Tempus Fugit 2
Gabinet szefa pachniał dobrym tytoniem i wielkimi możliwościami. Wielkie możliwości wypełniały dosłownie każdy kąt, tak że nie było już potrzeby podkreślać efektu wystawnymi meblami. Wystarczył skromny, elegancki wystrój. Kilka trofeów szkolnych i sportowych, zdjęcie rodziny na biurku, na ścianach oprawione w proste ramki, nierzucające się w oczy dyplomy.
Pięknie wygrawerowana tabliczka z napisem „Zakaz palenia” wisiała dokładnie nad etażerką mieszczącą zbiór najlepszych cygar. Nienagannie wypolerowany mosiądz lśnił, stanowiąc widomy dowód potęgi człowieka jawnie obnoszącego się ze swoimi upodobaniami w kraju, w którym na widok niedopałka wszyscy wpadali w histerię.
Ned Turner siedział w głębokim fotelu, paląc fajkę. Na widok Scotta jego pociągłe, opalone oblicze miłośnika żeglarstwa rozjaśniło się niczym słońce.
– Siadaj, John. Zapalisz? – Wskazał gestem kolekcję fajek na półce za sobą.
Scott potrząsnął głową.
– Wolę swoje, jeśli można – powiedział, wyciągając z kieszeni pomiętą paczkę papierosów. Szef splótł palce.
„Już po uprzejmościach – pomyślał John. – Rytuał się odbył”.
Każde spotkanie w gabinecie starego zaczynało się tak samo. Widocznie ktoś mu kiedyś wmówił, że okazanie gościowi zainteresowania to zwyczajowe zachowanie istot ludzkich. Nie rozumiał, ale stosował.
– Nie jesteś jakoś specjalnie religijny, John? – spytał.
Scott spojrzał prosto w ciemne, czyste jak obsydian oczy szefa. Nie zdziwił się. Nigdy nie dziwił się w pracy.
– Specjalnie to raczej nie – odpowiedział.
Turner pochylił się nieco do przodu.
– To doskonale – stwierdził z zadowoleniem, jakby podwładny odpowiedział właściwie na ważne pytanie egzaminacyjne. – A co sądzisz o zjawiskach nadprzyrodzonych? Widziałeś kiedyś coś niezwykłego, John? Coś, czego nie można racjonalnie wytłumaczyć?
Przed oczami zamyślonego Scotta mignął obraz okutanej czarnymi szmatami kobiety podnoszącej w górę wrak samochodu miażdżący jej dziecko. Davisa, który oberwał cztery razy w klatkę piersiową i wciąż strzelał, jakby nie zdążył się zorientować, że nie żyje. Troya, który po prostu wyglądał jak ktoś, kto umrze dzisiejszej nocy. I Martiniego, z jego nieodzownym świętym medalikiem w garści, wyłaniającego się spod gruzów niczym Łazarz.
– Widziałem wiele dziwnych rzeczy – powiedział. – Naprawdę wiele, sir.
Szef skinął głową.
– Więc będziesz miał szansę popatrzeć na coś zupełnie niezwyczajnego, John. Scott spojrzał na szefa uważnie, ale równie dobrze mógł zapatrzeć się na ozdabiający ścianę fotos Laurence’a Oliviera w Henryku VIII. Ta sama niewzruszona pewność własnych racji... Stary zazwyczaj nie miał skłonności do pompatycznych przemów. Chyba że okoliczności były oficjalne.
Teraz pochylił się mocno do przodu.
– Scott, czy znany ci jest problem podróży w czasie? – spytał.
John wciągnął głęboko do płuc aromatyczny dym.
– Jasne – powiedział spokojnie. – Ze starych filmów science fiction.
Szef uśmiechnął się leciutko.
– Pracujesz u nas od lat. Jesteś jednym z naszych najlepszych ludzi. Najcenniejszych. Odwołałem wczorajszą akcję, bo pojawiło się coś o niebo ważniejszego. Weźmiesz udział w bardzo istotnym projekcie. To zadanie świadczy o wielkim zaufaniu, jakim cię darzę. Spotyka cię prawdziwe wyróżnienie, Scott.
John patrzył na własne dłonie. „Wielkie gówno – pomyślał. – Piękne wprowadzenie do wielkiego gówna. Oto, co się naprawdę odbywa. Właśnie tam ma zamiar cię posłać, bracie”.
– Więc jak ma wyglądać zadanie, sir? – spytał.
Turner nieznacznie przygryzł wargę.
– Wrócisz na teren Palestyny – powiedział wolno. – Mniej więcej.
Scott lekko zmrużył oczy. „Jasne – pomyślał – byłem tego pewien”.
Stary poruszył się niespokojnie w fotelu.
– Nie chodzi o to, co właśnie przyszło ci do głowy, John. Cofniesz się o ponad dwa tysiące lat. Masz być świadkiem ukrzyżowania, chłopcze. Nie, nie mylisz się, tego jedynego, niezwykłego ukrzyżowania. A potem zdasz raport. Rozumiesz?
John pozwolił sobie na płytkie, niemal niesłyszalne westchnienie.
– Dlaczego ktoś od nas, sir? – spytał. – Czy to nie jest raczej sprawa dla Mosadu?
W obsydianowych oczach dowódcy zalśniło i zgasło rozbawienie.
– Nie sądzę. Nie chcą nawet dopuścić myśli, że mogli się wtedy pomylić.
Scott strzepnął popiół do eleganckiej popielniczki w stylu japońskim. Choć rosło w nim zdumienie i niedowierzanie, druga część jego osobowości, ta profesjonalna, nauczyła się, że nie istnieją zadania nieprawdopodobne.