Toulouse-Lautrec
1 Kryzys We wtorek, 3 stycznia 1899 roku Henri de Toulouse-Lautrec miał zjeść [kolację](https://portal.abczdrowie.pl/zdrowa-kolacja) z matką. Trzydziestoczteroletni artysta upijał się codziennie po południu w jakimś barze na Montmartrze, a potem prawie zawsze jechał do matki na kolację. Przed wyruszeniem do jej paryskiego mieszkania przy rue de Douai 9, ulicy położonej u stóp Montmartre'u, brał dorożkę spod knajpy, w której akurat pił, i kazał się wieźć na avenue Frochot.
Była to ulica prywatna. Woźnica na polecenie Lautreca stawał przed szeroką bramą i dzwonił na odźwiernego. Stróż otwierał, a powóz ruszał pod górę wybrukowaną kocimi łbami aleją, pod stojący na końcu numer 15.
Tam Lautrec wysiadał i opierając się na lasce, z bolesnym wysiłkiem wlókł swoje drobne, zdeformowane ciało do pracowni na drugim piętrze. Nikt nie wiedział, dlaczego wolał mieszkać tutaj, zamiast w pięknym apartamencie pod numerem 52, gdzie przez każde z dziewięciu okien widać było korony drzew. W pracowni, w zapadającym zmroku, brał kąpiel i zmieniał ubranie, a potem dorożką jechał do matki mieszkającej za najbliższą przecznicą.
Tamtego dnia, kiedy Lautrec przebierał się do kolacji, trzęsła mu się prawa ręka, skrępowana zwojami bandaża. Nawet zapalenie lampy gazowej kosztowało go wiele wysiłku. Kilka tygodni wcześniej dotknął dłonią gorącego pieca i oparzenie do tej pory nie chciało się zagoić; boląca dłoń utrudniała kąpiel i ubieranie się, ale Lautrec czuł nałogową wręcz potrzebę czystości. Sztuka to brudna robota. Jeśli nie śmierdział olejem z siemienia lnianego i terpentyną, którymi przesiąkał podczas malowania, to ręce miał czarne od węgla rysunkowego albo poplamione tłustymi piórkami i tuszami używanymi do robienia litografii. Ponadto matka, hrabina de Toulouse-Lautrec, nie tolerowała ekstrawaganckich strojów, dzięki którym jej syn wyróżniał się na Montmartrze.
Jeśli chodzi o ubiór, Lautrec lekceważył kryteria dobrego smaku, jakim hołdowano pod koniec XIX wieku. Portret namalowany rok wcześniej przez przyjaciela, Edouarda Vuillarda, ukazuje Lautreca w sflaczałym kapeluszu, jasnożółtych spodniach, czerwonej koszuli i apaszce w biało-czerwoną szkocką kratę.
Bieliznę też nosił osobliwą. Uparcie wkładał na siebie liczne warstwy podkoszulków i robione na drutach kalesony, niezależnie od pogody'. Może, jak inni alkoholicy w zaawansowanym stadium nałogu, wyobrażał sobie, że to opakowanie osłoni go przed nieżyczliwymi spojrzeniami obcych? Doświadczony lekarz, ujrzawszy sylwetkę Lautreca opatuloną warstwami bielizny, od razu rozpoznałby objawy kalectwa. Obrysowany światłem lampy artysta wydawał się wręcz potworem. Miał tors normalnych rozmiar ów, ale iksowate nogi7 były śmiesznie krótkie, a grube, także krótkie, mocne ramiona kończyły się masywnymi dłońmi z palcami przypominającymi kiełbaski.
Pod muskularnym ciałem o spadzistych ramionach kryły się kruche kości pełne zrostów po złamaniach. Co najmniej dwa razy w okresie dojrzewania doznał złamań kości właściwie bez przyczyny; Od dzieciństwa utykał i powłóczył nogami, musiał więc używać krótkiej laski; nazywał ją swoim crochet d bottines - haczykiem do zapinania butów. Były także inne oznaki nieprawidłowego rozwoju fizycznego: wielkie nozdrza, powiększony język, bulwiaste wargi, seplenienie, charakterystyczne pociąganie nosem i jeszcze jedna nieszczęsna przypadłość - ślinienie się.
W mdłym świetle Lautrec, niepewnie trzymający się na nogach, odziany tylko w bieliznę, mógłby wydawać się postacią komiczną, wręcz groteskową, gdyby nie wyraz oczu. Dobrze wiedział, że jedynie te niezwykle duże oczy są w nim piękne, dlatego miał zwyczaj zdejmować pincenez, kiedy przypatrywał się kobiecie, która go zainteresowała. Ciemno-brązowe tęczówki i ciemnobrązowe źrenice miały niemal ten sam odcień, wzmagało to siłę spojrzenia. Z tych oczu łatwo można było wyczytać targające artystą intensywne emocje, odbijały się w nich jego zmienne nastroje.
Wesołość lub czułość ustępowały nagle melancholii albo wrogości. Choć krył się za barierą dowcipu, ciętych uwag i ripost, łatwo było go zranić. Jego kalectwo sprawiło, że Adele de Toulouse-Lautrec była wobec syna nadopiekuńcza. Zawsze uważała go za swoiste "brzemię"l°, pozostał nim nawet wtedy, gdy już dorósł. Stosunki pomiędzy nimi były skomplikowane. Wydawało się, że matka zachęca go do dziecinnych zachowań, ulegając niejako kaprysom syna, a następnie wywołując ataki wściekłości swymi próbami utrzymania go w ryzach. W 1898 roku wynajęła w Paryżu mieszkanie, by być blisko niego. Oddalone zaledwie o kilka przecznic od Montmartre'u, gdzie zawsze mieściły się pracownie Lautreca, w ocenie jednego z krewnych znajdowało się "na krańcu dzielnicy, w której wypadało jeszcze mieszkać".
Dla Lautreca wolność zaczynała się za tymi granicami. Na Montmartrze znalazł swoje terytorium, rejon, w który jego matka nie chciała się zapuszczać. Wysokie wzgórze, zwane przez paryżan but te, cieszyło się wśród artystów popularnością, bo można tam było tanio wynająć dom.
Montmartre, raj dla marginesu społecznego, poprzecinane było stromymi ścieżkami, biegnącymi w górę i wijącymi się w dół pomiędzy Place d u Tertre a Place Pigalle. Zarówno na szczycie but te, jak i u podnóża było mnóstwo bals populaires (publicznych sal tanecznych) i cafe chantants (kabaretów), w których gromadzili się ludzie z gminu, by pośpiewać do wtóru pianiście albo zatańczyć po uiszczeniu zapłaty polkę na skrzypiącym parkiecie. Szwaczki i robotnice fabryczne w niedzielne popołudnia spotykały się ze swoimi galantami w Le Moulin de la Galette i L'Elysee-Montmartre - miejscach, które Lautrec i inni artyści mieli rozsławić swoją twórczością.
Wieczorami kobiety określające się jako "aktorki" tańczyły w Le Moulin Rouge kankana albo inne z zamierzenia gorszące quadrilles. Można było tu oglądać młode dziewczęta z prowincji marzące o sławie, które wysoko wyrzucały nogi w górę, czasem nie mając na sobie majtek, przed widownią składającą się nie tylko z ich chłopców i z alfonsów, naciągaczy i przedstawicieli miejscowej policji obyczajowej, ale także z malarzy i muzyków, z wałęsających się po zakazanych dzielnicach arystokratów i bogatych mieszczan. Tym ostatnim towarzyszyły często szykowne kochanki, zwane demi-mondaines; przystrojone biżuterią, szeleszczące jedwabiami, zaprawiały podniecającym posmakiem wyprawy do świata gminnej rozpusty; Lautrec malował ten świat z takim samym zapałem, z jakim inni artyści malują pejzaże drogich im stron rodzinnych, tyle że jego "pejzaże" przedstawiały niemal wyłącznie wnętrza. Był w nich dobrze znany - w tancbudach, gdzie prowadził obserwacje i pił co wieczór, uważano go za nieodłączny element niekończących się
zabaw.
Chociaż nie miał zwyczaju chełpić się swoim pochodzeniem, przynajmniej wtedy, kiedy był trzeźwy, goście nocnych lokali na Montmartrze niejasno zdawali sobie sprawę, że Lautrec jest "jakimś hrabią". Wytworny sposób bycia wyróżniał go spośród bywalców. W najbardziej nawet podejrzanych lokalach Lautrec zachowywał swobodne, lecz doskonałe maniery oraz spontaniczną szczodrość, wynikającą z wpajanej mu od dzieciństwa zasady noblesse oblige.
Niemniej jego znajomi z Montmartre'u byliby zdumieni, gdyby się dowiedzieli, że pomimo publicznych hulanek Lautrec niemal codziennie kontaktuje się ze swoją nadzwyczaj konserwatywną rodziną bogatych arystokratów z południa Francji, których szlachectwo, sięgające zamierzchłych czasów ancien regime, powszechnie szanowano. Szczególnie blisko jest związany z matką, pobożną katoliczką. Hrabinie de Toulouse-Lautrec, którą syn w jej obecności nazywał maman, a za plecami "Adele", wydawało się, że jest najważniejszym życiowym i emocjonalnym oparciem dla Lautreca; także on sam utwierdzał ją w tym przekonaniu. "Nie mogę się już doczekać, kiedy zobaczę Cię w Paryżu - pisał do matki w 1897 roku. - Nam, starym kawalerom, wieczory bardzo się dłużą ".
Było to stwierdzenie po części szczere, ale po części stanowiące zasłonę dymną. Relacje Lautreca z matką rodziły w nim konflikt wewnętrzny, z którym nigdy się nie uporał.