Trwa ładowanie...
tomasz pstrągowski
17-03-2016 16:14

Trzydziestka to nowa osiemnastka

Wynajmowane 20 metrów kwadratowych, bezmyślna praca w korporacji, naskórkowe relacje międzyludzkie i wieczne sny o popkulturze. W swojej debiutanckiej powieści "Jetlag" Michał Radomił Wiśniewski diagnozuje pokolenie dzisiejszych 30-latków. I wychodzi mu, że rację miał zespół "Cool Kids Of Death" śpiewając: "Dla tych z generacji nic wymyślono wreszcie coś. Konfekcjonowany bunt konfekcjonowaną złość". Ale, choć powieść Wiśniewskiego czyta się świetnie, zawiodą się ci, którzy spodziewają się choć reportażowej relacji o beznadziei. To raczej ponury polski kolaż z aluzji do popkultury.

Trzydziestka to nowa osiemnastkaŹródło: ksiazki.wp.pl
d2czxli
d2czxli

Wynajmowane 20 metrów kwadratowych, bezmyślna praca w korporacji, naskórkowe relacje międzyludzkie i wieczne sny o popkulturze. W swojej debiutanckiej powieści "Jetlag" Michał Radomił Wiśniewski diagnozuje pokolenie dzisiejszych 30-latków. I wychodzi mu, że rację miał zespół "Cool Kids Of Death" śpiewając: "Dla tych z generacji nic wymyślono wreszcie coś. Konfekcjonowany bunt konfekcjonowaną złość". Ale, choć powieść Wiśniewskiego czyta się świetnie, zawiodą się ci, którzy spodziewają się choć reportażowej relacji o beznadziei. To raczej ponury polski kolaż z aluzji do popkultury.

Wiśniewski (rocznik 1979) do tej pory realizował się przede wszystkim jako publicysta i bloger, znawca kultury Japonii i popkultury, chętnie udzielający się w internetowych dyskusjach i awanturach. Na przełomie mileniów był redaktorem naczelnym nieodżałowanego magazynu* "Kawaii"* popularyzującego mangę i anime. Po jego upadku w 2005 roku publikował sporadycznie w wielu różnych tytułach, chociażby w "Gazecie Wyborczej", "Arigato", "Kmag" czy "Nowej Fantastyce". W należącym do Wirtualnej Polski serwisie gry.wp.pl ukazywały się jego felietony o grach wideo. Najbardziej znany był jednak jako twórca bloga "Pattern Recognition" , biorącego swój tytuł od powieści Williama Gibsona .

W swojej debiutanckiej powieści porzuca jednak Japonię (choć nie odwołania do niej) i powraca do swojskiego, polskiego Szczecina. To tu wegetuje główny bohater "Jetlaga" - bezimienny pracownik korporacji, żyjący w wynajmowanej kawalerce. W jego życie nieco światła wnosi nowo poznana dziewczyna i odkryty w podziemnym tunelu, wystający ze ściany dysk USB, kryjący sekrety mody zaplanowanej dla milenialsów przez wielkie koncerny. Podążający tropem odkrytego na pendrivie zdjęcia bohaterowie nie odkrywają jednak straszliwego spisku, ani wielkiej tajemnicy. Zamiast tego przekonują się, że "rozczarowanie" to najlepsze słowo opisujące życie człowieka, który zamiast obudzić się jako Neo w "Matriksie" w kółko powtarza nudniejszą wersję "Dnia świstaka".

Wiśniewskiemu nie sposób odmówić talentu i świetnego słuchu do dialogów. Już pierwsze zdania "Jetlaga" intrygują. Bo kto od czasów "Wojny polsko-ruskiej" Doroty Masłowskiej napisał coś lepszego od: "To twoja historia i zaczyna się w połowie zdania, znienacka. Kiedy zamykasz za sobą drzwi i złazisz po schodach, co czujesz? Tak, to kapusta". Takie diamenty można znaleźć i dalej - a autorowi często udaje się w kilku zdaniach podsumować problem, któremu mniej utalentowany pisarz poświęciłby całą książkę. Moim ulubionym (choć przyprawiającym o depresję) fragmentem jest ten, w którym główny bohater oprowadza dziewczyną po wynajmowanej kawalerce. "Te szafki na prawo to kuchnia, tu jest łazienka, a to pokój - oprowadzasz Zuzę, nie ruszając się z miejsca". I jeszcze uwaga o, opisywanej już w "Fight Club" , ale spóźnionej w Polsce, miłości do Ikei, dzięki której w urządzanych w kapitalizmie mieszkaniach "wszystko wygląda tak
samo, socjalistyczny uniformizm za cenę rynkową".

Świetnie sprawdza się też główna metafora książki, sprowadzająca wszystko do popkultury. Przyrównując swoje dzieło do sitcomu Wiśniewski nie tłumaczy się bynajmniej ze stereotypowych bohaterów, ale podsuwa czytelnikowi klucz do zrozumienia powieści. Bo "Jetlag" to książka równie oderwana od naszej rzeczywistości, co przywoływani w niej wielokrotnie "Przyjaciele". Tyle tylko, że o ile amerykański serial przedstawia radośniejszą wersję życia białych dzieciaków z amerykańskiej klasy średniej, o tyle u Wiśniewskiego dostajemy ponurą fantazję na temat losu biurowej klasy średniej walczącej o przetrwanie w kraju nad Wisłą.

d2czxli

Można więc "Jetlagowi" zarzucać ( jak Olga Wróbel ), że postacie są jednowymiarowe i nieprawdziwe, ale można też doszukać się w tym przewrotnego sensu. Owszem, młody pisarz stukający od lat swoją "wielką polską powieść" czy żyjący z mamą nerd, płaczący po przegranej grze nie przybliżą nas do żadnej prawdy o pokoleniu, ale przypominają, jak jest ono postrzegane. Przez media, reklamodawców czy przedstawicieli starszego pokolenia, takich jak Władysław Olewiński myślący o drugoplanowych bohaterkach jako o "typowych przedstawicielkach tego okropnego pokolenia ludzi, którzy wloką się przez życie jak gluty, kleją to tu, to tam, szukają sobie jakichś centralnych fantazji, sami nie wiedzą, o co im chodzi".

Podobnie jak w "Przyjaciołach" czy "Matrixie" i w "Jetlagu" trafnych diagnoz należy się doszukiwać przede wszystkim w szczegółach. Pod postaciami wyciętymi z kartonu; pod błyskotliwymi dialogami o rozmnażaniu się Smurfów (zapożyczonymi z " Donnie Darko ") i planetarianach z "Kapitana Planety"'; pod banałami o korporacjach kontrolujących trendy wygłaszanymi przez Oliviera i Cecylię, jakby wyjętymi wprost z kart powieści Williama Gibsona. Pod tymi wszystkimi warstwami precyzyjnie przygotowanego śmiechu z taśmy kryje się kilka autentycznych perełek, które znalazły się w książce na tych samych zasadach, co opisywana przez Wiśniewskiego słynna scena z "Przyjaciół" - wystarczająco autentyczna, by trafić nawet w serca ludzi wychowywanych w innym systemie, na innym kontynencie.

Prawdziwie brzmi w "Jetlagu" przede wszystkim wykład na temat strachów pokolenia pamiętającego komunizm, ale wychowywanego w kapitalizmie lat 90.Strachu przed najmniejszym potknięciem, bo w systemie, który nie wybacza błędów jeden słabszy dzień w pracy może się skończyć zwolnieniem i utratą mieszkania kupionego za kredyt na 30 lat. Strachu przed samotnością nękającego ludzi wychowanych na popkulturowych mitach o miłości. Przekonanych, że tylko "parzystość" przynosi szczęście, a budowanie związku to zabawa, a nie odpowiedzialność. I w końcu strachu przed rozczarowującą codziennością - tego największego ze strachów wyniesionych z "Matrixa". Drzemiącego w "młodych, wykształconych z wielkich miast" podejrzenia, że być może ich rozbudzone ambicje nigdy nie zostaną zaspokojone. Nie będzie żadnej czerwonej pigułki, ani nawet (jak w "Jetlag") przenosin do Nowego Jorku, w którym można by zacząć wszystko na nowo.

"Widzę to kartonowe miasto, które budujecie"*mówi główny bohater (czyli, jeżeli wierzyć zdaniu na pierwszej stronie, mówisz to ty, drogi czytelniku) do cynicznego trendsettera. Ale zapomina, że sam jest tylko bohaterem sitcomu. Jego bunt został wcześniej zmierzony i zważony i rozpisany w scenariuszu. A jego rolą jest dostarczyć czytelnikowi kilku uśmiechów, kilku wzruszeń i ulotnej chwili płytkiej refleksji. To oczywiście za mało, by mówić o odkryciu wielkiego talentu, albo nowym otwarciu w młodej polskiej prozie. Ale zdaje się, że nie o to chodziło Michałowi R. Wiśniewskiemu. Jako powieściowy sitcom, *"Jetlag" sprawia się doskonale.

*Tomasz Pstrągowski *

d2czxli
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d2czxli