Trwa ładowanie...
d3a35ta

Tysiące Polaków zaciągało niekorzystne kredyty. Opisał kulisy

Namawiali ludzi na zaciąganie kredytów we frankach, choć wiedzieli, że jest to niekorzystne. Dostawali za to premie i podwyżki. "Banksterzy" ukazują kulisy największej afery finansowej III RP, której dramatyczne konsekwencje do dziś odczuwają tysiące Polaków.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Kadr z filmu "Banksterzy"
Kadr z filmu "Banksterzy" (Materiały prasowe)
d3a35ta

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mova prezentujemy fragment książki "Banksterzy" Adama Guza, na podstawie której powstał film. Premiera 16 października.

Odkąd zaczęto budować Mordor, mokotowskie ulice zapy­chały się niemiłosiernie. Cała dzielnica dusiła się od korków i stała się miejscem nie do życia. To jednak nie powstrzy­mywało deweloperów od stawiania kolejnych nowoczesnych wieżowców.

Autobusy jeździły w kratkę, a metro omijało główne ulice oplatające biurowce. Dlatego większość wybierała własne auto jako środek transportu do pracy. Każdy poranek zaczynał się walką o choćby najmniejszą przestrzeń do parkowania. Skwe­ry, trawniki, chodniki – wszystko było zawalone autami czeka­jącymi na swoich właścicieli. Normalnością stały się awantury, wyzwiska, a czasem rękoczyny kierowców walczących o byt. Tylko uprzywilejowana kasta w dobrych samochodach miała karty dostępu do podziemnych garaży i nielicznych parkin­gów. Drogi dojazdowe były albo remontowane, albo dopiero budowane, co potęgowało komunikacyjny chaos. Słynne ha­sło polityków o "Polsce w budowie" codziennie odczuwało na własnej skórze kilkaset tysięcy pracowników i mieszkań­ców dzielnicy.

d3a35ta

Niewielka część pracujących dojeżdżała już rowerami, korzystając z pierwszych cieplejszych dni. Na przystanek Domaniewska wjechał pamiętający PRL skrzypiący tram­waj, z którego wylała się armia urzędników, zadowolonych, że mają pracę w największych korporacjach, rozlokowanych w tej części Warszawy. Tłum w równym rytmie, wyznacza­nym poranną koniecznością stawienia się w pracy przed szefem, rozpierzchł się na wszystkie strony i powoli znikał w budynkach. Pośród tej kohorty szedł niemal trzydziesto­letni Piotr. Nie wyróżniał się niczym poza zapałem, z jakim zmierzał do pracy, trzymając w dłoni kubek termiczny pe­łen kawy. Przebiegł przez skrzyżowanie, bo już zapaliło się żółte światło, i skierował się do jednego z biurowców z ban­kiem na parterze.

Bank ostrzega państwa Dziubaków. Może chcieć od nich ok. 800 tys. złotych. "To wina polityków"

Rozpierała go duma, bo przekraczanie progu tak ważnej instytucji finansowej dawało mu poczucie przynależności do wybrańców. Crème de la crème– niedawno powstały, innowa­cyjny, z obco brzmiącą nazwą GoBank, ze swoimi brylującymi na salonach prezesami. Nie było tygodnia, by któryś z presti­żowych tygodników nie zamieścił z nimi wywiadu lub rela­cji o ich kolejnych niezwykłych dokonaniach w nowoczesnej bankowości. Stali się celebrytami, a Piotr marzył, że może kie­dyś ten blask spłynie na niego. Może i jemu uda się zbliżyć do zarządu i ich fantastycznego świata pięknych fur, długonogich sekretarek oraz egzotycznych wakacji, którymi chwalili się na imprezach firmowych.

d3a35ta

Usiadł z namaszczeniem za swoim biurkiem w sali przy­jęć, która ogromnymi witrynami wychodziła do klienta, za­chęcając do odwiedzenia i skorzystania z niezwykłych oka­zji inwestycyjnych. Przez oklejone reklamami okna docierało światło, więc paliły się wszystkie żarówki. Sala była otoczona przeszkloną antresolą z biurami dyrekcji. Po chwi­li w drzwiach pojawił się klient, który nieśmiało się rozglądał. Piotr, niczym wytrawny myśliwy, wyłapał go momentalnie i wstał z fotela. Podszedł zdecydowanym krokiem i z wyciąg­niętą ręką oraz wyćwiczonym uśmiechem przywitał gościa, po czym skierował go do krzesła przy swoim biurku. Sprawiał wrażenie, jakby słuchał go uważnie, ale w myślach już ukła­dał strategię wyciągnięcia z nieświadomego mężczyzny całej kasy. Nawet tej, której jeszcze nie ma. I nie zobaczy. Jego ce­lem było, aby klient wyszedł z tego banku bez pieniędzy, ale za to z masą niepotrzebnych mu produktów finansowych, o któ­rych istnieniu przed przekroczeniem progu nie miał nawet pojęcia. Piotr wybrał idealny moment, by przystąpić do ataku. Przemyślanego, zaplanowanego i wykonanego z chirurgicz­ną precyzją. Instynkt łowcy przeobrażał Piotra ze spokojnego i statecznego chłopaka w niebezpiecznego sprzedawcę, któ­ry bazując na swoim sześcioletnim doświadczeniu, zmieniał nawet ostrożnego i obytego klienta w bezbronnego baranka.

Okładka książki "Banksterzy" Materiały prasowe
Okładka książki "Banksterzy" (Materiały prasowe)

– Mamy super produkcik. Nazywamy go żartobliwie polisobelką. – Piotr zaśmiał się z własnego dowcipu, ale do­dał już poważnie: – Z gwarancją kapitału. Czyli nie może pan stracić. Idealne zabezpieczenie dla dzieci lub wnuczusia. No i zarobić można.

Klient raz jeszcze wziął do ręki ulotkę z reklamą produk­tów i starał się coś z niej zrozumieć. Jednak trudny język i nie­zrozumiałe zwroty mu w tym nie pomagały. Trafił za to do niego Piotr ze swoim prostym przekazem. Petent bronił się resztką sił, bo intuicja podpowiadała mu, że może jednak coś tu nie gra.

d3a35ta

– Panie Sebastianie, to najlepsza oferta na rynku! Jest pan w dobrych rękach.

– Ale to są oszczędności mojego życia – odpowiedział nie­pewnie klient.

– A my je pomnożymy i będzie pan miło wspominany przez potomnych. To co, przygotować dokumenty?

– To jest dla mnie bardzo ważna decyzja, więc proszę wszystko wypełnić, a ja sobie umowę przeczytam w domu na spokojnie.

Kadr z filmu "Banksterzy" Materiały prasowe
Kadr z filmu "Banksterzy" (Materiały prasowe)

Niemal w tej samej chwili na biurku rozdzwonił się telefon stacjonarny. Piotr zerknął z nieukrywaną irytacją na aparat, ale za chwilę szczerze uśmiechnął się do klienta. Podniósł słuchaw­kę i momentalnie ją odłożył. Spojrzał jedynie w górę na gale­rię, bo stamtąd dzwoniono. "Najważniejsza jest prowizja, któ­rą zaraz zgarnę. Tamci na górze mogą poczekać" – pomyślał.

d3a35ta

– Panie Sebastianie… Od jutra zmienią się warunki i…. ja tego panu nie powiedziałem. Od jutra – szeptał Piotr – będzie niższe oprocentowanie wyjściowe. Pokapowali się u góry, że klient za dużo dostaje.

– Chciałbym się chwilę zastanowić. Jak to się mówi, prze­spać się z tym.

– Tu się nie ma co zastanawiać! A wyśpi się pan z czystym sumieniem, że dobrze zainwestował pan pieniążki. To co, dru­kuję dokumenty i umowę? Tylko podpisik i spokojna emery­tura! Aż panu zazdroszczę.

– To dla wnuczki ma być.

d3a35ta

– A, na to mamy specjalne druczki. – Piotr wyciągnął spod biurka kartkę pocztową z wielkim czerwonym sercem i napi­sem "Kocham Cię". Odwrócił na pustą stronę. – Proszę tu wpi­sać imię wnusi. Wręczymy jej ten liścik na osiemnastkę. Pa­nie Sebastianie, mogę zapewnić, że nic lepszego w tym dniu jej nie spotka.

Wskazał miejsce na kartce. Klient, wyraźnie wzruszony, wpisał imię wnuczki, a Piotr zaczął uzupełniać dokumenty.

– Za momencik wrócę – powiedział zadowolony Piotr.

Wstał i skierował się do drukarki, przy której wziął głębo­ki oddech. "To w tym miesiącu prawie trzy tysiące prowizji będzie". Odwrócił się do klienta z przyklejonym uśmiechem. Nie musiał się silić na grymas, bo wizja premii napawała go czystą radością. Podszedł do biurka i bacznie obserwował za­chowanie pana Sebastiana, gdy ten czytał umowy i dziesiąt­ki załączników. Był gotów, by skontrować, kiedy tylko zauwa­ży wahanie.

Kadr z filmu "Banksterzy" Materiały prasowe
Kadr z filmu "Banksterzy" (Materiały prasowe)

Gdy klient złożył ostatni podpis, Piotr stanął na baczność i ochoczo podał mu rękę. Ten z niezauważalnym ociąganiem podniósł się z krzesła i wyciągnął dłoń, którą pracownik ban­ku z entuzjazmem przechwycił i potrząsnął nią na znak przy­pieczętowania transakcji. Pan Sebastian jeszcze ostatkiem sił, zmieszany, chciał coś powiedzieć, ale Piotr mu przerwał.

d3a35ta

– Będzie pan mi dziękował, kiedy wnuczka dostanie potęż­ną gotówkę na swoje osiemnaste urodziny! Właśnie zapewnił jej pan dostatnią przyszłość.

Klient bez słowa zebrał swoje rzeczy i oszołomiony skie­rował się do wyjścia. Piotr, wciąż uśmiechnięty, usiadł dopie­ro, gdy jego ofiara wyszła. Momentalnie spochmurniał i spoj­rzał na telefon. Wewnętrzna linia zawsze budziła złe emocje. Zmobilizował się i chwycił za słuchawkę. Nacisnął "redial". Po drugiej stronie odezwała się Anna, szefowa działu personal­nego, zwana z angielska haerówką. Zimna blondynka po trzy­dziestce z idealną figurą i zawsze nieskazitelnym makijażem. Już po przejściach, które zmobilizowały ją, aby być jeszcze bardziej sexy, ale z silnym postanowieniem karania każdego samca za krzywdy, których doznała od byłego męża zdradza­jącego ją na każdym kroku.

– Każesz na siebie czekać, chłopaku – zaczęła rozmowę z przyganą.

– Łowiłem leszcza na polisolokatę– odpowiedział bez na­mysłu Piotr i już pożałował swoich słów.

– Wiesz, że jest absolutny zakaz używania takiego języka! – skarciła go niczym belfer. – Za dwie minuty w konferencyjnej zarządu na drugim piętrze.

Piotr wstał od biurka pełen złych przeczuć. Przywołał jed­nak w myślach kwotę premii i to wystarczyło, by ruszył ofi­cerskim krokiem wzdłuż doradców. W ich głowach, mimo że obsługiwali teraz klientów, kotłowały się pytania: "Czy idzie na skazanie czy po awans?". Większość zazdrościła mu szyb­kiej ścieżki kariery i nie mogła opędzić się od natrętnych my­śli, że znów to ON będzie zauważony i czeka go awans, a oni skończą w okienkach w sali obsługi podrzędnego banku. Przechodząc wewnętrznym korytarzem, Piotr zatrzymał się jeszcze przy tablicy z nazwiskami sprzedawców i ich wynika­mi za bieżący miesiąc. Tablica była zawieszona tak nisko, że ci najsłabsi musieli klękać, by wpisywać swoje dzienne wyniki. Po takim upokorzeniu szli do domu z obrzydzeniem do włas­nej osoby za swoje lenistwo. Oni nazywali to ścianą płaczu, on – wall of fame.

Kadr z filmu "Banksterzy" Materiały prasowe
Kadr z filmu "Banksterzy" (Materiały prasowe)

Nie mógł się oprzeć i dodał przy swoim nazwisku kwotę, którą przed chwilą uzyskał na "panu Seba­stianie". Znów był niezagrożonym liderem rankingu. Wyko­rzystał stojący obok kosz na śmieci i wyrzucił okolicznościo­wą kartkę z imieniem wnuczki pana Sebastiana wpisanym w wielkie czerwone serce. Wjechał windą na piętro zarządu i stamtąd z wyższością spoglądał w dół na salę obsługi. Nio­sły go zazdrosne myśli jego kolegów. "To ja idę do zarządu, a nie wy, palanty". Po jego lewej stronie ciągnęły się szkla­ne ściany, za którymi siedzieli analitycy, traderzy, maklerzy i prawnicy. "I co, gamonie? Tylko dzięki mnie macie co ro­bić. To ja wam daję paliwo do waszych mądrych tabelek. To ja wciskam kit klientom, by zostawiali u nas kasę. A wy się macie za ważniaków, bo kończyliście lepsze szkoły". Po dro­dze wstąpił do toalety.

Tam przejrzał się w lustrze, zadowolony ze swojego wy­glądu. Za duży garnitur z kiepskiego materiału w jego oczach wydawał się idealny. Jakby był szyty na miarę z wełny sto­ dwudziestki. Patrzył głęboko w lustrzane odbicie swoich głod­nych sukcesu oczu. "Jesteś najlepszym sprzedawcą kredytów, wciśniesz klientowi każdy kredyt, każdą lokatę. Jedzą ci z łapy, więc nie bój się, tylko rusz na wyzwanie".

Przeczesał włosy, strzepnął poły marynarki i zrobił znak krzyża. Barkami otworzył drzwi toalety i dalej dziarsko kro­czył korytarzem. Gdy skręcił, zobaczył, że w sali konferencyj­nej obok Anny siedzi sam prezes i główny akcjonariusz, pół­autystyczny Adam zwany Siekierą – nie tylko ze względu na specyficzny przedziałek, który dzielił jego czuprynę na dwie idealnie równe części. Gdyby nie ta dziwna fryzura, mógłby być uznany za przystojnego mężczyznę w najlepszym wieku, choć z lekko przyprószonymi siwizną skroniami.

Piotra natychmiast opuściła cała pewność siebie. Zła sła­wa Siekiery spadła na niego z siłą, której nie mógł się oprzeć. Zwolnił kroku. "Co to za sprawa, że sam boss bossów się pofa­tygował?" Siekiera rzadko uczestniczył w sprawach bieżących. Od tego byli jego wiceprezesi, młodzi z dyplomami amery­kańskich uczelni. On zajmował się strategią, przejęciami, fu­zjami i kontaktami ze światem polityki. Piotr już zapomniał o zarobionej premii. Niemal skradał się do wejścia, modląc się o cud. Zrobił głęboki wdech i nacisnął klamkę.

Natarł całym ciałem na drzwi, by pokonać ich opór. Sala konferencyjna była przeszklona, z wewnętrznymi automa­tycznymi żaluzjami opuszczanymi na czas ważnych spotkań, aby nikt z zewnątrz nie mógł się domyślić tematu toczonych tam rozmów. Kiedy Piotr wchodził do sali, na jego czole pojawiły się kro­pelki potu. Bąknął coś niewyraźnie na powitanie, ale nikt mu nie odpowiedział, więc wyczekał chwilę, aż Anna wskazała mu skinieniem miejsce, gdzie miał usiąść. Rozglądał się do­okoła, jakby szukając drogi ucieczki. Uwierało go oparcie – miał wrażenie, że siedzi na krześle elektrycznym. Siekiera na­wet nie podniósł wzroku znad dokumentów, które czytał. Ci­szę przerwała Anna.

Kadr z filmu "Banksterzy" Materiały prasowe
Kadr z filmu "Banksterzy" (Materiały prasowe)

– Prezesa nie muszę przedstawiać.

– Dzień dobry, panie prezesie! – przywitał się Piotr.

Adam kiwnął głową.

– Mamy dla ciebie propozycję– zaczęła Anna.

– Ile naszych produktów sprzedałeś w zeszłym roku? – przerwał jej Adam. Przechylił głowę i świdrował Piotra wzro­kiem.

– No, zeszły rok był całkiem… niezły. – Piotr zaczął glę­dzić, nie wiedząc, co ma odpowiedzieć. – Chociaż mieliśmy słabe…

– Ile? – dopytywał twardo Adam.

– Około dwudziestu milionów złotych – wydusił Piotr.

Adam lustrował go, nie spuszczając z niego wzroku ani na chwilę.

– Co znaczy "około"?

– Nie pamiętam dokładnie. – Resztki pewności siebie właś­nie opuściły Piotra.

– Dziewiętnaście milionów sześćset dwadzieścia pięć ty­sięcy. – Adam był precyzyjny, ale podawał te kwoty, nie spo­glądając do żadnych notatek. Nie wyrażał przy tym żadnych emocji. Wciąż z przechyloną głową wbijał spojrzenie w pra­cownika.

– Właśnie. – Piotr ze zrezygnowaniem spuścił wzrok.

Zapadła cisza, dało się słyszeć tylko nieznaczny szum kli­matyzacji. Piotr zwrócił uwagę jedynie na bicie własnego ser­ca. Nie wytrzymał długo i wpadł w paplaninę.

– Ale brakowało ciekawych produktów, zwłaszcza że kon­kurencja dawała lepsze warunki i w ogóle agresywnie się re­klamowała, a już oferta Kasy Oszczędnościowej to był hit na rynku. A my mieliśmy…

Spojrzał błagalnie na Annę, bo wiedział, że się pogrążył. Szukał u niej ratunku, chociaż był pewien, że mu tego nie za­pomni i wykorzysta w przyszłości. Anna podążyła mu z od­sieczą w poczuciu władzy.

– Chcieliśmy ci zaproponować objęcie kierownictwa sprze­daży nowych produktów naszego banku.

Piotr ważył przez chwilę, czy nie zastawili na niego jakiejś pułapki, więc zaczął niepewnie. Napotkał wlepione w niego oczy Adama; ciężaru tego spojrzenia nie mógł unieść.

– Dziękuję, jestem zaskoczony. Nie wiem, co powiedzieć. – Piotr starał się wytrzymać wzrok szefa, ale po chwili patrzył już tylko na Annę.

– Mogę obiecać, że się nie zawiedziecie, i udowodnię, że podjęliście…

W tym momencie Adam wstał i skierował się do wyjścia. Odwrócił się w drzwiach i bez cienia jakichkolwiek emocji powiedział do Piotra:

– Miałeś najlepszy wynik w banku.

– …dobrą decyzję – dokończył Piotr. – Dziękuję.

– Kierownicze stanowisko – zwróciła się do niego Anna, gdy już zostali sami, jakby wcześniejszej rozmowy w ogóle nie było – łączy się ze znaczną podwyżką. Tutaj masz nową umo­wę, z planem sprzedaży do końca roku. Polisolokaty, kredyty w euro i hipoteczne. Przekazała Piotrowi plik papierów. Ten nawet do nich nie zajrzał, wciąż był zaskoczony całą sytuacją.

– Jezu. Mogłaś mnie uprzedzić, że będzie Siekiera. – Nag­le wpadł w świetny nastrój. – A samochód będzie? Marzy mi się passat.

Anna nie mogła poskromić wściekłości. "Jeszcze przed chwilą skomlał jak zbity pies, a teraz żąda passata. Nawet ja nie mam takiego auta!" – pomyślała.

– Zapamiętaj to sobie, bo więcej nie powtórzę. Przyjmo­wałam do pracy każdego w tym banku, więc lepiej wykonaj ten plan. Bo także tych, których tu już nie ma, sama wypier­doliłam. I jak będzie trzeba, to i tobie z czystą przyjemnością wręczę wypowiedzenie. Nie ma planu – lecisz.

Anna wstała, zostawiając za wielkim stołem zaskoczone­go jej reakcją Piotra. Przy wyjściu się odwróciła i rzuciła mu na blat plik kartek.

– Tutaj masz cefałki do przejrzenia. Z tymi, którzy są te­raz, nie zrealizujesz planu, więc zabierz się do roboty. Wywal najsłabszych i przyjmij wilczków głodnych sukcesu. To ja cię poleciłam i nie spierdol mi opinii. Zejdź na ziemię, chłopaku, i rób, co do ciebie należy – dodała już zdecydowanie łagod­niejszym tonem.

Anna była nauczona nie okazywać żadnych emocji, po­trzeb i uczuć. Jej dominująca w domu matka lata temu sa­dzała małą Anię na parapecie okna lub na kuchennym blacie i nieustannie gadała w trakcie wykonywania prac do­mowych. Narzekała na cały świat, w tym na męża. Ojciec Ani dzielnie znosił te utyskiwania, zamykając się w kokonie własnych myśli i uciekając do zadań poza domem, które dla siebie wymyślał. Ania rosła i nie musiała już być podsadzana na blat, ale rytuał słuchania trwał. Z czasem wyrobiła w so­bie mechanizmy obronne, przytakując matce od czasu do czasu i głębiej wchodząc w swój wyimaginowany świat. Mat­ka z wiekiem dziwaczała – opowiadała córce o intymnych stronach swojego małżeństwa, plotkowała i obgadywała, kogo tylko się dało. Anka z coraz większą wprawą udawała zainteresowanie. W końcu do perfekcji opanowała utrzymy­wanie miłego, nic nieznaczącego uśmiechu na ładnej twa­rzy i patrząc na matkę pustym wzrokiem, z rzadka wtrącając krótki komentarz, żyła swoim wewnętrznym życiem. Gdy podrosła, zapragnęła jak najszybciej wydostać się z duszne­go domu rodzinnego i ochoczo powiedziała "tak" pierwsze­mu, który odważył się zapytać. Mąż nie znosił jej zamknię­cia w sobie i oziębłości i coraz częściej zaglądał do kieliszka oraz do dekoltów innych kobiet. Małżeństwo rozleciało się rok po przyjściu na świat ich córki.

Piotr został sam w sali konferencyjnej. Obdzwaniał kan­dydatów, przeprowadzał wstępne rozmowy i aż do wieczo­ra werbował nowych ludzi do swojego zespołu. Wpadł w wir pracy i gdy spojrzał na zegarek, nie mógł uwierzyć, że spę­dził tam kilka godzin bez jedzenia i ani chwili wypoczynku. Dopiero kiedy do niego dotarło, jaki kawał roboty wykonał, dopadło go potężne zmęczenie, ale i zadowolenie z efektów pracy.

Nagle zatęsknił za ojcem. A może tylko chciał się mu po­chwalić awansem? Sięgnął po telefon i wykręcił numer. Już za­mierzał odłożyć słuchawkę, bo wydawało się, że nikt nie od­bierze, kiedy usłyszał bełkotliwe:

– Słucham?

– Cześć, tato. Co u ciebie?

– A co ma być… synu. Bo jesteś moim synem, nawet jeśli tego nie chcesz.

– Jesteś pijany? Szkoda, bo myślałem, żeby do ciebie wpaść w najbliższą sobotę.

– Piotruś. Będę trzeźwy i pójdziemy na lotnisko. Popusz­czamy modele.

– Zawsze obiecujesz. A modele to chciałem puszczać w podstawówce. Ale przyjadę. Pamiętaj, w sobotę jestem – powiedział zeźlony Piotr, bo rozmowa znów zakończyła się rozczarowaniem, i odłożył słuchawkę.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

d3a35ta

Podziel się opinią

Share
d3a35ta
d3a35ta