Tolkien. Biografia
Dzieciństwo
Profesor John Ronald Reuel Tolkien pedałuje energicznie i czuje, jak kołnierzyk wilgotnieje mu od potu. Mamy rok 1930, ciepłe popołudnie wczesnego lata, właśnie zakończył się semestr i na High Street ruch jest niewielki. Do południa przyjął magistrantkę i pomógł jej w interpretacji pewnego staroangielskiego tekstu, kupił papier i atrament w sklepie przy Turl Street, zwrócił książkę do biblioteki uniwersyteckiej oraz znalazł egzemplarz poematu, który pisał dla "The Oxford Magazine" i który zapodział mu się tydzień wcześniej pośród sterty papierzysk w jego uczelnianym gabinecie.
Zazwyczaj stara się jeść lunch w domu z rodziną, dzisiaj jednak brał udział w posiedzeniu rady wydziału, a to oznaczało, że lunch musiał zjeść na uczelni. Teraz wraca do domu, gdzie zacznie się przedzierać przez zniechęcający rozmiarami stos prac egzaminacyjnych School Certificatel, który zdobi jego biurko od początku tygodnia.
Kiedy mija Carfax Tower w centrum Oksfordu, zegar wybija trzecią, naciska więc mocniej na pedały; myśli, że w najlepszym razie będzie miał dwie godziny na pracę w gabinecie i zdąży ocenić najwyżej trzy prace, nim pojedzie rowerem do miasta na inne spotkanie, tym razem na późny podwieczorek w Sali Profesorskiej Merton College.
Jedzie Banbury Road, skręca najpierw w prawo, a potem w lewo, wyjeżdża na Northmoor Road, gdzie pod numerem 20 mieszka od początku roku wraz z rodziną. Przer2UCa nogę nad siodełkiem i balansując po jednej stronie wciąż jadącego roweru, przemyka przez boczną furtkę na ogrodową ścieżkę. Wsadza głowę przez drzwi do kuchni i posyła uśmiech żonie Edith. Dostrzega wtedy, że jego córeczka, pięciomiesięczna Priscil!a, nie śpi i gaworzy radośnie w objęciach matki. Wchodzi więc do środka, całuje żonę w policzek i łaskocze Priscillę pod bródką, a potem idzie korytarzem do swojego gabinetu w południowym skrzydle domu.
Gabinet Tolkiena to przytulne miejsce, z półkami po prawej i lewej stronie, które przy drzwiach tworzą coś na kształt tunelu i dopiero dalej się rozchodzą. Biurko stoi pod oknem wychodzącym na południe, wprost na ogród sąsiada; po prawej jest drugie duże okno, przez które widać ulicę biegnącą za rozległym, doskonale utrzymanym trawnikiem. Na biurku znajduje się blok papieru i pojemnik ze sporą kolekcją wiecznych piór, po obydwu zaś stronach blatu piętrzą się papiery. Po lewej prace egzaminacyjne do przeczytania (wysoki stos), a po prawej prace już przeczytane (sterta zdecydowanie niższa).
Tolkien siada wygodnie, z kieszeni marynarki wyjmuje fajkę, z namaszczeniem napełnia ją tytoniem i zapala. Pykając, bierze pracę leżącą na samej górze stosu po lewej stronie, kładzie ją przed sobą i zaczyna czytać.
Sprawdzanie prac egzaminacyjnych szesnastolatków jest męczące i najczęściej nudne, ułatwia jednak opłacanie rachunków, a mając żonę i czworo dzieci na utrzymaniu, Tolkien musi zasilać profesorską pensję z dodatkowego źródła. Choć zajęcie to nie jest pasjonujące, profesor chlubi się tym, że starannie czyta wszystkie wypracowania i zwraca uwagę na każdy szczegół. Zatem przez następne pół godziny analizuje tę jedną pracę. Niekiedy pisze na marginesie jakąś uwagę i raz na jakiś czas stawia mały znaczek przy końcu akapitu.
Przewraca powoli kartki, a wokół niego panuje spokój i cisza, przerywane jedynie poćwierkiwaniem jakiegoś ptaszka na parapecie i szelestem ocierających się o okno, poruszanych lekkim wiatrem liści.
W końcu Tolkien z zadowoleniem stwierdza, że sprawiedliwie ocenił pracę, kładzie ją na prawym stosie i sięga po następną. Przez kilka minut czyta pierwsze strony tego nowego wypracowania, a potem, odwróciwszy kolejną kartkę, ku swojemu zdumieniu widzi przed sobą pustą, nie zapisaną stronę. Przerywa na chwilkę pracę z uczuciem, że spotkała go nagroda za trudy całego dnia - jedna strona mniej do sprawdzania - prostuje się na krześle i rozgląda po pokoju. Nagle jego wzrok przyciąga fragment dywanu przy jednej z nóg biurka. Dostrzega w materiale maleńką dziurkę i przez długą chwilę wpatruje się w nią, śniąc na jawie. Potem wraca spojrzeniem do leżącej przed nim pustej kartki i pisze: "W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit".
Chociaż Tolkien nie miał pojęcia, dlaczego to napisał, a jeszcze mniej był świadom wagi tego zdania, które nagle wydostało się z jego podświadomości, jego znaczenia dla niego samego, rodziny czy przyszłości literatury angielskiej, wiedział, że w tych paru słowach zawarł coś interesującego, w istocie na tyle interesującego, że zainspirowało go to, by, jak stwierdził później, "dowiedzieć się, jacy też są ci hobbici".
I w tamtej chwili, to pojedyncze zdanie, być może zrodzone z uczucia nudy, zdanie, które, co też możliwe, od dawna już próbowało wyjść na światło dzienne, zapoczątkowało ciąg zdarzeń, prowadzący do napisania Hobbita i Władcy Pierścieni. Wraz z Silmarillionem oraz rozległym zbiorem rozmaitych notatek dotyczących mitologii Śródziemia, dzieło Tolkiena uzyska międzynarodową sławę, sprawi przyjemność milionom ludzi i odegra kluczową rolę w tworzeniu całego gatunku literackiego zwanego fantasy. W kilka lat po tamtym brzemiennym w skutki popołudniu tysiące czytelników dobrze pozna hobbitów, a do roku 1960 hobbici i świat, który zamieszkują, staną się równie znane jak hollywoodzkie gwiazdy czy członkowie rodziny królewskiej.
Dla wielu Śródziemie jest czymś więcej niż tylko światem fantazji. Z tego krótkiego zdania, które mogło pozostać zwykłą błahostką zapisaną na kartce papieru w gabinecie nie znanego szerzej profesora, zrodziło się pisarstwo Tolkiena i zaczęło żyć własnym życiem, rozkwitło w heroiczne opowieści, samodzielne, spójne i ogromnie pasjonujące; stało się mitologią dla współczesnego umysłu.
Rodzina, z której pochodził J.R.R. Tolkien, nie wyróżniała się niczym szczególnym, była całkiem zwyczajna. Ojciec, Arthur Tolkien, pracował jako urzędnik bankowy u Lloyda w Birminghamie. Ojciec Arthura, John, był producentem pianin i sprzedawcą nut, jednak jeszcze w dzieciństwie Arthura spadł popyt na pianina, interes zlikwidowano i John Tolkien został bankrutem.
Arthur wiedział więc dobrze, jakie niebezpieczeństwa niesie praca na własny rachunek, co częściowo tłumaczy wybór bezpiecznej posady w miejscowym banku. Jednak awans w birminghamskiej filii Lloyda nie przychodził szybko, toteż pomimo całego swojego entuzjazmu Arthur zdawał sobie sprawę, że jedyną szansą na zrobienie kariery byłoby wykorzystanie odpowiedniej okazji. Kiedy pod koniec roku 1888 zaproponowano mu stanowisko za granicą, nie namyślał się zbyt długo.
Była to posada na należącej do Bank of Africa placówce w Bloemfontein w Afryce Południowej. Arthur był przekonany, że jest to praca z perspektywami dla młodego ambitnego człowieka. Wolne Państwo Orania, którego Bloemfontein była stolicą, stawało się bowiem ważnym regionem górniczym, dzięki nowo odkrytym złożom złota i diamentów, przyciągającym przedsiębiorczych inwestorów z Europy i Stanów Zjednoczonych.
Jedynym zmartwieniem Arthura był fakt, że rok wcześniej zakochał się i poprosił o rękę ładną, osiemnastoletnią Mabel Suffield, tak że wyjazd oznaczałby rozstanie. Rodzice Mabel nie do końca akceptowali młodego Arthura i mieli nadzieję na lepszą partię dla córki. Ta niechęć była jednak wynikiem snobizmu i nie miała nic wspólnego z osobowością Arthura.
Suffieldowie uważali Tolkienów (którzy tak naprawdę byli w stanie prześledzić genealogię angielskich przodków do kilku stuleci wstecz, a potem jeszcze odnaleźć dalsze rodzinne korzenie w Saksonii), za niewiele lepszych od ubogich imigrantów, chociaż ich własny status społeczny wcale nie był wysoki. Ojciec Mabel, John, był synem bławatnika; sam miał kiedyś sklep bławatny, ale po upadku tego interesu stał się takim samym bankrutem jak Tolkien. Kiedy Arthur i Mabel się poznali, John Suffield pracował jako komiwojażer dla firmy Jeyes produkującej środki odkażające.
Arthur i Mabel niespecjalnie się tym przejmowali. Liczyło się dla nich jedynie to, że pan Suffield nie chciał zezwolić na ślub córki, dopóki nie upłyną dwa lata od oświadczyn. Przyjęcie przez Arthura posady za granicą oznaczało, że Mabel będzie mogła tylko czekać na wieści od narzeczonego i mieć nadzieję, że jego ewentualny awans umożliwi jej podróż do niego i upragniony ślub.
Arthur nie sprawił jej zawodu. W roku 1890 został dyrektorem filii Bank of Africa w Bloemfontein i miał dobre widoki na przyszłość. Czując się pewniej, poprosił listownie Mabel, żeby przyjechała i wyszła za niego za mąż. Mabel miała już dwadzieścia jeden lat, a uczucie obojga bez problemów przetrwało okres narzucony im przez Suffielda. Tak więc dziewczyna, nie zwracając uwagi na wątpliwości wyrażane przez rodzinę, w marcu roku 1891 kupiła bilet na parowiec Roslin Castle i popłynęła do Prowincji Przylądkowej.
Obecnie Bloemfontein, leżące w samym sercu Wolnego Państwa Orania, jest miastem takim jak inne, ale wtedy, w chwili przyjazdu Arthura, było zwykłą zbieraniną kilkuset nędznych chałup, przewiewanych na wylot porywistym wiatrem z pustyni. Dzisiaj większość mieszkańców chroni się przed nim w klimatyzowanych domach i w centrach handlowych; w latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku mało było wygód i biali osadnicy żyli w niewiele lepszych warunkach od tych, w jakich teraz żyją czarni Afrykanie w dzielnicach nędzy opasujących pierścieniem nowoczesne centrum Bloemfontein.
Młodzi wzięli ślub 16 kwietnia 1891 roku w kapsztadzkiej katedrze, a skrócony miesiąc miodowy spędzili w hotelu w pobliskim Sea Point. Jednak kiedy przeminęło pierwsze podniecenie i urok nowości, Mabel szybko uświadomiła sobie, że życie w tym zakątku świata nie będzie łatwe.