Tequila

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

I
Nie. Ja siedzę jak palant, w dodatku ździebo wcięty, bo walnąłem następną tequilę i mówię: no dobra, dawaj jeszcze tekilkę, i sól, i cytrynę i kup szlugi, bo mi się skończyły, a ja nie mam kaski za bardzo, a on mówi: jasne, przecież jesteś moim gościem. Już teraz wiem, że jeszcze walnę parę luf, że się zbombarduję, a jutro pójdę na ten koncert Lunatyków, bo im obiecałem i złapię złe wibracje, bo na kacu zawsze łapię złe wibracje, szczególnie w takich miejscach jak "Rzeźnia numer 5".

Co za miejsce, nie wiem, dlaczego oni tam grają. Przeżywa się taką pogiętą podróż w czasie: albo jacyś zimnofalowcy grają muzę z 1984 roku, albo przychodzi jakaś ekipa skinolska, jakby ich też dopiero co rozhibernowali. No i to miejsce, klub w starej jatce w najgorszej dzielnicy, od razu słyszę ryk zarzynanych krów, chrumkanie świń, rżenie koni.

Od kiedy prawie wszyscy, oprócz Grubego, przestali jeść mięso, rzeźnie trzeba było przerobić na kluby. Teraz są w nich techniawki i koncerty, a do jedzenia tylko chipsy i alkol oporowo. Szkoda, że strejtedżowcy nie grają, dobre miejsce na ich koncerty. Jak przychodzę w takie miejsce, i to na kacu, to od razu mi się słabo robi, łapię lękowca i zaczynam kasłać, bo zawsze jak złapię lęki, to mam atak kaszlu, po prostu nie mogę się powstrzymać.

I wszyscy oczywiście myślą, że przyjarałem za mocny gras albo że mam gruźlicę, albo coś połknąłem i się duszę, więc zdarza się, że zaczynają mnie walić w plery, a ja nie mogę przestać kasłać, więc mnie jeszcze bardziej walą, a ja nie mogę im wytłumaczyć, żeby mnie nie walili, bo kaszlę, więc mnie jeszcze bardziej walą. W środku ciemno, ponuro, okolica taka, że od razu chcesz uciekać, a jak tam mieszkasz, to się chyba co wieczór chlastasz, przed klubem stoją naziole i tylko czekają, żeby cię zglanować.

A jak poznają, że to ja, to już przesrane totalnie. Dostanę za antyfaszyzm po ryju, nie ma co. Nie wiem, skąd się tam zawsze tylu łysoli bierze. Pewnie ich przepędzili ze śródmieścia, bo nie widziałem ich w dobrych miejscach od dawna. Ostatnio łysole nie mają lekko, bo się lewactwo na mieście wzmocniło i nie ma już takiego terroru, więc teraz tu przychodzą albo tam gdzie jakiś skinolski skłot jest. Zighajl, wrzeszczą pewnie, i łajtpałer. Walą po pięć browów i dalej, do "Rzeźni".

Ale już obiecałem, powiedziałem chłopakom, okej, będę na bank. Wydali teraz płytę „Auto da fe”, chyba muzyka do samochodu, sam dobrze nie wiem, co grają, no i zależy im, więc muszę tam iść. No nic, strzelę jutro dwa browy na kaczora i może jakoś przetrzymam. Ale teraz powinienem już chyba zbastować. Dobra, Dżony, mówię, ale ostatnia lufa, bo jutro idę na koncert Lunatyków i chciałbym coś kumać, a nie zdychać na odwodnienie. A dokąd idziesz, pyta Dżony, do „Rzeźni” mówię, a on: to pójdziemy razem, zawsze chciałem tam pójść, mówi. No tak, myślę, dostaniemy obaj, bo jak naziole zobaczą jeszcze Dżonego, to będą go chcieli zglanować, a że ja jeszcze będę obok, to się nie obejdzie.

Najgorsze w takich lokalach jak "Rzeźnia" jest to, że oglądasz głównie cieniasów. No bo kto tam gra? Goście, którzy od piętnastu lat nie mogą nagrać płyty, nawet nie są w stanie próby sobie zorganizować, więc grają bez próby, co słychać. Jacyś hobbyści, którzy pracują w sklepach z muzą, siedzą tam i z nudów słuchają płyt, a potem usiłują to małpować, więc zakładają jakiś zespół i wydaje im się, że umieją grać.

Póki jeszcze covery grają, to można wytrzymać, ale jak zaczynają rzeźbić własne kawałki, to już jest tragedia. Zresztą kolesie ze sklepów muzycznych są jeszcze z tego całego tałatajstwa najlepsi. Jak poszedłem pierwszy raz do "Rzeźni", to dla pięciu osób na widowni grał bend składający się z samych dziennikarzy muzycznych. Poważka! Czytam czasami ich recenzje — to słabe, tamto cienkie, to nudne, tamto wtórne, to już było, a tamtego lepiej żeby nigdy nie było. Na wszystkim się, kurwa, znają, tylko sami nic nie potrafią, frustraci totalni.

I, czujesz, robisz sztukę, tworzysz coś, być może jakąś nieprzemijającą wartość, a koleś cię zjeżdża w jakimś piśmidle, że jesteś banalny albo pretensjonalny, że może coś z ciebie będzie, a może raczej nie. I te głupoty czytają tysiące ludzi, większość pewnie mu nawet uwierzy.

Koleś wie, bo przesłuchał wszystkie punkowe, hard core’owe, metalowe, artrockowe i popowe płyty, przeczytał wszystkie recenzje w "Rolling Stonie", "Billboardzie", "NME", "Melody Makerze" i ze trzy książki o historii rokendrola, więc jest na maksa zorientowany, ale nie wie, co zrobić z wiosłem, bo co prawda widział na wideo, jak Strummer z Jonesem się zachowywali na scenie, ale czucia na muzę nie ma żadnego.

I okazuje się, że ci sami kolesie nawet grać nie umieją, rzeźbią jakieś wieśniackie solówki, jakaś tam linia basu żywcem zerżnięta z "Forest", pałker za to gra triphopowo, a wokal ledwo zipie, astmatyk chyba, jakby miał się zaraz udusić, w ogóle nie wiadomo, o co chodzi, żadnych słów nie rozumiem, zresztą może to i lepiej, bo o czym może taki gostek śpiewać? O tym, że musi na jutro recenzję z nowej płyty Dolores Haze wysmażyć i w związku z tym ma doła? A w dodatku z dwudziestu numerów nie da się zapamiętać ani jednego. Proszę bardzo — kto nas ocenia!

Lekarzu, ulecz się sam! Bo jeżeli już postanowiłeś grać, rób to dobrze, palancie. Dlatego nie mam szacunku dla gryzipiórów. Ma rację Patrycja, że ich tak czołga, należy im się.
Czasami się zdarza, że bez sensu idę na jakiś gig do znanego klubu. Tak jak poszedłem na koncert Nędzników, którzy wydali właśnie "Grona gniewu" i Dżony powiedział, żebym wpadł. To jest metalowy bend, mówię, nie słucham metalu, osłabia mnie.

Przyjdź, może się przekonasz, namawiał, to bardzo otwarty muzycznie bend, wcale nie grają jakiegoś twardogłowego napieprzania, tylko penetrują różne kierunki muzyki, szukają ciekawych brzmień. Więc poszedłem, nie miałem nic lepszego do roboty, pomyślałem, że to w jakiś sposób może będzie inspirujące, ale zrozumiałem tylko refren z jednego numeru: Who is a Master? You, My Lord! Who is a Master? You, My Lord! i tak w kółko.

Reszta — zupełna kaszana, tępa rąbanka, żadnego szukania ciekawych brzmień, po prostu muzyczna chamówa. A publika trzącha dyniami, łapy w górę i drze się You, My Lord! You, My Lord! Zupełna bezmyślność. Gdyby ci goście z bendu należeli do jakiejś sekty, toby wszystkich tych małolatów, te sziksy z oczami i wargami pomalowanymi na czarno, od razu mieli kupionych. No więc co miałem robić? Uwaliłem się. No i następnego dnia oczywiście kaczor, sahara w gardle, a we łbie tylko Who is a Master? You, My Lord!. Ledwo dociągnąłem do wieczora. Wtedy sobie walnąłem dwa browce i było lepiej.

Co ja słyszę? "Bramy raju" Lunatyków? Pokręciło mnie? Zwariowałem od tego dźwigania, nerw jakiś trumna uciska i mi się w uszach pieprzy? Nie, kurwa, to komuś burakofon dzwoni. Ktoś se te melodie na buraku zaprogramował. Halo? Nie, jestem na cmentarzu, słyszę z tyłu. Co robię? No, na pogrzebie jestem. Nie, nie robię sobie jaj, idę za trumną. Po co? Nie wiem, zadzwonię później, naraska.

I zaraz dzwoni następny z melodią z tego pogiętego serialu, który teraz leci w tiwi i wszyscy ześwirowali na jego punkcie: Tak, wszystko jest aktualne, o ósmej, jak się umawialiśmy, mogę się trochę spóźnić, bo mam tu jakieś obowiązki jeszcze w pracy, nie wiem, czy się coś przypadkiem nie przedłuży. No, jestem w pracy, ale nie w biurze, mówiłam ci wczoraj. Jakby co, zadzwonię. No dobrze, to całuję. Znam ten głos! To ta cipa Patrycja.

No jednak tu jeszcze jest, ale musi się chyba strasznie męczyć. W pracy jest! To jest, kurwa, po prostu bezczelność. Wolałaby być gdzie indziej, na jakiejś dysce, z wciąganiem koksu i pokręconymi technodansami. Wszyscy kompletnie poświrowali z tymi burakofonami, gdzie się nie ruszyć stoją goście i dzwonią, wysyłają sobie esemesy, odbierają telefony, gdzie jesteś, no jadę do ciebie, zaraz będę, a Natalie będzie, dobrze, i zadzwoń do Paola, ja nie mogę dzwonić, bo mi baterie siadają. I taka gadka bez przerwy.

Wchodzisz na imprę i widzisz, jak pięć osób stoi w kółku, każdy ze swoim burakiem, zacięte miny i pstrykają w klawisze. To jest po prostu pojebane. Teraz też czasami słychać z offu: nie teraz, zadzwonię do ciebie za pół godziny, zadzwoń do mnie wieczorem, zdzwonimy się później. No to nara. Co jest? Teraz „Tortilla Flat” Harry’ego Hallera. Poświrowali z tymi burakami kompletnie, nie mogą sobie już jakiegoś naszego numeru zaprogramować, tylko to badziewie? To do ciebie, mówi do mnie nagle Dżony, to jego burak dzwonił, skurwiela. Szef labela powinien sobie zaprogramować numer jakiegoś bendu, który nagrywa dla jego firmy, a nie konkurencji.

Nie mówię nawet, że nasz, niech będzie jakiś numer Nagich i Martwych, oni mają melodyjne kawałki, dobre do telefonów, albo jakąś klasykę światową, ale nie to. Jak to do mnie, mówię cicho, bo on też do mnie szepnął, podszedł cicho, przez chwilę szedł równo ze mną, że niby nic, pochylony, i nagle zbliża usta do mojego ucha, nie wiem, może chce mi język w ucho włożyć, będzie niedobrze, bo mnie to łaskocze i mogę puścić trumnę. To Emma, mówi. Co Emma, pytam, gdzie Emma? Emma mówi, że musi z tobą rozmawiać, szepcze Dżony, mam ją na linii. To ją wyłącz, szepczę mu, przecież niosę trumnę, jak mam z nią gadać?

Kiedyś spaliśmy z Abdulem na cmentarzu. W innym mieście, gdzie mieliśmy grać jakiś gig. Siedzę na ławce w parku, bo się umówiłem z Abdulem i Martinezem, że jak załatwią swoje sprawy, to skoczymy do kogoś, ale jestem wkurwiony, bo się spóźniają. Zawsze mnie wkurwia, jak ktoś się spóźnia. Oni wreszcie przychodzą i Abdul mówi: wygrałem trzydzieści pięć paczek fajek, promocja była. Ja mówię: zwariowaliście, siedzę tutaj jak palant, mieliście być godzinę temu, a wy się bawicie w jakieś promocje.

Spoko, mówi Abdul, siedzimy w knajpie i podchodzi taka laska jakoś idiotycznie ubrana, promocja fajek. Nowy produkt, mówi, zmniejsza emisję szkodliwych wyziewów, ciała smoliste, kancerogenne, teraz jest ich mniej o 70 procent! Możecie wygrać pięć paczek papierosów i firmowe zapalniczki, jeśli wypełnicie ten kupon. No to wypełniłem, jakieś wymyślone dane, i ona mi daje pięć paczek fajek i idzie dalej, do następnej knajpy.

Już zacząłem otwierać pierwszą paczkę, ale patrzę, że idzie do mnie druga taka panna, więc te fajki pod stół. No i ona się pyta: przepraszam, czy mogę panu zająć chwilę, a ja mówię: oczywiście, to dla mnie sama przyjemność. No i ona mówi: czy zgodzi się pan wziąć udział w promocji nowych papierosów? A ja: jak najbardziej. No i ona mi daje ankietę do wypełnienia, nie lubię się chwalić swoim nazwiskiem, więc piszę tam adres Sebastiana Knighta, tego wiesz, kolesia od pokręconej muzy, bo akurat zapamiętałem, jak byłem kiedyś u niego na imprze, a nie mogłem żadnego innego adresu wymyślić, i ona mi daje pięć paczek szlugów, no i idzie, a pięć minut później następna już do mnie startuje.

Pół godziny później miałem całą torbę pełną fajek. Zero organizacji w tej firmie. Zamiast podzielić się knajpami, to jedne panny odchodziły i pięć minut później następne już nam dawały fajki. No, jak mamy tyle fajek, mówię, to trzeba je wyjarać, przecież nie wyrzucimy, nie? A Martinez: nie ma bata, trzeba jarać. No to trzeba kupić wódki, bo inaczej wykitujemy od tych fajek, mówi Abdul. 35 paczek razy 20 szlugów w paczce, czyli siedemset szlugów. Musi być gorzała. Inaczej wszyscy dostaniemy zawału, nikotyna zwęża naczynia wieńcowe, ale wóda je rozszerza, więc się wyrówna.

No więc kupiliśmy po flaszce na twarz i jedną jeszcze rezerwową i pojechaliśmy do jednej panny, co ją Abdul skądś tam znał i teraz do niej zadzwonił, że wpadnie z kolegami z zespołu. Chodziło o to, żeby się przekimać, bo coś się komuś pojebało i przyjechaliśmy dzień wcześniej niż mieliśmy, a hotel był zarezerwowany tylko na noc po gigu, więc nie mieliśmy gdzie kimać. Mieszkała w jakichś totalnych burakach, taryfa jechała i jechała, licznik walił coraz szybciej, pomyślałem, że za tę kaskę to już można kilkanaście paczek fajek kupić, gdzie ty nas wieziesz, mówiłem, a Abdul: zaraz będziemy na miejscu, wyluzuj się, ale jakoś ciągle nie mogliśmy dojechać, może taryfiarz skumał, że jesteśmy tam pierwszy raz i nas naokoło wiózł.

No ale żeśmy zajechali wreszcie, nawet miła okolica, chociaż bez przesady, dużo zieleni, cisza. Panna średnio zachwycona była, że jej się trzech kolesi zwala na chatę, ale od słowa do słowa pękła pierwsza flaszka i pierwsza paczka szlugów i się zrobiło całkiem przyjemnie, chociaż nic do żarcia nie miała, a ja już głodny byłem. Jak zaczęliśmy łoić drugą flaszkę i jarać drugą paczkę, to zauważyłem, bo zawsze takie sprawy wyczajam, że panna leci na Martineza. Nietrudno zauważyć coś takiego, bo wszystkie panny lecą na Martineza, ale skumałem, że Martinez też chce, co też jest nic nadzwyczajnego, bo Martinez prawie zawsze chce. No i w porzo, nie mam nic przeciwko, ale w pewnym momencie, po tym jak na chwilę wyszli razem do kuchni, pewnie wskoczyć w ślinę, i wrócili, Martinez dopadł mnie w kiblu i mówi, musicie się z Abdulem zmyć, bo ja z tą panną mam tu sprawę. Wiem, co będziesz robił z tą panną, mnie to nie przeszkadza, mówię, a od kiedy tobie przeszkadzają kumple, będziemy sobie z Abdulem siedzieć w drugim
pokoju, albo w kuchni.

Wiesz, że kumple mi nigdy nie przeszkadzają, ale jej to przeszkadza, powiedziała, że nie będzie mogła się wyluzować, jak ktoś jeszcze będzie w domu. Sorka, ale tak wyszło, możecie przecież iść do tego hotelu, gdzie mamy zarezerwowane pokoje. Ale dopiero na następną noc, po koncercie, a gramy jutro wieczorem, mówię mu, chyba pamiętasz, i wiesz, że przyjechaliśmy tutaj, bo nie mieliśmy gdzie komarować. Ale jak powiecie, że przez pomyłkę przyjechaliście wcześniej, to na pewno coś wam znajdą, na to Martinez. Nie mamy kaski, mówię mu, taryfa kosztowała jakieś potworne pieniądze, nie ma szans, żebyśmy mieli na nocleg. Dopiszą do rachunku organizatorom koncertu, a jakby co, to powiecie, że jutro będziecie mieli kaskę, jak nam zapłacą za sztukę, mówi ten skurwiel. No chyba możecie to dla mnie zrobić. Dobra, mówię, niech ci będzie.

No i się zmyliśmy z Abdulem. Dobrze, że mu swojej matki nie przedstawiłem, powiedział Abdul jak wyszliśmy. Spoko, twoja matka jest stara i brzydka, ja na to, Martinez leci tylko na młode laski. No i się zmyliśmy. To znaczy, musieliśmy znowu wziąć taryfę, to już była masakra finansowa, pojechaliśmy do tego hotelu, ale się okazało oczywiście, że zero miejscówek, na jutro mamy zarezerwowane, ale dzisiaj to sorry. No i jesteśmy w nocy w jakimś mieście, gdzie nikogo nie znamy, moglibyśmy właściwie poszukać jakiejś mety, jakiejś knajpy czynnej do rana albo dyski, w końcu nam parę zeta jeszcze zostało, może by się jacyś fani naszego bendu znaleźli, którzy by nas przekimali, chociaż na dysce to raczej trudno znaleźć naszych fanów, w dodatku nie wiedzieliśmy, gdzie jest taki lokal.

Za to wiedzieliśmy, gdzie jest cmentarz, bo go mijaliśmy po drodze do tej panny, mieliśmy jeszcze jednego flakona i ze dwadzieścia paczek szlugów, bo trochę tej pannie zostawiliśmy. Więc tam poszliśmy, bo już na taryfę nie było szmalcu, chyba z godzinę żeśmy szli. Zaszliśmy od tylca, a nie od ulicy, żeby nas przypadkiem gady nie schartowały i przeleźliśmy przez mur. Jak skakałem na drugą stronę, to się wypieprzyłem i usyfiłem totalnie w jakimś błocku i liściach. Cmentarz jest lepszy niż park, bo ogrodzony, jak kimasz w nocy, to cię żadni nawaleni skinole czy dresiarze nie napadną, jest cisza i spokój, a jak się jest samemu nawalonym, jak ja i Abdul, to obojętne, czy kimasz na cmentarzu, czy na plaży, grunt, że świeże powietrze.

To ważne, jak masz w sobie ze trzy czwarte litra, bo przed kimaniem wypiliśmy jeszcze przy jednym grobie tę flaszkę, co nam została. Spaliśmy na płytach, więc totalnie nas poskręcało. Jak się śpi na kamieniu, to można potem nie wstać. I rano nie byłem w stanie się z tej płyty podnieść, chociaż mnie suszyło, a bańka tak napieprzała, że chciałem się zerwać i lecieć szukać wody. Próbowałem przełknąć ślinę, ale mi nie wyszło.

Zatrzymała się w połowie gardła i tam została, taki gęsty glut. I w żadną stronę, ani w dół, ani w górę, bo potem chciałem odcharchnąć. Normalnie mało co się nią nie udławiłem. Nadludzkim, jak to się mówi, wysiłkiem odwróciłem się i spojrzałem na napis, żeby wiedzieć, na czyim grobie kimałem. Erna Eltzner, nawet niezła laska na zdjęciu, młoda, ciekawe, na co wykitowała, w każdym razie wykitowała dawno. Bo to ciekawe, na co kto odjechał, jak patrzę na taką laskę, to mam nadzieję, że miała piękną śmierć, a nie taką chujową jak Gruby.

Całkiem ciepło już się robiło, przedpołudnie było, ciekawe, że nas żaden cieć nie przyuważył, chyba że tam nikt nie chodzi i nie sprawdza, a goście do nieboszczyków tylko pierwszego listopada przychodzą. W ogóle to jakiś mało popularny cmentarz, pewnie nowych już tu nie grzebią, a o starych wszyscy zapomnieli. O tej Eltzner też już pewnie nikt nie pamięta.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
ZACZEKAJ! ZOBACZ, CO TERAZ JEST NA TOPIE 🔥