Ten list to ja
3 października 1988 Droga Flavio,
minęło pół roku, odkąd widziałyśmy się ostatni raz. Wtargnęłaś wtedy jak gniewny anioł do hallu Hotel Bellevue, w wiśniowym kapelusiku na głowie, szkockiej spódnicy obijającej się o kolana, w bucikach koloru pomidorowej czerwieni, zdobnych w kokardkę jak u baletnicy.
Nie wiedziałam, że rozstaniemy się na tak długo, nie wiedziałam, że będzie to dla mnie bolesne, nie wiedziałam, że wejdziesz do moich rozmyślań jako „dziewczynka odświętna”. Gdzież się podziały teraz te święta? Kiedy odwracam się, by spojrzeć za siebie, lękam się, że skończę jak żona Lota. A przecież
„nie ma tutaj rzeczy,
na której widok lub głos obraz w duszy
nie wstałby, słodkie nie wskrzesło wspomnienie.”
Moja głowa nadal się odwraca ruchem nieśmiałym i niezręcznym, z lękiem i ciekawością. „Tak, słodkie w sobie, lecz się bólem wkrada / myśl o dzisiejszym dniu, próżna tęsknota / przeszłości...”
Takie jest „wspomnienie? Ciemny przedsionek hotelu Bellevue, brązowawe ściany, jajecznożółty żyrandol, kanapy w różowe kwiaty na popielatym tle?... Za to pokoje są pełne światła, a okna wychodzą na szarobłękitne skały Monte Sciliar. Mogłabym zamienić się w słup soli, gdybym się uparła, wiem, jak żona Lota; jakże się ona nazywała? Biblia nic o tym nie mówi. Przekartkowałam ją od deski do deski. Możesz tylko wyobrazić sobie kobietę bez imienia, bez twarzy, należącą na mocy małżeństwa do niejakiego Lota.
A przecież jej gest pociągnął za sobą katastrofalne skutki: ciekawość, uczucie zmysłowe i nieposkromione, zamiast uczynić ją bardziej ruchliwą, żwawą i uczynną, zamienia ją w posąg, usztywnia jej członki. Czyżby pamięć była procesem paraliżującym ducha? Czy taką sugestię otrzymujemy od Boga?
Ciągle odwracam głowę ruchem nieśmiałym a zarazem ryzykownym, tłumiąc obawę, że mogłabym popaść w pułapkę niepamięci. Na tle miasta wyłaniającego się w blasku wspomnień, widniejesz ty, Flavio, uwięziona w drzwiach obrotowych. Pamiętasz? Lubiłaś popychać ciężkie odrzwia obiema rękami, wyjść i znowu wejść, gdy tymczasem jakaś pani z rakietą tenisową w dłoni czekała cierpliwie, aż skończysz swoją zabawę i pozwolisz jej się przemknąć.
Hotel Bellevue. To także zakazane? Nie odwracaj się, czy nie czujesz smaku soli? A przecież był to hotel tak spokojny, w niczym niepodobny do Sodomy i Gomorry, o solidnych góralskich tradycjach, goszczący przeważnie ludzi starszych.
- Tak bardzo chciałam cię znów zobaczyć! - powiedziałaś, wchodząc do hallu. Potem podbiegłaś do swojej matki, aby pomóc jej wnieść dużą walizkę w paski. W tym czasie twój ojciec oparł wiolonczelę w czarnym futerale o parapet recepcji i poprosił o klucze dwóch pokoi, które zarezerwował.
- Panienka życzy sobie pokój z widokiem na Monte Sciliar? - zapytał portier z rewerencją. Ty zaś, utrudzona targaniem ciężkiej walizki, padłaś na kanapę w różowe kwiaty i rzekłaś: - W tej chwili jestem strasznie zmęczona - zdanie typowe dla twojej babki Fiorenzy, które wypowiedziałaś z prawdziwym darem naśladownictwa.
- A wuj Edward? - zapytałaś, podskoczywszy na kanapie, już niepomna swego „strasznego zmęczenia”. Wuj Edward był łączącym nas ogniwem, naszym nabytym powinowactwem, węzłem sympatii, która pchnęła cię ku mnie, a mnie ku tobie. Jak gdyby oczywistym było, że między sześcioletnią dziewczynką, a pięćdziesięcioletnią kobietą może powstać związek oparty na ciekawości i czułości. Zwłaszcza gdy nie są spokrewnione i znają się od niedawna.
- Wujek Edward ćwiczy w swoim pokoju na piętrze - powiedziałam, patrząc, jak skaczesz radośnie. - To chodźmy na górę. - I pierwsza pobiegłaś do windy. Chciałaś sama swoim tłustym paluszkiem nacisnąć guzik, a potem patrzeć z zadowoleniem, jak czerwona cyferka zapala się na każdym piętrze.
- Zrobimy mu niespodziankę - powiedziałaś. I podeszłaś do drzwi, aby je nagle otworzyć i wrzasnąć: „To ja!” Ale drzwi do pokoju 38 były zamknięte na klucz, więc komicznie skrzywiłaś buzię. Niespodzianka nie wypaliła. Słychać było zza zamkniętych drzwi cierpkie, ale i nader słodkie nuty Preludium E-dur Bacha. - Zapukaj mocniej! - podpowiedziałam ci.
Zapukałaś, ale wujek nie usłyszał, bo grające skrzypce stłumiły twoje pukanie. Zapukałaś jeszcze raz, silniej. Preludium urwało się i usłyszałyśmy jego „skrzeczący”, jak powiadasz, głos:
- Kto tam?
- Pokojówka, mam list dla pana - powiedziałaś tłumiąc chichot. Dały się słyszeć kroki i odgłos przekręcania klucza w zamku. Na progu ukazał się twój piękny wuj Edward, w piżamie, ze skrzypcami w jednej ręce i smyczkiem w drugiej, z uśmiechem zaskoczenia i uradowania na delikatnych ustach, które nasza wspólna znajoma nazywa „barokowymi”.
- Ten list to ja! - zawołałaś, obejmując go.
Kiedy witaliście się roześmiani, podniosłam z podłogi zwinięty w kłębek sweter i powiesiłam w łazience mokry ręcznik. Twój przemiły wuj nie jest co się zowie „osobą dbającą o porządek”. A jednak, kiedy gra, jest bardzo dokładny i systematyczny. Jak wiadomo, w muzyce trzeba nieustannie dbać o geometryczne rozłożenie pauz.
- Wracam do mamy, bo muszę jej pomóc, a ty graj dalej - powiedziałaś z powagą. Wzięłaś mnie za rękę i wróciłyśmy razem piętro niżej.
Ten nasz stary hotel, pełen starych kanap, stołów do gier, akwariów, wydawał się żywcem wzięty z filmu Jacques’a Tati. Czy widziałaś może Wakacje pana Hulot ? Pełne popłochu nieprzystosowanie do rzeczywistości pokazane przez Tatiego jest dla mnie zawsze źródłem uciechy.
Pan Hulot, z długą fajką w zębach, usiłuje uczestniczyć w wakacyjnych rozrywkach swoich rodaków, ale zawsze kończy się tym, że powoduje całą masę katastrof; te katastrofy wstrząsają senną atmosferą miasteczka i ustanowionym porządkiem spędzania wakacji w Prowansji lat pięćdziesiątych XX wieku. Goście hotelowi są przywiązani do określonych godzin, do swoich przyzwyczajeń: do długich meczów tenisowych, których echo dociera nawet z daleka dzięki owemu plof, plof gumowej piłki odbijającej się od płaskiego boiska; do spacerów plażą o zachodzie słońca, kiedy panie zbierają muszelki, podają je mężom, oni zaś obojętnym ruchem zaraz je wyrzucają; do popołudniowych partyjek w karty wokół stolików pokrytych zielonym suknem; do w milczeniu spożywanych kolacji, przerywanych „niedopuszczalnym” rumorem przewróconego przez dziecko krzesła; do sufletów z borowików w beszamelu; do marchewki a la Vichy; do balu maskowego, na który nikt nie przychodzi w przebraniu, z wyjątkiem komicznego pana Hulot.
- Kto to jest pan Hulot? - zapytałabyś na pewno, zgodnie ze swoją dziecięcą logiką. No cóż, to trochę twój prostoduszny wuj Edward, trochę ty, Flavio, a może trochę i ja z powodu moich niezręczności i śmiesznego roztargnienia.
Przypuszczam, że niemało podrosłaś w czasie tych sześciu miesięcy; jak szczypiorek, co ledwo na chwilę się odwrócisz, a on już wyrósł wysoki i bujny. Moja matka mówiła, że jeśli ktoś wytęży całą uwagę, może usłyszeć, jak trawa rośnie. Czy tobie się to zdarzyło?
Rano pukałaś do moich drzwi i pytałaś: - Jakie buty mam dziś włożyć? - Ja odpowiadałam: - Te z wozem pancernym. - A ty: - Czy nie lepiej, żebym włożyła białe tenisówki? - Na spacer do lasu się nie nadają. - brzmiała moja odpowiedź. - no to włożę czerwone, a po południu białe, co?
Stopy pewnie także ci urosły. Ale bardzo proszę, zatrzymaj się na numerze trzydzieści siedem. To numer dobry dla kobiety. Jeśli bedziesz miała większe, powiedzą, że masz nogi jak podolski złodziej. Starzy mądrzy ludzie mówili, że duże stopy mają osoby niepewne siebie, hojne, ale wprowadzające zamęt. Ty ani nie wprowadzasz zamętu, ani nie jesteś postrzelona; jesteś dziewczynką lubiącą porządek, poza tym masz silną wolę, z lekką skłonnością do melancholii.
Kiedy spoglądałaś na moje buty, marszczyłaś nos. Na twój gust były zbyt ciemne i toporne. - Dlaczego nie nosisz złotych sandałów? - pytałaś mnie, i po sposobie, w jaki przygryzałaś dolną wargę, domyślałam się, że to ty chciałabyś takie mieć. Wiedziałaś jednak, że twoja matka Marta nie pozwoliłaby na to, dlatego chciałaś, bym chociaż ja je nosiła.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że noszę buty takie, jak zakonnice. Pewnie byś się z tym zgodziła. Gdybym cię niespodzianie zapytała: - Podobają ci się moje buty? - ukryłabyś się za tym swoim uśmiechem, który wykwita ci odruchowo, kiedy coś ci nie smakuje, ale nie śmiesz powiedzieć tego głośno, aby nie obrazić osoby, która potrawę przygotowała.
Wyobraź sobie, że moje stopy ostatnio zaczęły rosnąć, choć dawno już przekroczyłam wiek rozwojowy. Śmieszne, prawda? Od pewnego czasu buty mnie uwierały. Zastanawiałam się, czy moje stopy nie zrobiły się „miękutkie”, jak mówiła moja sycylijska niania, czyli zbyt wrażliwe na jakikolwiek rodzaj obuwia. Po czym któregoś dnia powiedziałam sobie: wiesz, co zrób? kup sobie buty o numer większe, dla wygody, a jeśli będą za duże, dokupisz sobie wkładkę. Ale poczułam się znakomicie i od razu przestały mnie boleć nogi.
Stopy nie mogą jednak być za małe, bo wtedy się potykasz. Chyba że nie urośniesz wyższa niż metr pięćdziesiąt. Ale jestem pewna, że będziesz wyższa. Już jesteś wysoka jak na swoje pięć lat. Jeśli urośniesz taka jak twoja mama, to wystarczy. Może jednak przerośniesz swoich rodziców i będziesz jak tyczka. Wyobrażasz sobie dwudziestoletnią Flavię, o długich, długich nogach i wielkich stopach, w wiśniowym kapelusiku na głowie i pomidorowoczerwonych bucikach na nogach?
Mnie prawdopodobnie już nie będzie, a ty staniesz się ładną dziewczyną o ciemnokasztanowych oczach i uśmiechu na wpół nieśmiałym, na wpół wyzywającym. Wiem o tym, że jesteś dziewczynką nieśmiałą; kryjesz się nawet przed sobą, ale nie brak ci, jak wszystkim ludziom nieśmiałym, pewnej zuchwałości. Kiedy ogarnia cię strach, twoje oczy mrużą się, jakbyś lękała się światła. Wtedy spuszczasz rzęsy, jak mniszki spuszczały zasłony, kiedy chciały patrzeć zza krat klasztoru, a same nie być widziane.
Czasami jednak potrafisz być śmiała. Z milczącej zamieniasz się w gadułę i nie sposób cię powstrzymać. Przychodzą ci do głowy najrozmaitsze pytania i one cię ośmielają: dlaczego krowy mają ogon, a ja nie? dlaczego mamusie mają bzika na punkcie karmienia dzieci? dlaczego góry są zielone, a niebo niebieskie? dlaczego zawsze tatusiowie wyjeżdżają, a mamy zostają w domu i czekają na nich? dlaczego ty masz oczy niebieskie, a ja brązowe? dlaczego wuj Edward nazywa cię „amorero”?
Niełatwo odpowiedzieć na twoje nie kończące się pytania. Przypominasz mi w tym mojego profesora filozofii, o wiecznie potarganych włosach, ale miłego, który nauczył mnie wysnuwać wątek z kłębowiska myśli: dlaczego człowiek umiera? pytał, wychylając się zza katedry i ukazując spod zawiniętych rękawów marynarki włochate ręce; dlaczego niebo jest błękitne i wydaje się puste? dlaczego zło nazywamy demonem? co znaczy wierzyć w przyszłość?
W zakłopotanie wprawiały nie tyle odpowiedzi, ile same pytania: podważanie rzeczy oczywistych i zakorzenionych w umysłach, nie poprzestawanie na odpowiedziach łatwych i automatycznych. We wszystkim kryje się jakieś „dlaczego”, prowadzące do innego „dlaczego”, które z kolei sugeruje nieprzewidziane drobne „dlaczego”, to zaś wywołuje inne, całkowicie nowe i zaledwie powstałe „dlaczego”.
Odpowiem tylko na ostatnie z twoich pytań, ponieważ dotyczy mnie osobiście: wuj Edward nazywa mnie „amorero”, bo mnie kocha. „Amorero” to mała deformacja słowa „amore”. Pewnego dnia zaczęliśmy dla zabawy dodawać do każdego słowa końcówkę „ero”, żeby brzmiały z hiszpańska, trochę fantazyjnie. Potem weszło nam to w zwyczaj. Na przykład on mówi:
- Chodźmero do kinero - a ja odpowiadam:
- Jaki filmero chcesz zobaczero?
Dziecinna zabawa, powiesz pewnie, i rzeczywiście chodzi o „dziecinnero sekretero”. W świecie dorosłych nazwano by to żargonem. Ale żargon, aby był za taki uznany, musi być używany przez większą liczbę osób; tymczasem nas jest tylko dwoje. Co prawda zakochanym wydaje się, że są ich tłumy, choć stanowią tylko jedno plus jedno; roszczą sobie prawo do wymyślania własnych żargonów, które traktują tak samo serio, jakby to był język mający swoją prawdziwą gramatykę i składnię. Byliby gotowi wydać słownik terminów na „ero”, gdyby mieli do tego jakieś naukowe uzasadnienie.
Moja przyjaciółka Laura, nieco roztargniona, sądziła, że ja nazywam twojego wuja „torero”, więc któregoś dnia zwraca się do niego: „Posłuchaj, torero.” Od tej pory nazwaliśmy ją „torera” i w ten sposób weszła do naszego ogródka językowego.
Dla mnie to gra z zastosowaniem powszechnie używanych słów, dla twojego wuja zabawa dźwiękowa. Także dla twojego ojca dźwięki liczą się ponad wszystko. Nie przypadkowo są obaj muzykami wychowanymi w rodzinie całkowicie oddanej muzyce. Nie wiem, czy ci to już opowiedziano, że twój pradziadek był słynnym wiolonczelistą. Był na tyle ekscentryczny, że poślubił egipską księżniczkę, córkę arabskiego króla gdzieś na pustyni, który co roku otrzymywał tyle złota, ile sam ważył, toteż wyhodował sobie brzuch wielki jak beczka.
Księżniczka Amina zaś, która jako niewiasta nie podlegała wycenie na wagę złota, była szczupła i śliczna i miała ciemne opadające na ramiona włosy. Owa księżniczka Amina, przynajmniej tak mi opowiadał wuj Edward, hodowała w ogrodzie bardzo inteligentną i charakterną gęś o imieniu Belo. Rano, gdy wstawała z łóżka, twoja prababka podchodziła do okna i wołała: „Belo, Belo!” A gęś odpowiadała: „Uhe, uhe”. Belo była też zazdrosna i pewnego razu, gdy pradziadek zbliżył się do żony, aby ją pocałować, Belo boleśnie uszczypnęła go w tyłek.
Mówi się, że Amina była bardzo elegancka, wyrafinowana i przepadała za słonymi przekąskami. Jak ty, Flavio, wolała korniszonka od miodowego karmelka. Poznała się z twoim dziadkiem w okolicznościach dramatycznych i romantycznych zarazem. On leciał pewnego dnia w swoim dwupłatowcu i miał awaryjne lądowanie na plaży u wybrzeży adriatyckich. Z maszyny zgniecionej i połamanej, ale nie mniej pięknej i fascynującej, wyskoczył młody pilot, jak w amerykańskim filmie z lat dwudziestych, i zaczął gorączkowo szukać telefonu, aby ściągnąć jakąś pomoc. Przypadek sprawił, że jedyny telefon w okolicy znajdował się w willi egipskiej księżniczki; willi ukrytej wśród drzew pistacjowych i karłowatej sosny, rosnących wzdłuż wybrzeża, wówczas jeszcze dzikiego i przepięknego. Dziewczyna ujrzała nieszczęsnego młodzieńca, pozwoliła mu wejść i zatelefonować. I ten telefon „skojarzył” ich, jak w klasycznym romansie, zrodziła się bowiem wielka miłość uwieńczona małżeństwem.
Opowiadają, że młoda Amina o długich włosach i aksamitnym głosie miała słabość do zażywania lekarstw, która przyszła potem na twojego dziadka Pandina. I kiedy zamieszkała po raz pierwszy w Neapolu, gdzie wydała na świat swojego jedynego syna, tak często posyłała służących do apteki, że w końcu jej właściciel zapytał, czy nie otwarto w dzielnicy jakiejś kliniki.
Ot, rodzinne mitologie, ktoś by pomyślał, bez żadnego znaczenia. Ale rodzina bez mitologii jest jak niebo bez gwiazd, pusta i niepokojąca przestrzeń.
Twoja egipska prababka, o długich ciemnych włosach, zginęła za młodu w wypadku lotniczym nad wodami Morza Śródziemnego. Dziwny los związany z lataniem, prawda? dwupłatowiec przyniósł jej miłość, dwusilnikowy samolot zgotował jej śmierć.
Kilka lat później twój pradziadek Arduino ożenił się powtórnie, wbrew opinii całej rodziny, z piękną skrzypaczką, która ma na imię Teresina.
Wiesz, że ją spotkałam, tę twoją macoszą prababkę, nazwijmy ją tak, w Nowym Jorku, gdzie twój wuj miał wystąpić z koncertem? Dowiedzieliśmy się przypadkiem, że Teresina ma zagrać w małej sali Metropolitan Museum i poszliśmy tam ogromnie zaciekawieni.
Minęliśmy sale wytapetowane starymi obrazami i nagle zobaczyliśmy ją na jesionowej estradzie, między dwiema żółtymi kurtynami; miała na sobie czarną suknię z głębokim dekoltem, posrebrzone siwizną włosy opadające na ramiona i była bardzo piękna pomimo swoich siedemdziesięciu lat.
- Diabeł nie kobieta, gra jeszcze znakomicie! - powiedział wuj Edward po wysłuchaniu kwintetu Boccheriniego Ucieczka z Madrytu. On jeden z całej rodziny czasem ją odwiedzał. Faktem jest, że twój dziadek, ojciec twojego ojca, gnuśny Pandino o podkrążonych oczach i ociężałym kroku, nie cierpiał jej, ponieważ Teresina zajęła miejsce ukochanej matki, właścicielki Bela. Prócz tego synów Pandina wychowywano tak, by traktowali ją jak obcą.
Wuj Edward, który jest ciekawy jak sroka i lubi stawać okoniem, postanowił nie liczyć się z ostracyzmem rodziny względem pięknej Teresiny. Poza tym jest skrzypkiem i ta kobieta, która „gra jak anioł”, bardzo go interesowała.
W garderobie, po koncercie, wydała mi się blada i cierpiąca. Rzeczywiście odczuwała silny ból pod lewą łopatką, jak powiedziała nam z uśmiechem, a mimo to zagrała z wielką finezją i znawstwem.
Zresztą w rodzinie twojej babki, matki twojego ojca, też są muzycy. Twój pradziadek Edward był cenionym pianistą. Zdarzało mi się czasem, po koncertach twojego ojca i wuja, widzieć ich wszystkich razem przy suto zastawionym stole. Dziadek pianista jest jeszcze pełen wigoru i ochoty do życia mimo łysej głowy, grubych szkieł krótkowidza i twarzy pooranej zmarszczkami.
Babkę Fiorenzę, twoją prababkę, nazywa się w rodzinie nonná i nie znam osoby cichszej i delikatniejszej niż ona. Jej drobna postać, nieco zgarbiona, wskazuje na postawę całkowitego poświęcenia życia innym. Gołym okiem widać, że dnie i noce pochylała się nad dziećmi, nad mężem, wnukami, nad fortepianem, przyrządzaniem posiłków, nad zwierzętami. Tak że jej sylwetka przyjęła wyraz, który nazwalibyśmy „uważnej i sumiennej daniny”.
To dziwne, ale na koncertach w Castelrotto twoi dziadkowie nie bywali. Zazwyczaj są obecni na występach synów, zwłaszcza jeśli grają razem. Ciekawe, że w tej rodzinie muzyków talent ominął jedno pokolenie: od twoich pradziadków trzeba przeskoczyć do twojego ojca Arduino i wuja Edwarda, żeby odnaleźć w domu muzykę. Twoja babka Hiacynta, która jest kobietą o wielkiej sile woli i zdolnościach organizacyjnych, zaczęła od gry na fortepianie, jak ojciec, ale skończyła na tym, że była tylko matką, choć jako osoba aktywna zawsze łączyła obowiązki rodzinne z różnego rodzaju działalnością.
Twój dziadek Jusuf, zwany Pandino, był może zbyt leniwy, żeby się przymierzyć do jakiejkolwiek kariery artystycznej. Ograniczył się do wykopania sobie nory, zapewniającej mu schronienie, i stamtąd spode łba patrzy na świat z trwożliwością właściwą wyrodkom.
Zresztą co robią niedźwiadki panda? zjadają liście, tuczą się miodem i gromadzą to, co znajdą w poszyciu leśnym. Twój dziadek Pandino także zbiera zardzewiałe gwoździe, skrzywione śrubki, zużyte nakrętki, porzucone kawałki drutu. Przechowuje te rzeczy w wielkich pudłach z naklejoną na wierzchu etykietką. A kiedy w domu czegoś potrzeba, można być spokojnym, że on to znajdzie w którymś ze swoich tajemniczych kuferków.
Może zdarzyło ci się otworzyć szafę w sypialni dziadka i znaleźć tam mnóstwo haczyków, zerwanych łańcuszków, naparstków i śrubokrętów? Albo otworzyć lodówkę i stwierdzić, że jest pełna lekarstw. Podobnie jak jego matka Amina, Pandino ślepo wierzy w skuteczność leków. Jego zaufanie do środków farmaceutycznych jest tak wielkie, że nieraz zdarzyło mu się zachorować, ponieważ łykał pigułki przeciwko wyimaginowanym dolegliwościom. W lodówce często nie ma miejsca na mleko, bo na półkach stoją opakowania kropelek, aerozoli, pastylek do ssania, tabletek przeciw bólowi krzyża, żołądka, kości.
Ma jeszcze inne dziwactwa. Chociaż jest leniwy i ociężały, Pandino pasjonuje się bronią. No i jak wszyscy dziadkowie, ma swoje sprzeczne cechy charakteru. Jest hojny a jednocześnie skąpy. Słynne jest jego zdanie: „Beppe, daj mi wino najgorsze, jakie masz”. A było tak, że pewien murarz wykonał mu w domu w charakterze przysługi jakąś robotę, dziadek chciał mu więc podziękować. I czy to dlatego że młody robotnik był mu antypatyczny, czy że w sposób pośredni i skryty chciał mu dać odczuć dzielącą ich różnicę klas, czy że przyszło mu do głowy tak sobie zażartować, zapragnął, owszem, ofiarować wino, ale najgorszej jakości. Sprzedawca win potraktował jego życzenie dosłownie. Toteż gdy murarz przyszedł innym razem, powiedział:
- Dziękuję, panie inżynierze, ale to wino było paskudne; skąd je pan wytrzasnął, jakby z jakiego ścieku!
Twojemu dziadkowi podobają się filmy z cyklu Agent 007, historyczne epopeje starożytnego Rzymu i rysunkowe filmy dla dzieci, jak 101 dalmatyńczyków. Pandino i twój wuj Edward, mój ukochany, kiedy są sami, idą do kina na filmy, których nikt w rodzinie nie ma ochoty oglądać. Doskonale się bawią, zajadają chrupki, lody, po czym wracają do domu zadowoleni i szczęśliwi.
Ściskam cię
twoja Vera