Teren prywatny

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

2

Rano zadzwoniłam do sędziego Glinki. Sędzia Glinka miał dziwny zwyczaj dłubania na rozprawach w nosie, przy każdej okazji mówił o seksie, ale był najskuteczniejszy w ocenie czynu i najłaskawszy w przydzielaniu kar. Poza tym spotykał się potajemnie z panią prezes Klimuszko (już drugi rok byli przekonani, że spotykają się potajemnie), której nie przeszkadzało, że sędzia ma żonę i że dłubie w nosie. Sędzia Glinka obiecał porozmawiać z panią prezes Klimuszko o przedłużeniu mojego urlopu i wyraził nadzieję, że wrócę znad morza zmęczona. Seksem, oczywiście. Ja także wyraziłam taką nadzieję, z trudem hamując napływające do oczu łzy. Gdyby sędzia Glinka wiedział, co usłyszałam przy śniadaniu od Olka, nie pieprzyłby takich głupot, tylko podłubał sobie w nosie.
Przy śniadaniu (salami, ser wędzony i twarożek własnej ro- boty; mój twarożek zna cała klatka schodowa - od czasu, jak się przypalił) poinformowałam Olka i Balladynę o wyjeździe nad morze.
- Oczywiście, kochanie - powiedział (dałabym głowę, że w środku wykrzyknął "hurra!". Po niemiecku, bo ła.jdaczka jest tłumaczką z niemieckiego ). - Jestem o ciebie spokojny - dodał niegrzecznie.
- Super - skwitowała BalJadyna. - Tylko co z obiadami? - zaniepokoiła się nagle.
- Dostaniesz na pizzę - pośpieszył z obietnicą Olek. Jakby się bał, że ta trudność zmieni moje plany. - A najlepiej, żebyś pojechała z mamą - wymyślił bezczelnie. - Mama nie czułaby się samotna.
- Mama nigdy nie czuje się samotna - zaripostowałam gniewnie - od czasu, jak rozmawia sama z sobą. Po polsku! - zastrzegłam, wchodząc na zaminowany teren małżeńskiej nie- wierności Olka.
- Nie zaczynaj - powiedział o zdanie za późno, bo właśnie zaczęłam.
- To ja idę do szkoły - zdecydowała Balladyna, choć wie- działam, że to nieprawda.
- Jeżeli ten pub za rogiem, gdzie spotykasz się z harleyowcem o ksywie Bambi nazywa się szkoła, to leć, bo już dzwoniło na pierwszą lekcję - rzuciłam jej mściwie na do widzenia.
Balladyna zauważyła mnie po raz pierwszy tego ranka.
- Ooo?! - Spojrzała w moją stronę ze zdumieniem. - Skąd wiesz, że ma ksywę Bambi? - Przed lustrem zapomniała, o co pytała, bo znalazła dwa nowe, dorodne pryszcze. Pryszcze znowu wygrały ze mną w rankingu popularności.
- Masz na brodzie twarożek - powiedział jeszcze Olek, suto oblewając się fahrenheitem, trzymanym na specjalne okazje. I zamknął za sobą cicho drzwi.
Gdyby sędzia Glinka wiedział o wszystkich ranach, jakie zadano mi pomiędzy wędzonym serem a twarożkiem. . . pomiędzy siódmą trzydzieści a reklamą matisa w radiu Zet. . . pomiędzy nachalnym brzęczeniem komórki w dżinsowej bluzie Olka, a gwizdkiem oszalałego czajnika, to, jak wspomniałam wcześniej, na pewno spokojnie dłubałby w swoim nosie bez ingerencji w moje prywatne życie.
Następna ingerencja sędziego nastąpiła o czternastej dwadzieścia, gdy zadzwonił z informacją, że mogę kupować bilet.
Do tego czasu zdążyłam już zwątpić w sens wyjazdu, ponieważ poza wyszarzałą piżamą (kupuję zawsze o dwa numery większą) i poza dwiema trykotowymi koszulkami (przejęłam je po Olku) żaden ciuch z mojej półki nie był już moim ciuchem. Spódnica w kratę w ogóle nie była ciuchem tylko starą spódnicą, i to od chwili, gdy ją kupiłam. Spodnie od mojej siostry, a konkretnie od jej męża dyplomaty, które widziały cały elegancki świat, znowu były spodniami mojej siostry. I pewnie na nią zbyt obszernymi. Moimi były do wysokości uda, a dalej nie chciały być. Sweter z owczej wełny najwidoczniej się sfilcował, bo też w niego nie wchodziłam (ciekawe, dlaczego filcują się moje najlepsze ciuchy, a nie ja?). Wreszcie ta sukienka. . . Ta, przez którą sędzia Glinka na imieninach Hanki adwokatki przestał dłubać w nosie. . . Ona też jakby zmalała, skurczyła się do rozmiarów Balladyny i teraz, leżąc na łóżku, udawała najbezczelniej, że nigdy nie była moja sukienką.
W związku z tym stałam w szlafroku (jest na mnie w sam raz) i zadawałam retoryczne pytania (ciotka Lola twierdzi, że inteligentni ludzie, w tym kobiety, mają predylekcję do retorycznych pytań, bo w zasadzie każde inteligentne pytanie jest z natury swojej retoryczne). Najpierw zadałam pytanie Światowym spodniom, po jaką cholerę przyjechały tu z placówki, skoro tylko raz pozwoliły mi się w nie ubrać. Potem zapytałam wielbłąda, spoczywającego w postaci swetra na stosie niepotrzebnych rzeczy, dlaczego chce być garbem w moim i tak garbatym życiu. Wreszcie zwróciłam się do sukienki, jak do byłej przyjaciółki, z pretensją, że straciłam przez nią resztki złudzeń, i że tak się nie robi. Zanim rozpoczęłam kłótliwą scenę ze spódnicą (notabene niewartą nawet słowa skargi), zadzwonił sędzia Glinka z nakazem natychmiastowego opuszczenia miasta na okres tygodnia.
Chciałam w pierwszej chwili zapytać go, w czym mam opuścić miasto, ale właśnie w tej dramatycznej chwili przyszedł Olek i zadałam o jedno retoryczne pytanie mniej. Olek przyniósł pieniądze, te zaoszczędzone na wspólny wy- jazd, który od czasu łajdaczki-tłumaczki stawał się tak odległy jak perspektywa podróży w kosmos, i powiedział:
- Baw się dobrze. Weź komórkę - przypomniał o smyczy, która, jak słusznie spekulował, nie pozwoli mi nazbyt oddalić się od domowych kłopotów. - Mam nadzieję, że wrócisz wy- poczęta.
- Wrócę zmęczona - sprzeciwiłam mu się z satysfakcją.
- Seksem, oczywiście - zacytowałam sędziego Glinkę. Olek milczał. I za to byłam mu po raz pierwszy w tym tygodniu wdzięczna.

*

Stałam w kolejce po bilet wyższa niż pani Kornelia od ubezpieczeń. Wydłużał mnie niepomiernie plecak ze stelażem, którego górne rejony ukrywały dres (stary model adidasa, od dwóch lat zdegradowany do prac porządkowych). Stałam więc w tej kolejce i zastanawiałam się, w jakim celu wyjeżdżam. Bo na dobrą sprawę nie mam najmniejszej szansy zmęczyć się seksem ani wypocząć (która z kobiet wypocznie w dresie, kojarzącym się z ubiegłorocznym remontem?). Dokonałam błyskawicznego ustalenia listy przyjemności, które się wiążą z moim opuszczeniem w trybie pilnym miasta:
- nie będę musiała wstawać o siódmej dziesięć (w moim domu karta urlopowa nie zawiera adnotacji "budzenie surowo wzbronione");
- nie będę widziała, jak mój mąż o siódmej piętnaście sięga po fahrenheita, zastrzeżonego na specajalne okazje;
- nie muszę pytać Balladyny, o której wróci, i słuchać jej kłamliwych odpowiedzi;
- mogę zapomnieć o tym utlenionym na blond kowboju wożącym moją córkę na tylnym siedzeniu harleya w kierunku przeciwnym do jej szkoły, że nie wspomnę o szybkości, z jaką się od niej oddalają;
- będę czuć powiew świeżej bryzy, wilgoć kamieni, ciepły piasek plaży...
- Dokąd?! - niecierpliwie ryczy na mnie kobieta z okienka.
- Dokąd dać?
Dopiero po dłuższej chwili zaczynam rozumieć, że ona chce dać mi bilet, tylko, podobnie .jak ja, nie wie dokąd.
- Nad morze - mówię głupkowato, a kolejka patrzy na mój stelaż i na moją głupkowatość z rosnącym zainteresowaniem.
- Bierz do Kołobrzegu, tam gdzie ja - radzi jakiś męski głos za moimi plecami. - O, przepraszam panią! - wycofuje się szybko na widok mojej zdziwionej twarzy.
- No to, dokąd? - Kobieta w okienku staje się agresywna. - Międzyzdroje. - Decyduję szybko, chociaż przecież chciałam do Kołobrzegu.
- Jest dopiero o osiemnastej - warczy na mnie wrogo głośnik przy kasie. Z satysfakcją.
Pojadę o osiemnastej, choć nie ma to nic wspólnego z opuszczeniem miasta w trybie pilnym. I pojadę do Międzyzdrojów, choć nie ma to nic wspólnego z planowanym pobytem w Kołobrzegu. Cieszę się, że mój plecak i ja jesteśmy już szczęśliwymi posiadaczami biletu i że kolejka straciła dla nas zainteresowanie. I że ten niegrzeczny młodzian, co przeszedł na "ty" z moim tyłem, właśnie ładuje się do pośpiesznego, którym mogłabym już pędzić na spotkanie przygody. "Ale zaraz? - zastanawiam się przytomnie - jakiej przygody?" Do osiemnastej mam czas, żeby ułożyć .jakiś przyzwoity scenariusz oczekiwań.
"Może inteligentny, z wyższym wykształceniem (broń Boże, prawnik czy architekt). Kolor włosów, obojętny. Jednak, żeby były. Czarujący uśmiech. . . Eee. - Krzywię się na myśl, że scenariusz oczekiwań wygląda -jak Bogusław Linda. - Wobec tego nieśmiały. Patrzący na mnie z odległego stolika nadmorskiej kawiarni. Wygląda na skromnego właściciela baru »Pod Złotą Podkową«, a okazuje się biznesmenem. Najprawdziwszym! Jego kabriolet mknie ulicami Międzyzdrojów, ja za kierownicą. No tak. Za kierownicą bez prawa jazdy to ja mogę w wesołym miasteczku. Tam też są kabriolety. No więc kręcimy się po wesołym miasteczku... Tylko o czym można rozmawiać z facetem, który jest maszynką do robienia pieniędzy? Zawsze byłam romantyczką... Niech będzie naukowcem albo przynajmniej polonistą w szkole średniej. Delikatne okularki i gładkie czoło. Subtelne palce zakończone zadbanymi paznokciami. Biedny jak pan mysz. Ja kupuję dobre francuskie wina, za którymi on przepada, a on recytuje sonety Szekspira, za którymi ja przepadam.
Siedzimy nad wodą, woda liże nam stopy. Lizaniem to właściwie się brzydzę. Uznaję tylko lizanie Mak beta, mojego psa. I też nie w każdej sytuacji. Nie znoszę na przykład, kiedy mój pies najpierw liże siebie, a potem próbuje lizać mnie. Ale zaraz, zaraz, zgubiłam gdzieś pana mysza. Zostawiłam go samego na liżącą stopy wodą. I dobrze! Prawdę mówiąc, me lubię facetów mówiących do rymu. Prawdziwy mężczyzna, no, choćby Olek...”
Osiemnasta tuż-tuż, a ja nie mogę wyjść na dobre z mojego cholernego domu. Najpierw pies, potem Olek. . . Jeszcze tylko pomyślę o dziewczynkach, ugotuję w myślach niedzielny obiad (koniecznie rosół! W moim domu musi być rosół z makaronem według przepisu świętej pamięci babki Kwak. "Milczała jak zaklęta, a gotowała jak święta" - głosi domowe przysłowie) I mogę oddać bilet. Bo po jaką cholerę pcham się do Międzyzdrojów zatłoczonym pociągiem, jeżeli zrezygnowałam z trzech randek, aby nakryć do stołu. Ten blondyn... Właściwie wyłysiały blondyn, tak jakoś sympatycznie na mnie patrzy. Patrzy i się uśmiecha; I wsiada do tego samego pociągu. . . Aha. Nie dla mm e ten uśmiech. To do tej czarnej, starszej, udającej młodą. Nogi ma gorsze od moich. I nie wsiada do tego pociągu...
A ja wsiadam! Jeszcze jak wsiadam! Cały dworzec widzi to wsiadanie albo raczej wysiadanie, bo zahaczam stelażem o drzwi i ląduję na peronie jak święty Aleksy pod schodami własnego domu. Tylko patrzeć, jak obrzyga mnie jakieś dziecko, które me wzięło aviomarinu. Łysiejący blondyn nie może mi pomóc, bo znikł w czeluści pociągu, ale jest już koło mnie ta stara czarna, zrobiona na młodą. Pomaga mi pozbierać kości (żeby kości! cały ten mój tłuszcz!) i załadować wszystko z powrotem do pociągu. Udaje się i ruszam. Jadę, a stara czarna, zrobiona na młodą macha mi przyjaźnie ręką. Ciekawe. Z bliska wcale me jest taka stara, jak mi się wydawało.

3

W recepcji domu wczasowego „Perła” sezon się skończył, bo od godziny nie ma nikogo, kto chciałby ode mnie wziąć niemałe pieniądze za wątpliwą przyjemność spędzenia tu kilku nocy. W dodatku samotnych. Bez Lindy, biznesmena i polonisty. Nawet bez łysawego blondyna, który wysiadł, jak mi wiadomo, w jakimś Sarnowie albo Jeleńczu (nigdy nie odróżniałam jelenia od sarny).
Jest za to blondyna, która też chce spędzić tu kilka nocy. Ta nie musi się martwić, że samotnie. Zamknęłam oczy i zobaczyłam blondynę w jednym łóżku z Lindą, polonistą, kabrioletem biznesmena i starą czarną z peronu, co się okazała wcale nie taka stara. Blondyna z rzeczy skromnych miała skromny elegancki neseser (dlaczego ja w tym swoim cholernym życiu dorobiłam się trzech kochanek Olka, a ani jednego neseseru?), skromną elegancką torebkę (ja też mam torebkę, ale tylko skromną) i nic więcej. Poza tym miała na sobie i przy sobie mnóstwo rzeczy nieskromnych. Nieskromną sukienkę z wygryzionym lubieżnie dekoltem (dekolt nieskromnej wielkości), nieskromny, bo jaskrawoczerwony lakier na akrylowym paznokciu (potem się okazało, że paznokieć nie był akrylowy), nieskromny makijaż, zwłaszcza soczewki nadające jej oczom intensywnie zielony kolor (potem się okazało, że nie nosi soczewek) i nieskromne piersi, bo ani małe, ani duże, tylko w sam raz (nieskromność takich piersi polega na kuszeniu swą doskonałością różnych
panów Lindów, panów myszów i panów łysiejących blondynów).
Trochę poprawił mi się humor, gdy uświadomiłam sobie, że ta znużona blondyna musi mieć rozliczne wady. Jest:
- znużona jak każda blondynka, która przez chwilę o czymś myślała (a ta zastanawiała się na pewno, czy są wolne pokoje! Po sezonie! Ha, ha, ha!);
- cała sztuczna (jeszcze wtedy nie wiedziałam, że paznokieć nie jest akrylowy, zęby nie są z porcelany, a włosy nie zostały utlenione);
- wredna (gdybym ja była taka ładna, też byłabym wredna!). Moje domysły przerwał powrót recepcjonisty (dałabym głowę, że wrócił z Seszeli). Wyjaśnił blondynie i mnie, ile nas będzie kosztował kaprys spędzenia kilku nocy w osobnych pokojach. Nie wierzyłam własnym uszom, gdy blondyna wyraziła wolę spędzenia tych nocy ze mną. Ot, tak po prostu zrezygnowała dla mnie z Lindy , kabrioletu, pana mysza. . . słowem - ze wszystkich moich marzeń! Nawet Olek nie byłby taki szarmancki, bo zawsze chciał mieć kabriolet.
Ruszyłam za blondyną do apartamentu północnego, który różnił się od południowego tylko tym, że był usytuowany po północnej stronie domu wczasowego "Perła". Co do pokoju z widokiem na morze, to recepcjonista nam wyjaśnił, że z apartamentu północnego jest niby trochę bliżej do morza niż z apartamentu południowego. Ale ogólnie, to dom wczasowy "Perła" jest daleko od morza, bo morze szumi cztery kilometry stąd i trudno mieć takie wymagania, żeby jeszcze był na nie widok.
- Morze słychać i czuć - wyjaśnił ponury portier. - A jak panie chcą se popatrzeć, to w każdym pokoju jest obrazek z morzem albo z plażą.
Blondyna pierwsza zauważyła, że taki obrazek pewnie jest, ale w apartamencie południowym, bo stamtąd do morza dalej, i bezwstydnie wyjęła z eleganckiego neseseru wódkę czystą wyborową oraz sok.
- Mam na imię Ewka - powiedziała, wyciągając rękę. - Jak chcesz, zrobię ci drinka.
- Jestem Wanda - odrzekłam i po raz stutysięczny poczułam do matki żal z powodu jej niewytłumaczalnej sympatii do położnej Wandy, której imię noszę jak brzemię. (Zawsze żałowałam, że tego teralnego dnia nie miała dyżuru jakaś położna Beata czy Patrycja).
Zanim doszłyśmy do apartamentu, pokochałam blondynę całym sercem:
- za to, że powiedziała do mnie „ty”, a nie „proszę pani”;
- za to, że zdawała się nie zauważać mojej skromnej torebki;
- za to, że choć sama nie paliła, ja mogłam ćmić w naszym wspólnym północnym apartamencie tyle papierosów, ile schodzi na taśmie z całodniowej produkcji.
Ku mojemu rozczarowaniu wcale nie była głupia, bo po medycynie. Zaczęłam żałować, że położna Wanda, co mnie odbierała, nie miała na imię Ewka. Ale żeby być Ewką, to, widać, trzeba być patologiem, co .jest dokładnie odwrotne niż położnik. I .jeszcze jedno. Ewka miała więcej wdzięku niż wszystkie kochanki Olka, łącznie z tłumaczką-łajdaczką. A najważniejsze - rozwiodła się, ponieważ jej mąż miał trzy razy tyle kochanek co Olek, i zważywszy na to, jak wyglądała Ewka, musiał być kompletnym idiotą. Gdy już pijane wspólnie przemierzałyśmy bezdroża terenów łowieckich naszych mężów i liczyłyśmy ich kolejne łupy, porządkując je według wzorca: parzystokopytne. świnie i rogowate, wiedziałam, że tę blondynę z naturalnymi paznokciami zesłał mi dobry Bóg, abym zrozumiała, że skoro są zdradzane takie Ewki, to tym bardziej muszą być zdradzane takie Wandy.
Kiedy już leżałyśmy w swoich łóżkach (Ewka prała swe piżamki zapewne w tym proszku, o którym mi mówiła matka), zapytałam Ewkę, jak sobie poradziła z rozwodem i co z wyrzutami sumienia, bo przecież kobieta odchodząca od męża musi je mieć.
- Nie musi - zapewniła sennie Ewka. - Zamiast żony powinien znaleźć sobie dobrego psychiatrę - dodała.
- I ty mu w tym pomogłaś? - szepnęłam zachwycona.
- Nie. Tak się składa, że on sam jest wziętym psychiatrą, więc niech sobie pomoże. Ewka już spała, a ja po raz pierwszy bardziej martwiłam się tym, że Olek jest architektem, niż tym, że w latach pięćdziesiątych odbierała mnie akurat ta położna, co ją skrzywdzili imieniem Wanda. Obudziłam się z potężnym bólem głowy (nie pamiętam, kiedy wypiłam tyle wódki), a po Ewce ani śladu. Przeraziłam się, że blondyna mnie rzuciła. "Może chrapię?" - przyszło mi do głowy, bo przecież skąd mogę wiedzieć, czy chrapię, jeżeli, kiedy nawet chrapię, to śpię. Odezwała się komórka, a wraz z nią rozdzwonił się we mnie system prac porannych. Zobaczyłam Olka polewającego się fahrenheitem, wściekłego, że Balladyna wyjadła mu salami, wyjącego Mak beta, gotowego obsikać nowy fikus, Balladynę, gotową udusić Mak beta. Słowem, klasyczny powszedni dzień, kiedy w ciasnej kuchni spotykają się najbliżsi, aby przekazać sobie znak pokoju.
Leżałam i miłośnie słuchałam nie milknącej komórki, widząc, jak pięćset kilometrów stąd życie moich najbliższych dobry Bóg poddał ciężkiej próbie. Postanowiłam nie ingerować w sikanie Mak beta. Przecież tak naprawdę wcale nie lubię fikusów. Jeżeli Balladyna go udusi, to odpadnie mi bieganie z kundlem pod okoliczne drzewa i czuwanie przy każdej jego kupie, jakby była darem niebios. Co do salami, to mam dokładnie gdzieś, czy Olek ją zjadł czy nie. Ma same wady i nawet nie jest psychiatrą, więc sobie nie pomoże. "Graj, piękny Cyganie!" - szeptałam z satysfakcją do komórki, która prawdopodobnie postawiła już na nogi cały dom wczasowy.
- Cześć, leniuchu. - Ewka bezszelestnie zjawiła się w pokoju i leniwie sięgnęła po telefon. Popatrzyła na ekran. Powiedziała "Dupek" i wyłączyła tę cudowną pieśń tęsknoty. Usiadłam na łóżku z jeszcze większym bólem głowy. Więc to jej komórka tak nachalnie dopominała się o miłe słowo. Nie moja. To za nią tęsknił do nieprzytomności jakiś dupek, nie za mną. A zatem pies żyje, fikus żyje, Olek zżarł salami, a Balladyna nawet nie zauważyła, że wyjechałam.
- Skąd wracasz? - zapytałam, żeby się jeszcze bardziej pogrążyć, bo blondyna wróciła z joggingu.
Była gustownie spocona i zarumieniona jak do reklamy winnych jabłek.
- Zbieraj się. Idziemy na plażę. - Zarządziła z uśmiechem.
Podała mi jakąś gigantyczną kapsułę antykacową i wafelki. Żebym nie paliła na czczo. Paliłam "na wafelki", przeżywając, że za chwilę będę musiała dziarsko wskoczyć w dres, który, poza marką, nie miał za grosz przyzwoitości. Nie doceniałam blondyny. Gdy tylko zwierzyłam się jej ze swoich rozterek, zmieniła zdanie.
- No to idziemy na ciuchy - powiedziała pogodnie, dłubiąc naturalnym paznokciem w prawdziwym zębie.
Podziękowałam Panu Bogu za tego Anioła, za tę uszlachetnioną wersję wyłysiałego blondyna i za pomysł, żebym nosząc imię Wanda, nosiła dodatkowo coś przyzwoitego. Najgorsze było to, że idąc za Aniołem (jedyna w moim życiu nominacja blondyny) tropem zmieniającej się mody, czułam się jak uboga krewna kompromitująca szlachetny ród Aniołów. Natomiast sam Anioł najwyraźniej nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Kazał podawać nam coraz to śmielsze eksperymenty krawieckie,. aby wreszcie wbić mnie w spodnie, które wyglądały na spowmowacone z tymi od mojej siostry, z wielkiego świata. Miałam w nich pośladki jak orzeszki i całkiem przyzwoite uda.
Tak rzekł Anioł.
W spodniach (Beneton, lycra, rozmiar 42) udałyśmy się po bluzkę (Teranova, bawełna, rozmiar 40), po buty (Gucci, czarna skóra, obcas w kieliszek, rozmiar 38) i po wódkę (czysta wyborowa, pojemność 0,70, procent 39). Tak zaopatrzone ruszyłyśmy na plażę (ulica Rybacka 48), aby pod krzakiem forsycji, w benetonie, teranovie i butach od Gucciego wypić czystą wyborową (bardziej symbolicznie niż śmiało).
- Kocham cię - oświadczyłam się Aniołowi. Bardziej symbolicznie niż śmiało.
- Ja ciebie też - zapewnił Anioł, po czym poszłam z nim do skrzydła północnego apartamentu domu wczasowego "Perła", gdzie portier na nasz widok zaszeptał do dwóch barczystych, nabłyszczonych brylantyną sezonowych poszukiwaczy pereł:
- Dajcie spokój, to lesbije.
Wyborowa zachęciła mnie do podjęcia dyskusji, ale nie Ewkę. Jakby nigdy nic objęła mnie w pasie i ruszyłyśmy miłosnym krokiem do sypialni, czując na plecach pełen rozżalenia wzrok poszukiwaczy pereł. Widocznie nie sądzili, że można trafić na takie jak my, falsyfikaty. . .

*

Moje życie z Aniołem zaczynało coraz bardziej przypominać uporządkowany małżeński superukład. Oczywiście bez seksu i innych zakłóceń, które wcześniej czy później stają się początkiem końca każdego małżeństwa. Ewka któregoś dnia przyznała, że miałaby ochotę na chłopa, ale w końcu zdecydowała się na "Stawkę większą niż życie", bo, jak powiedziała, ważne, żeby było wesoło. A czy jest wesoło w łóżku czy w świetlicy domu wczasowego "Perła" (skrzydło południowe), to obojętne. Pomyślałam, że Ewka ma rację, nie komplikując pewnych spraw. które ja komplikowałam już na etapie potajemnego o nich myślenia.
"Dlaczego- wyrzucałam sobie teraz - nie oglądałam »stawki większej niż życie« w latach osiemdziesiątych, a upierałam się przy randkach z Olkiem, co, mówiąc szczerze, wcale nie było takie wesołe''''?" Budowaliśmy wtedy własne "Osiedle jutra". To znaczy, ja budowałam, gdy Olek badał na jakimś trzeszczącym łóżku moje osobiste ukształtowanie terenu, twierdząc, że całkowicie nadaje się ono pod zabudowę jednorodzinnego domku z widokiem na szczęście.
Zamiast domku i widoku zadbał tylko o uzupełnienie spisu lokatorów, stawiając mnie dwa razy przed obliczem tego samego położnika, Franciszka Siekierki. Gdybym urodziła dwóch synów, byłby ojcem dwóch Franciszków. Stało się inaczej. Jest ojcem dwóch córek, o czym przynajmniej raz w roku zapomina. Olek jest przystojny. Nawet przystojniejszy od Hansa Klossa (pewnie dlatego wybrałam Olka, nie "Stawkę"). A dwadzieścia lat temu, gdy leżałam obok niego na tym cholernym, trzeszczącym łóżku, myślałam, ze już zawsze tak będziemy sobie leżeć i trzeszczeć.
Przystojny mąż, cudzy mąż - lubiła mówić moja matka, ale przez to trzeszczące łóżko niewiele słyszałam. No, to dzisiaj mam, czego chciałam. A właściwie nie chciałam. Nasze łóżko (Osiedle Młodości, ul. Bema, II klatka. trzecie piętro bloku, wczesny Gierek) zamilkło na wieki. Nie dość tego - często jest tylko moim łóżkiem.
- Robisz błąd, bo się przejmujesz - stwierdziła Ewka, gdy mijał już tydzień mojego pobytu w domu wczasowym "Perła".
- Czy wiesz, ilu jest fascynujących facetów na świecie? Ba, na świecie - zaśmiała się - jak dobrze spojrzysz, są wszędzie, nawet tu. Twoje Olki, moje Krzysztofy... W nowym, dojrzałym wydam u tylko dla dużych dziewczynek.
Rozejrzałam się, zgodnie z sugestią Ewki. Obok nas siedziało na kocyku dwóch zażywnych emerytów (też z domu wczasowego "Perła"), w których Ewka dostrzegła wczoraj swych potencjalnych pacjentów . Teraz wyjadali ze słoiczka wieprzowinę na zimno (Bobo-Frut, 0,33 l).
- Mhm - zasępiła się Ewka, podążając za moim wzrokiem.
- Z tym "wszędzie" przesadziłam, ale na świecie na pewno są!

*

W następnym tygodniu zaczęłam się poważnie zastanawiać nad dotąd niekwestionowaną koniecznością posiadania Olka.
- Jak sobie uświadomisz, że potrafisz cieszyć się życiem w pojedynkę, to wygrałaś - mruczała blondyna, wystawiając swój płaski brzuch do wrześniowego słońca.
Moje cieszenie się życiem nie mogło być takie samo jak jej cieszenie się życiem. Na przykład nie mogłam sobie pozwolić na wystawienie płaskiego brzucha do słońca, bo go nie miałam. Nie mogłam odegrać się za swe krzywdy na tłumie rozgrzanych pożądaniem wielbicieli, bo nie dość, że nigdy nie otaczał mnie taki tłum, to nawet istniały trudności z pojedynczymi osobnikami. Nie potrafiłam, jak Ewka, dobrać odpowiedniego proszku do udających piżamki bawełnianych koszulek, które miały nadruk "Czas na EB". Tymczasem nocne triumphy Ewki były prawdziwym triumfem przemysłu chemicznego i niezwykle inteligentnych molekuł. A moje koszulki-namioty, zdobyte na pikniku "Trybuny Ludu", są niezależnie od stosowanego proszku szare, choć powinny być czerwone. I, jak się domyślam, nie jest to wyłącznie kwestia ilości tych inteligentnych molekuł ani pralki. To kwestia stylu życia.
Gdy wyjaśniłam blondynie, że mam problem ze stylem życia, powiedziała "Żyj tak, jak lubisz, i po problemie". Po czym jeszcze bardziej odsłoniła biust, który był pierwszym biustem ani za dużym, ani za małym, jaki widziałam na żywo. To właśnie wtedy zrozumiałam rzecz najważniejszą. Olek wcale nie jest mi potrzebny do szczęścia! Tylko idiotka potrzebuje do szczęścia faceta, który co rano budzi ją, szczypiąc w biodro, pytaniem "A co tu za tłuszczyk mamy?". Olek nie jest mi także potrzebny jako degustator mojego bigosu. Przecież tym bigosem zachwyca się cały sąd rejonowy, że nie wspomnę o znawcy bigosu - świętej pamięci wujku Kulejce, sławetnym adwokacie porzuconym niegdyś przez ciotkę Dorotę. Po jaką więc cholerę przez dwadzieścia lat kupuję, tnę, duszę, szatkuję, doprawiam, dolewam wody, zmniejszam gaz i siedzę uwięziona w kuchni (trzecie piętro, wczesny Gierek)? Otóż robię tak po to, żeby mój mąż (rocznik 55) powiedział po pięciu minutach gmerania widelcem po rarytasie "Podaj pieprz", po następnych pięciu
"Trochę za mało suszonych śliwek", po kolejnych kilku, gdy z wypiekami na twarzy czekam na werdykt "Ostatnio był lepszy", a na końcu, gdy usiłuję zmniejszyć wyrok i zasłużyć na łagodniejszą karę, podając mu lampkę wytrawnego wina, dowiaduję się, że jego matka zawsze dodawała majeranek... To nie wszystko! Tu, na plaży, w momencie, gdy Ewki ciało zaczyna przypominać chrupiące prince polo, odkrywam kolejne argumenty dowodzące, że mój mąż nie tylko nie jest mi potrzebny do szczęścia, ale że wręcz jego nieznośna osoba ciąży na mojej osobistej radości życia. Bo po co mi Olek, który:
- jeszcze nigdy nie zmył po sobie talerza ("Dlaczego zostawiasz te talerze? Najlepiej je umyć od razu po jedzeniu!");
- nie znosi moich ulubionych perfum ("Jak możesz ich używać? Czy nikt ci nie mówił, że śmierdzą?");
- programowo nie wysikuje Mak beta ("Nie jestem idiotą, ze by kundel ciągał mnie po swoich ulubionych drzewach!");
- chrapie, gdy oglądam "Na dobre i na złe";
- budzi mnie, gdy on ogląda mecze ("Idź się połóż do innego pokoju, bo oglądam!");
- nie budzi mnie, gdy dzwoni Kryśka, od której kupuję tanie ciuchy ze sklepu "Mały Defekt";
- irytuje się, gdy nucę w samochodzie ("Przestań! Mówią w radiu o cenach paliwa!");
- wstaje rano wściekły ("Kto, do cholery, wziął moją golarkę?"), wraca z pracy wściekły ("Wczorajsze ziemniaki? Chyba przesadzasz. . ."), kładzie się spać wściekły ("Dlaczego kładziesz kołdrę na opak? Mam guziki na twarzy"), zasypia i łóżko nie trzeszczy.
Przeraziłam się. Boże! Jak on mnie musi nie lubić! I jak musi być mu ciężko starać się ukryć prawdziwe uczucia pod pozorami pewnej uprzejmości. Zupełnie irracjonalnie zaczynam współczuć Olkowi. Czuję na policzkach świeży oddech bryzy...
- No, przestań! Nie rycz! - karci mnie Ewka, wystawiając do słońca swój tyłeczek, mniejszy od najmniejszego orzeszka.

*

Po Ewce pozostał stos nie doczytanych gazet, krem z najniższym filtrem UV, żel do depilacji, jej wizytówka (Lekarz nauk medycznych, specjalista patolog. Ciekawe, który z pacjentów wybierze się do niej na własne życzenie?). No i pustka w przestronnym pokoju północnego apartamentu bez widoku na obrazek z morzem. Przyjechał po nią gnany tęsknotą, co było aż nazbyt wyraźnie widać. Sprawiał wrażenie męskiej gwiazdy z Hollywood, która rozświetliła mrok domu wczasowego "Perła". Dotarł do nas błyszczącym z daleka kufrem pieniędzy, umieszczony na czterech terenowych kołach. Wyglądał tak, jak Olek dwadzieścia lat temu, a może i lepiej. Przywiózł pudełko śliwek w czekoladzie, które miały mi zastąpić Ewkę. Mógł dorzucić jeszcze wagę elektroniczną z błędem - 7 kilogramów albo lustro wyszczuplające (jest w każdym szanującym się butiku). Czekoladę szlag trafił, zanim wyjechali (bardziej gorąco było tylko we wrześniu 39 roku), a śliwki skojarzyły mi się z ostatnim bigosem, więc straciłam na nie apetyt. Oddałam je dwóm
emerytom, żeby zapomnieli, choć na chwilę o bobo-frutach i trochę sobie pożuli, a sama płakałam tak głośno, że nie słyszałam dzwoniącej własnej komórki. Portier przyszedł z rachunkiem za wczorajszego szampana i znalazł mnie w łzach. Litościwie pokiwał głową, jakby chciał powiedzieć, że ci. co kochają inaczej, cierpią tak samo jak ci, co kochają normalnie...
Komórki oczywiście nie odebrałam. W efekcie nie dowiedziałam się, że Bambi od Balladyny miał maleńką stłuczkę z fiatem punto i teraz Balladyna jest zmuszona znaleźć sobie nowego faceta z porządnym sprzętem. Nie wiedziałam o powrocie Aliny, która w Bieszczadach znalazła dla Makbeta maleńką panienkę o słodkim imieniu Lady. Nie miałam pojęcia, że słodka suczka Lady zamieszkała w moim koszu na bieliznę i że w domu wszystko w porządku, tylko tato zapracowuje się całymi nocami i rzadko wpada o poranku, żeby choć trochę się odświeżyć Fahrenheitem.
O żadnej z tych spraw nie miałam i nie chciałam mieć pojęcia. Mój urlop nieubłaganie dobiegał końca, a .poza starymi emerytami nikt nie wiedział, że Wanda (przystojna rudawa szatynka, samotna, około czterdziestki, bez zobowiązań, przyjechała do Międzyzdrojów w celach rekreacyjnych. Aby wypocząć według męża), ewentualnie się zmęczyć (według sędziego Glinki) w towarzystwie miłego, dowcipnego, bez zobowiązań, może być nawet łysiejącego blondyna. Wskazane, aby me spożywał w nadmiernej ilości produktów firmy Bobo-Frut.
Postanowiłam sięgnąć po lekturę. W końcu Ewka tej swojej babskiej mądrości też się zdobyła na medycynie. Zostawiła tonę makulatury z receptami na temat "Jak być szczęśliwą". I proszę! Pierwsze pismo - recepta na trzy bite strony pod tytułem Czym zwrócisz jego uwagę? Pisze kobieta. Powinien, moim zdaniem, mężczyzna. Byłoby wiarygodniej.
Dowiaduję się, ku swej radości, że .jego uwagę przyciągają same moje ewentualne wady. Mam być do przesady pruderyjna, kokieteryjnie zalotna, zalotnie figlarna, figlarnie ponętna, ponętnie erotyczna, erotycznie niezaspokojona, a wtedy on zwróci na mnie uwagę. Upora się z moimi marzeniami, które mam od lat osiemnastu, a przy sprzyjających warunkach (wyłączone światło) nie zauważy mojej zszarzałej bielizny.

"W porządku" - myślę. - Poświęci się, pomoże mi stanąć na nogi (a właściwie wyłożyć się na plecy). Będzie mnie pieścił po wydepilowanych łydkach (Ewki żel jest rewelacyjny) i przy sprzyjających warunkach nie zauważy też cholernej kreski na szyi (wyłączone światło)". Nie daje mi jednak spokoju zasadnicze pytanie "Dlaczego to ja mam być taka, śmaka i owaka, aż do erotycznie niezaspokojonej?". Dlaczego to ja muszę robić z siebie idiotkę, żeby on zobaczył we mnie kobietę? A on? Czy nie może tak po prostu podejść, spojrzeć mi głęboko w oczy i czule wyznać: "Od pierwszego spojrzenia zwróciłem na ciebie uwagę"? Widać nie może - westchnęłam z rezygnacją. W recepcie na szczęście we dwoje zadbano o to, żeby kobieta starannie i długo oraz w przemyślany sposób się upokarzała. Zastanawiające jest to, że od czasów mojej babki, Lukrecji Kwak, nic się w tej dziedzinie nie zmieniło. "To nie jest w porządku - rozważałam, starannie rozprowadzając żel na porośniętych zaniedbaniem łydkach. - Ale kto powiedział, że w życiu będzie
wszystko w porządku? Jak dostajesz w prezencie od Pana Boga komplet cycków, to nikt ci nie obiecuje, że z tym prezentem będzie ci łatwiej... Jedyna pociecha to ta, że przynajmniej na boskim prezencie nie rosną włosy, bo tego żelu od Ewki zostało bardzo niewiele".

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
NIE WYCHODŹ JESZCZE! MAMY COŚ SPECJALNIE DLA CIEBIE 🎯