że nie była prostytutką. Powtórzyło się to jeszcze kilka razy, po czym Luiza znikła bez słowa. Brakowało mi jej, nie rozumiałem, dlaczego ze mną zerwała, tęskniłem. Nawet próbowałem się zwierzać jednemu z kolegów z azylu. Osiągnąłem tyle, że wyśmiał moje uczucia. Więc zamknąłem się w sobie i odtąd go unikałem. Przez pewien czas szukałem Luizy, jednak nie natrafiłem na jej ślad. W tak wielkim mieście, gdzie biedni ludzie wiedli życie nomadów, trudno było odnaleźć tego, kto chciał zniknąć.
Wreszcie zapomniałem o niej. Brak stałego miejsca, ciągłe zmiany, zależność od kaprysów losu, nędza nieomal na granicy przeżycia, wszystko to sprawiało, że żyłem już nawet nie z dnia na dzień, ale z godziny na godzinę. Coraz częściej zacząłem zaczepiać panienki wypatrujące w tanich knajpkach swojej życiowej szansy. Wdawałem się w rozmowy, ubarwiając swoją niewesołą sytuację. Nigdy nie przedstawiałem się jako bezrobotny mieszkaniec wynajmowanych pokoi, lecz ktoś, kto aspiruje do przyszłej kariery ustabilizowanego mieszczucha. Zauważyłem też, że dziewczynom podoba się bardziej fantazyjna pozycja, na przykład artysty. Mówiłem zatem, że jestem studentem akademii, malarzem-samoukiem albo nawet poetą. To jednak, co zacząłem z czasem uprawiać, z poezją niewiele miało wspólnego. Zacząłem świadomie wykorzystywać drzemiący w tych kobietach głód uczuć. Wciąż przecież byłem młody i nie zamierzałem brać odpowiedzialności za kogokolwiek, nawet za siebie, a co dopiero za przygodne dziewczyny, które pojawiały się i znikały,
wymazywane z mojego życia i pamięci niczym plamy na podłodze, zadeptywane wciąż nowymi śladami. Zapomniałem te kobiety, ich twarze i imiona, ich wątłe ciała i nieciekawe umysły. Ale jedną zapamiętałem. Próbowała swoich sił w drobnej prostytucji, niepewnie i bez zdecydowania, ot tak, choć jeszcze nie było jasne, czy pójdzie tą drogą. Wciąż czekała na coś, co odmieni jej los. Spotkała mnie. Rzadko wchodziłem do podmiejskich knajp, gdyż odstręczała mnie panująca tam atmosfera poufałości, wrzaski podpitych mężczyzn i unoszący się wewnątrz kwaskowaty odór rozlanego po ladzie taniego piwa. Tamtego dnia coś pchnęło mnie wprost w otwarte drzwi szynku. W gęstym od dymu machorki wnętrzu kłębiły się nędznie odziane postacie o twarzach bezmyślnych i brutalnych. Przysiadłem z brzegu, przyglądając się z nagłym zaciekawieniem chudej dziewczynie, która przybrana żałośnie w jakiś udający elegancję kapelusik próbowała wywabić któregoś z tych brutali na zewnątrz. Kpili z niej, bawili się jej kosztem. Nie z litości dla niej,
ale z obrzydzenia wobec tego ludzkiego bagna, wyprowadziłem ją na ulicę i poszliśmy do kwatery, którą zajmowała. Był to jeden z tych domów, gdzie po otwarciu pierwszych z brzegu drzwi wchodzi się do małych pomieszczeń pełnych jakichś ludzi, często sobie obcych, którzy wiedli tu życie do niczego niepodobne. Gdzieś na końcu tej amfilady zatrzymaliśmy się w kącie oddzielonym wystrzępionym parawanem. Obok łóżka stało wiadro z zimną wodą, miednica i stolik, na którym walały się naczynia i części garderoby. Nie skorzystałem z usług dziewczyny. Przysiadłem na brzegu łóżka i próbowałem ją przekonać, że powinna zmienić profesję. Właściwie nie wiem, co mnie podkusiło. Byłem prawdopodobnie niewiele starszy od niej i mnie przede wszystkim przydałaby się zmiana. Oczywiście zaśmiała mi się w nos.
- Kpisz sobie? Ja nie mam wyboru. – Jej głos zabrzmiał ordynarnie. Mimo wszystko nie pasował do niej.
- Zawsze mamy wybór – powiedziałem wtedy.