Umoczeni
Niepewnie stuka małą żółtawą kołatką do drzwi tej solidnej imitacji polskiego dworku. Mocne dębowe wrota, pokryte bezbarwnym lakierem, i ten gadżecik, zupełnie niedopasowany do skali całości. Czy ktoś w ogóle może usłyszeć cichutki klekot mosiężnego pierścienia, uwieszonego u paszczy miniaturowego lwa? Za małe to urządzenie, za słabe. Grzywa lwa rozchodzi się promieniście, tworząc jakby słońce, ale na pewno nie jest to żaden przedmiot religijny, o nie, gospodarz jest bardzo wrażliwy na punkcie wszystkich przejawów New Age i tępi, wyśmiewa te różne chińskie dzwonki do odganiania złych duchów, talizmany czy figurki.
Maciek zerka na Agnieszkę. Z niepokojem, jak przed zanurzeniem w głęboką, nieprzejrzystą toń. Lęka się tej imprezy. Owszem: chce jej zaimponować. W końcu jest to ukoronowanie jego paroletniej kariery politycznej: prywatne spotkanie z ludźmi z prawicowej pierwszej ligi, którzy akurat wkraczają w ostry etap prezydenckiej kampanii wyborczej. A jednak czuje strach. Jest najdrobniejszym z osobników wciągniętych w wir przygotowań do wyborów. Maciusiem, Ciusiem, Młodym, Szczawikiem – często ośmieszanym popychadłem. Zaledwie asystentem obchodzącego dziś imieniny szefa kampanii, Piotra Nowakowskiego. Szeregowym członkiem sztabu wyborczego, robiącym notatki, szlifującym raporty, tylko od czasu do czasu występującym z własną inicjatywą. Lęka się więc tych wielkich, zahartowanych w bojach facetów, tych samców, tych zadowolonych z siebie panów świata. Tak, czasem czuje się jednym z nich, ale – o dziesięć lat młodszy, pozbawiony doświadczeń walki z komuną, konspiracji – wie, że jego miejsce jest w drugim szeregu. Na razie
w drugim szeregu.
Boi się, że ktoś mu zabierze jego Agnieszkę? Nie, to raczej ona sama odejdzie z kimś, oddali się z pogardliwym śmiechem, jak wtedy, w hotelu w Amsterdamie, po upojnej, zdawałoby się, nocy, gdy przeciągał się leniwie niczym spełniony mężczyzna w świeżym wilgotnym powietrzu poranka, sączącym się przez uchylone okna, a ona rzuciła ironicznie: I co tam, panie cieniutki?
Agnieszka wygląda wspaniale. Strofował ją nawet, chciał, żeby ubrała się nieco skromniej, to znaczy właśnie zmieniła skromne i kuse ubranko na coś bardziej zakrywającego jej wdzięki, ale ona ucięła, że nie będzie się dostosowywać do zgredów, jakich spodziewali się zastać u Piotra. Ma więc białą bluzeczkę sznurowaną na plecach, odsłonięty płaski brzuch z wymodlonym pępkiem, nagie, liźnięte słońcem na szczytach plecy, plisowaną spódniczkę jakby do tenisa, do tego spiczaste szpilki wsuwki, podnoszące ją o jakieś osiem centymetrów. Jednym słowem, jest eksplozją młodości i seksu, z ciałem świeżym niczym brzoskwinka. Krótkie blond włosy z lekkim balejażem zaczesała do tyłu i pociągnęła żelem czy lakierem nadającym im wilgotny połysk.
Oczywiście że przed wyjściem się pokłócili, bo przychodzić z tak odstawioną laską na przedwyborczą balangę to jednak zupełne szaleństwo, ale z drugiej strony, co miał jej rzec? Przecież to on nie wyglądał najlepiej, a raczej nie czuł się najpewniej, to on mógł sprowokować samców do odbijania mu partnerki. Zapachem strachu, niepewności, gestem zawahania.
Gniew wyparował, gdy jechali peugeotem, oddalając się kilkanaście kilometrów od Warszawy, i zanikł całkowicie tu, w tych mazowieckich lasach, gdzie rozlokowało się, rozrzutnie gospodarując terenem, skupisko jednorodzinnych domów. Nie niszcząc drzew, wyzierając jasnymi fasadami zza pokrzywionych pni sosen, budowle, otoczone zadbanymi trawnikami, sprawiały niesamowite wrażenie: dostatku, stabilności i elegancji. Żywiczny aromat lasu wymieszany z zapachem grilla wpłynął kojąco na oboje.
Poprawia krawat i stuka ponownie, ale najwyraźniej lwia kołatka pełni głównie funkcję dekoracyjną. Patrzy z niepewnym uśmiechem na Agnieszkę, szukając u niej wsparcia, a ta kpiącym spojrzeniem błękitnych oczu wskazuje mu przycisk dzwonka. Dzwoni. Za potężnymi drzwiami rozlega się głęboki gong.
Choć znają się już od ponad pół roku, od trzech miesięcy także w sensie biblijnym, wciąż łapie się na tym, że nie wie, kim ona jest. I nie wie, kim chciałby, żeby była. Jej nabrzmiałe wciąż usta, ale tak po dziecięcemu, niczym u wielkiego niemowlaka, zadarta kpiarsko górna warga i zdziwione duże jasnobłękitne oczy – to wszystko nadaje jej wygląd dziecinny, wywołując opiekuńcze instynkty. Z drugiej strony, wystarczy, by swoje stworzone do ssania smoczka usta pokryła już nie błyszczykiem, lecz szminką, a staje się stworzeniem lubieżnym, perwersyjnie udającym tylko młodość i niedojrzałość.
Maciek wie jedno: wielbi ją, kocha, pożąda, choć nie rozumie, kim jest istota, dla której dałby się poniżyć, ba, daje się poniżać, przekracza wszelkie granice godności, gdy błaga ją, płacze, skamle. Kocha i nienawidzi. Wzgardliwie wyśmiewany, znów dzwoni na jej miniaturową, piękną jak dziewczęce puzderko komórkę, i modli się, żeby odchyliła różową metalizowaną klapkę i zobaczywszy na ekranie jego imię, nacisnęła klawisz z podświetloną zieloną słuchaweczką, żeby wysłuchała słów przeprosin, pojednania, obietnic, że tamta scena zazdrości była ostatnia, że on rozumie i że się poprawi. Modli się, ale sam nie wie do kogo. Do anioła czy dziwki. Czasem wzdycha sam nad sobą i mówi: Trudno, odwaliło mi, ale taka jest miłość.
Jest to właściwie mezalians: on – ustabilizowany młody polityk, urzędnik sejmowy, ona – praktycznie bezrobotna, niekiedy robiąca jakieś zdjęcia, rokrocznie oblewająca egzaminy wstępne raz na malarstwo, innym razem na grafikę, od czasu do czasu zatrudniana przy różnych wystawach fotograficznych, konferencjach, konwencjach jako ktoś pośredni między hostessą a asystentką szefów. Pewnie że brano ją głównie ze względu na urodę; talentów organizacyjnych nie miała za grosz, a jej smykałka plastyczna ujawniała się wyłącznie przy dekorowaniu gabinetów swoich pracodawców. Najchętniej wodziła z troską tymi swoimi błękitnymi zdziwionymi oczyma po białych salach, do których wnoszono eksponaty: obrazy, instalacje, wielkie fotogramy.
Taką zobaczył ją w Pałacu Kazimierzowskim Maciej. Organizowana na Uniwersytecie Warszawskim przez Niezależne Zrzeszenie Studentów pod auspicjami Sejmowej Komisji do spraw Polityki Zagranicznej wystawa, poświęcona walce narodu czeczeńskiego o niepodległość, wymagała merytorycznego nadzoru, żeby studenci nie przesadzili z atakami na Rosję i z pochwałami metod stosowanych przez mały kaukaski naród. Niby wszystkie teksty i fotografie zostały zatwierdzone wcześniej, ale wiadomo: diabeł tkwi w szczegółach, więc Maciej, zaopatrzony w wizytówki asystenta posła Rzeczypospolitej Piotra Nowakowskiego, ubrany w obowiązkowy granatowy garnitur i błękitnawą koszulę, przechadzał się po uniwersyteckich korytarzach wyłożonych szarą wykładziną, czekając, aż organizatorzy zawieszą ostatnie plansze. Śmierdziało papierosami i kwaśną kawą, tak samo jak kilka lat temu, gdy kończył studia i pełen nadziei i radości odbierał z rąk rektora dyplom z wyróżnieniem.
Zadowolony, skoncentrował się na butach. Miał rozmiar czterdzieści siedem, co przy wzroście metr osiemdziesiąt dwa czyniło stopy nieproporcjonalnie długimi. Było nawet źródłem jego kompleksów aż do momentu, gdy ktoś powiedział mu, że to oznaka władzy. Więc teraz z satysfakcją spacerował w czarnych pantoflach, ze skórzaną podeszwą, lekko rozchylając ich noski. Jak widziany kiedyś w Faktach Bill Clinton, kroczący w po amerykańsku za krótkich spodniach. Nie był on prezydentem z jego bajki, ale utożsamiał przecież to, do czego dążyli wszyscy: władzę i potęgę. Maciek, zadowolony z garnituru, z równego przedziałka na swej blond głowie, z paska do spodni trzeszczącego nowością przy zapinaniu, wszedł do sali wystawowej i wtedy zobaczył Agnieszkę.
Siedziała na blacie stołu w białych niby-marynarskich spodniach i liliowej, lekko rozchylonej koszuli z postawionym kołnierzem – jej szyja zdała się przez to wyrastać jakby z kwiatu – i ze współczuciem spoglądała na jeden z fotogramów, przedstawiający umęczoną matkę z rękami wzniesionymi ku górze w geście rozpaczy. A na niebie nie było widać żadnego anioła, tylko zarys rosyjskiego śmigłowca, zwiastującego wioskom czeczeńskim śmierć i zniszczenie. Dopiero po paru miesiącach Maciej miał dowiedzieć się o Agnieszkowym spojrzeniu tej smutnej, cynicznie brzmiącej prawdy, że „ten typ tak ma” i zatroskanie bijące z jej oczu niekoniecznie oznacza realne zainteresowanie. Ale wówczas, pierwszego dnia, zobaczył ją i zrozumiał, że ta studentka – bo myślał, że widzi oto aktywistkę Niezależnego Zrzeszenia Studentów – że to wcielenie współczucia, niewinności i jednocześnie kobiecości jest tą jedną jedyną i że są sobie pisani.