Technomagia i smoki

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Obudziły mnie przeraźliwe ryki. Początkowo sądziłem, że jest to klakson smokochodu, do którego dorwał się jakiś kretyn, lecz gdy uchyliłem okiennice, ujrzałem, że przed gospodą stoi wózek zaprzężony w osła. Właśnie to nieduże zwierzę produkowało te okropne dźwięki. Słońce świeciło oślepiająco i chciało mi się pić. Stwierdziłem, że w tych warunkach nie można spać i pomimo, iż mój zegarek wskazywał 7:48, umyłem się, ubrałem, spakowałem i poszedłem na dół.

Nie zastałem tam nikogo oprócz Mofka, niemal leżącego na bufecie i wpatrującego się w oczy gnomiej panny, wycierającej z brzękiem kufle i sztućce. Usiadłem jak najdalej od źródła tych dźwięków i zażądałem kwasu chlebowego. Był on przyjemnie chłodny i lekko się pienił, co uznałem za bardzo pomocne w likwidowaniu ubocznych efektów wczorajszych zmartwień.

Dwadzieścia po ósmej przed gospodą rozległ się turkot i ujrzałem przystający furgon, zaprzężony w tricenanty. Wysiadło z niego kilku podróżnych, którzy rozeszli się w różne strony. Dwaj z nich wleźli z hałasem do sali i zażądali głośno jajecznicy na bekonie, cynaderek i dzbana piwa. Na sam opis tego menu zrobiło mi się byle jak, a gdy dobiegły mnie zapachy smażenia, poczułem się jeszcze podlej.

Pokrzepiałem się więc kolejnym łykiem kwasu chlebowego, gdy nagle drzwi wejściowe otwarły się z hukiem i zrobiło się w nich ciemno, gdyż zatkał je sobą jakiś ogromny osobnik. Przecisnął się przez nie z pewnym trudem, stanął na rozstawionych nogach i zaryczał głosem godnym bawołu w rui: – Jestem Gnurr z plemienia Bruthali! Zmierzę się i wygram z każdym na dowolną broń, a i gołymi rękami też!

Wrzaski połączone z zapachem smażeniny zmieszanym z wonią skórzanej odzieży Gnurra sprawiły, że mój żołądek postanowił wykonać salto. Jednak uznałem, że w obecnej sytuacji wykonywanie jakichkolwiek gwałtownych ruchów jest bardziej niż niewskazane i spróbowałem namówić go do zachowania pozycji neutralnej.

W tym momencie osobnik ryknął znowu:
– Nie ma chętnych? Pokonam każdego w walce na miecze, topory, w boju kułacznym, w piciu i chędożeniu!
Przyjrzałem się Bruthalowi nieco dokładniej. Przy nim właściciel budy w której Siballa walczyła z trollicą, słynny C’Onan, prezentował się łagodnie niczym pluszowy miś w porównaniu z dzikim niedźwiedziem, który właśnie wylazł z gawry. Do szerokiego, grynszpanowo-zielonego pasa (ciekawe, komu go ukradł?) miał przytroczoną pochwę z ogromnym mieczem, nieprzyjemnie zakrzywiony nóż i sakwę nabijaną srebrnymi ćwiekami. Jego długie włosy nie były niczym związane, gdyż zlepiający je tłuszcz trzymał mocniej od jakiegokolwiek rzemienia. Rozwiać je mogło jedynie tornado.

Skóra kaftana i nogawic Gnurra wyglądała (i pachniała) tak, jakby ktoś zdarł ją pospiesznie z jakiegoś bydlęcia, nie trudząc się nawet jego zabijaniem, o takich drobiazgach jak wyprawianie nie wspominając. Jej bogata faktura ujawniała miejsca, gdzie były przyrośnięte ścięgna i jakieś niezidentyfikowane kawałki wyschniętego mięsa.

Na ten widok i zapach mój żołądek postanowił zamienić się w windę – podjechał kilka kondygnacji w górę, cofnął się, aby minąć punkt swego zwykłego pobytu i zjechał do piwnicy, by znów czym prędzej ruszyć na siódme piętro. Uznałem, że niezależnie od oczekiwań Gnurra, powinienem zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. Powoli wstałem i właśnie zamierzałem udać się w stronę drzwi kuchennych, lecz usłyszałem ryk, skierowany wyraźnie do mojej skromnej osoby:

– O, uczeniec! Na co zmierzysz się ze mną? Dzień bez boju, to dzień stracony, co? – Po wygłoszeniu tej kwestii Gnurr podszedł do mnie niepokojąco blisko, na dodatek zastawiając sobą drogę do drzwi.
– Wybacz, szanowny Gnurrze, lecz zamierzałem tylko wyjść na zewnątrz…
– Aby walczyć na topory? Ha, uczeniec, a takiego ducha! To mi się podoba!
– Niestety, w toporach nie jestem najlepszy, w mieczach też, a i w boju kułacznym mógłbym cię rozczarować. Picia po wczorajszym mam zdecydowanie dosyć, a jeśli mowa o chędożeniu, to jesteś niewłaściwej płci – tu z przerażeniem pojąłem treść swych właśnie wypowiedzianych słów.

Małe oczka Bruthala zwęziły się do szerokości szparek, a na czole pojawiły liczne zmarszczki, znamionujące intensywne procesy myślowe. Wysunął żuchwę do przodu, po czym powiedział z pretensją w głosie:
– Jak to, niewłaściwej płci? Moje przyrodzenie mierzy sobie jedną i ćwierć stopy imperialnej wzdłuż i pół stopy imperialnej w obwodzie!

W tym momencie stwierdziłem, że mówię coś, czego w żadnym wypadku nie powinienem był mówić:
– A jakżeś to zmierzył, drogi Gnurrze? Czy przyciągnąłeś sobie stopę do przyrodzenia, czy też raczej przyrodzenie do stopy?

Bruthal zamyślił się głęboko i jął rozczesywać paluchami swe posklejane jak makaron włosy. Postanowiłem to wykorzystać i powolutku jąłem wycofywać się w stronę drzwi kuchennych. Niestety, gdy już sądziłem że wszystko się uda, usłyszałem tłumiony chichot – był to Mofko. Na ten dźwięk Gnurr wyszarpnął błyskawicznie swój olbrzymi miecz i przytknął go do gardła Mofka.

– Z czego się śmiejesz, karle? – zaryczał, a jego malutkie oczka nabiegły krwią.
– Nie jestem karłem, proszę jaśnie pana, tylko gnomem – wyszeptał maluch w przypływie szaleńczej odwagi lub po prostu szaleństwa.
– Co za różnica! Z czego się śmiałeś?
– Bo pomyślałem, że to śmieszne, tak stopę do przyrodzenia…
– Dokąd!? – Tym razem miecz zwrócił się błyskawicznie w moją stronę, a jego czubek znalazł się o cal od mego policzka.

Dym z palącej się jajecznicy wraz z zapachem skór Bruthala zaczęły wyciskać mi łzy z oczu, co spowodowało zakrzywienie pola widzenia. Dzięki jakiemuś rodzajowi dystorsji optycznej miecz Gnurra, długi niczym szlaban na przejeździe kolejowym, zaczął sprawiać wrażenie wygiętego niby tęcza. Ludzie powiadają, że gdy przejdzie się na drugą stronę tęczy, to wstąpi się do nieba i napotka aniołów. Niestety, w tym wypadku na drugim końcu tęczowo połyskującej stali znajdował się stupięćdziesięciokilowy małpolud cuchnący jak wychodek w piekle.

W tym momencie niezwykle wyraziście przypomniały mi się słowa Halamusa: …musisz jak najdokładniej wyobrazić sobie obiekt, po czym wypowiedzieć odpowiednie słowa, tak, aby nikt ich nie zrozumiał. Możesz nawet stworzyć swój własny język zaklęć…musisz się skoncentrować…komendy powinny być jak najbardziej syntetyczne… Skoro tak, postanowiłem spróbować coś zrobić. Wyobraziłem sobie wielki, czarno-granatowy, oksydowany siłownik hydrauliczny, taki, jak w ciężkich maszynach ziemnych i wystające z niego błyszczące, polerowane, stalowe tłoczysko, zakończone ogromną czerwoną rękawicą bokserską. Następnie pomyślałem o ogromnym ciśnieniu rosnącym w cylindrze i zawołałem na głos: Pe równa się Ef razy Es!

Ujrzałem, jak tłoczysko wysuwa się z cylindra, tak dokładnie, że nawet w miejscu gdzie z niego wychodziło ukazały się małe obłoczki pary. Rękawica błyskawicznie przyspieszyła i wyrżnęła Gnurra prosto w szczękę. Siła uderzenia podniosła go prawie do powały, lecz nie wypuścił miecza ani nie stracił przytomności, jedynie upadł plecami na jeden ze stołów i pojechał na nim do końca sali, gdzie zatrzymał się wybijając głową dziurę w ścianie. Zerwał się natychmiast, potrząsnął głową rozrzucając wokół kawałki zaprawy i jakieś patyki, po czym unosząc miecz ruszył w moim kierunku.

– Szefie, padnij! – dobiegło mnie spod szynkwasu.
Niewiele myśląc zastosowałem się do tego polecenia, sturlałem się pod stół i wtoczyłem pod ławę. W chwilę później usłyszałem głośny chrzęst, dźwięk potwornego ciosu rozłupującego stół i trzask ostrza zagłębiającego się w drewno. Szczelina pomiędzy deskami podłogi była zbyt wąska, abym się w nią wcisnął, choć gdybym miał jeszcze chwilę, to z pewnością bym to zrobił.

Po chwili rozległ się skrzyp, niczym wyłamywania konaru z olbrzymiego dębu, hurgot, głuche uderzenie, po czym zapadła cisza, przerywana jedynie cichym szmerem osypywania się czegoś.

Pod ławą zrobiło się dziwnie ciemno. Rozejrzałem się – najpierw nie poruszając, a później podnosząc głowę. Zobaczyłem, że w miejscu, gdzie musiał stać Bruthal w chwili zadawania ciosu, znajdowało się rumowisko belek i desek, na którego czubku spoczywało wielkie łoże, z którego wyglądali nieco skonsternowani Siballa i Lampart.

Podniosłem się i popatrzałem na dziurę w suficie. No tak – jedna z belek nośnych była świeżo przecięta. Najwidoczniej Gnurr zawadził o nią mieczem, gdyż po uderzeniu magiczną rękawicą był lekko oszołomiony i nie wziął poprawki na małą wysokość sufitu. To mnie uratowało, gdyż zmniejszyło siłę ciosu ogromnego miecza, dzięki czemu nie przeciął on ławy ze mną pod spodem…

– Szefie, nic się szefowi nie stało? – dobiegło mnie pełne niepokoju pytanie spod lady.
Wyprostowałem się i przyjrzałem polu bitwy. Siballa przestąpiła właśnie brzeg łoża i stanęła na rumowisku owinięta w prześcieradło, niczym figura Wenus lub Nike dłuta rzeźbiarza cierpiącego na gigantomanię. Po chwili spod kołdry wypełzł Lampart, który odział się pospiesznie w koszulę nocną, zakładając ją tyłem do przodu. Dzięki temu na jego plecach pysznił się piękny haft, dwa guziki (z czego jeden naderwany) oraz kolekcja plam po herbacie i jedzeniu, czyli wyniki spożywania posiłków w łóżku.

Wtem rozległ się skrzyp otwieranych drzwi i w dziurze w suficie ujrzałem Halamusa, który wszedł do pokoju Siballi i Lamparta i stanął na krawędzi otworu.

– Ładnie narozrabialiście – powiedział, lecz nie zdołał dokończyć, gdyż nagle wszystko zagłuszył przeraźliwy ryk, łoże zakołysało się na kupie desek niczym okręt i spod spodu wypełzł Gnurr. Omiótł wszystkich wzrokiem i zaczął wyciągać miecz, który widocznie musiał się o coś zaczepić. Wreszcie poniechał, chwycił za belkę, spojrzał strasznym wzrokiem na Lamparta i warknął:
– Ale się was nalazło! – po czym zadał potworny cios, druzgocąc wezgłowie łoża. Lampart stał nieporuszony, obserwując, jak o półtora metra od niego wzbija się fontanna drzazg i trocin.

Siballa ujrzawszy to poprawiła prześcieradło, podeszła od tyłu do Bruthala i poklepała go po ramieniu. Ten odwrócił się, spojrzał wyraźnie zezując i powiedział:
– Z trzema takimi babami też mogę się bić! – po czym zadał cios w powietrze. Siła uderzenia które trafiło w próżnię pociągnęła go, a w tym czasie Siballa podstawiła mu nogę, po czym kopnęła w tylną część ciała. Poleciał przed siebie, potknął się o deskę i upadł głową wprost w miedziany nocnik. Naczynie było nie za duże, nie za małe, lecz w sam raz – przynajmniej jak na to, aby wcisnąć się Gnurrowi poniżej wydatnych łuków brwiowych i tam zostać.
– Oślepłem! Nic nie widzę! – zawołało naczynie.

W tym momencie z zaplecza wynurzył się oberżysta, który widząc, że nie zagraża mu nic ze strony kłopotliwego gościa zaczął domagać się zapłaty za straty i odbudowy gospody. Halamus ze swego nadziemnego stanowiska usiłował go zmitygować, mówiąc, iż nie zawaliła się cała gospoda, lecz tylko jeden pokój, a poza tym winny tego zamieszania chwilowo znajduje się w nocniku, w związku z czym jego płynność finansowa może być zaburzona.

Oberżysta nadal wrzeszczał, aż wreszcie Halamus zeskoczył na łoże, zszedł z niego i podszedł do Gnurra.
– Słyszysz mnie? – zapytał
– Tak, słyszę, ale nie widzę – rozległ się głuchy głos z wyraźnym pogłosem.
– A czy chcesz odzyskać wzrok?
– Chcę, zwróć mi go natychmiast, a zrobię porządek z tą bandą uczeńców i z tymi trzema babami!
– Nie. Aby odzyskać wzrok musisz mi coś przyrzec.
– Co?
– Że nie ruszysz żadnego uczeńca ani kobiety, gospodarzowi zapłacisz za straty i pomożesz w naprawie zniszczeń.
– Dobrze, przyrzekam!
– A czy dotrzymasz tego przyrzeczenia?
Tu odpowiedź nastąpiła po nieco dłuższej chwili:
– Dotrzymam!

Halamus pokręcił z powątpiewaniem głową, skinął palcem na Mofka i pokazał mu sznurek, zwieszający się z naderwanego chodnika, widocznego w dziurze. Mofko kiwnął głową, po cichu pobiegł na górę i opuścił sznurek, który Halamus przytwierdził do ucha naczynia. Następnie kiwnął na Siballę, na migi kazał jej stanąć za Bruthalem i pokazał, że chce, aby uderzyła obiema dłońmi w boki nocnika, tam, gdzie powinny się znajdować uszy Gnurra. Później wyjął ze swej laski kryształ i coś do niego wyszeptał, po czym spytał:
– Czy dotrzymasz słowa?
– Tak – rozległ się miedziany głos.
– To zamknij oczy, a ja ci zwrócę wzrok – zawołał i dał znak Mofkowi i Siballi. Ona uderzyła nocnik z obu stron, on zaś pociągnął za sznurek i naczynie znikło w górze. Bruthal siedział przez chwilę z zamkniętymi oczami, po czym otworzył je, wydał ryk i sprężył się, aby skoczyć na Halamusa. W tym momencie Halamus powiedział coś do kryształu, który rozbłysł tęczowo, a później srebrzyście. Gnurr przysiadł i powiedział –Będę grzeczny, nie będę się bił i oddam pieniądze gospodarzowi. Następnie rozpiął swą sakwę i wyjął z niej kilka złotych monet oraz medalion ozdobiony skomplikowanym wzorem i wręczył to wszystko oberżyście.

Ten przyjął to skwapliwie, lecz medalionowi przyjrzał się nieufnie. Jego mina wskazywała, że nie jest przekonany, czy ten przedmiot ma jakąkolwiek wartość. Halamus widząc to zaproponował oberżyście, że odkupi medalion za Dława, karczmarz zażądał pięciu, Halamus stwierdził, że da co najwyżej półtora, oberżysta powiedział, że cztery to jego ostatnie słowo, aż wreszcie stanęło na dwóch i pół.

W tym czasie Gnurr wstał i przystąpił do zbierania desek.
– Co mu zrobiłeś? – spytaliśmy jednocześnie Lampart i ja.
– Rzuciłem na niego zaklęcie, że musi zachowywać się jak porządny człowiek.
– To okrutne!
– Ale to będzie trwało co najwyżej przez dwa dni.
– To spływajmy stąd jak najprędzej, bo jeszcze coś może je odkręcić!

Halamus przychylił się do naszej opinii, zebraliśmy więc swe bagaże i przenieśliśmy je do smokochodu.
– Co ze śniadaniem?– po tych wrażeniach poczułem się głodny.
– Oberżysta mówi, że nie będzie, bo zasypało mu kuchnię – powiedział Lampart.
– A to drań. Nie dość, że dostał złoto, przewyższające wielokroć wartość naprawy, to jeszcze skąpi na jedzeniu.
– Szefie, niech się szef nie martwi, dostałem suchy prowiant – rzekł Mofko, puścił porozumiewawczo oko i pokazał na wielki tobół, który taszczył.

Wszyscy ucieszyli się, że udało mu się wkraść w łaski gnomiej panny. Nawet Siballa chciała go klepnąć w ramię, ale zreflektowała się w porę i poniechała tego zamiaru.

Jęliśmy wsiadać do smokochodu, gdy Mistrz Guldgraav spojrzał na Gnurra, chodzącego z kolejnymi naręczami desek, pokręcił głową i powiedział, że coś mu w tym nie pasuje. Za kolejnym razem Bruthal wszedł do budynku, a po chwili rozległ się jego straszliwy ryk i ujrzeliśmy, jak wyskakuje przez okno ze swym mieczem w dłoni.

– Gazu! – wrzasnąłem do szofera, któremu nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Ruszyliśmy co smok wyskoczy, aż wreszcie Gnurr zatrzymał się, uznawszy, że pościg nie ma sensu. Halamus pokręcił z niedowierzaniem głową i zaczął się zastanawiać w głos, dlaczego zaklęcie puściło. Mistrz Guldgraav odsunął szybkę od kabiny szofera i powiedział, uśmiechając się z głębi brody:
– To bardzo proste. Uprzątnął deski i podniósł miecz.
– I co z tego?
– Poznałem go.
– Gnurra? <
– Nie, miecz. Co prawda widziałem tylko rękojeść i gałkę, a jelec i ostrze były schowane, ale poznałem. A to, jak zadziałał, potwierdziło tylko moje przypuszczenia. Uczyłem się o nim przy okazji podstaw krasnoludzkiej metalurgii.
– I co to za miecz?
– Hardandur.
– A niech to demony! – zawołał Halamus. – To prawda! Hardandur chronił swego właściciela przed zaklęciami!

W tym momencie mnie przypomniała się jeszcze jedna rzecz. Nieprzyjemna. – Czarodziejki! To znaczy, Pani Sztuk i jej młoda adeptka! Zostały tam, a ten goryl szaleje!
Spojrzeliśmy na siebie i kazaliśmy szoferowi zawracać.

Gdy dojeżdżaliśmy do gospody zobaczyliśmy, że Gnurr stoi na podwórzu z mieczem uniesionym ku górze i wykrzykuje coś w stronę okna na piętrze. W pewnej chwili okno otwarło się i wychyliła się przez nie Sylwana. Gnurr wybuchnął potokiem rozmaitych propozycji, na co Sylwana schowała się, a jej miejsce zajęła Pani Sztuk. Popatrzyła na niego, posłuchała i wystawiła przed siebie dłoń, na której znajdowało się nieco proszku – być może utarty kamień lub zioła. Dmuchnęła i z jej ręki frunęła fiołkowa chmura, która otoczyła miecz Bruthala. Ostrze nagle zaczęło rosnąć, tak, że po chwili Gnurr musiał położyć je na ziemi, nie mogąc go utrzymać, po czym ze stali strzeliły gałęzie. Jelce zmieniły się w dwa ogromne konary, a rękojeść wrosła w ziemię. Minęła może minuta, a może pięć, gdy na podwórzu stanął ogromny, strzelisty i zadziwiająco symetryczny jesion.

Gnurr popatrzał na drzewo, na czarodziejkę, odwrócił się na pięcie i uciekł. Na to wszystko wyszedł oberżysta, który zaczął wrzeszczeć, że na gobrola mu takie wielkie drzewo przed gospodą, że nikt nie będzie mógł wykręcić wozem i że przez to straci klientów. Wrzeszczał, lecz nikt nie zwracał na niego uwagi. Jego krzyki były coraz cichsze i cichsze, aż wreszcie ustały. Postąpił przed siebie kilka kroków, spojrzał jeszcze raz i chyba zrozumiał, co widzi. Nogi się pod nim ugięły, ukląkł i zaczął płakać.

Spojrzeliśmy po sobie, zerknęliśmy na Panią Sztuk, która pomachała nam dłonią abyśmy jechali i ruszyliśmy.
– Jak to możliwe?– wyrwało mi się pytanie.
– Elementarne, choć takie rozwiązanie nigdy nie wpadło by mi do głowy. Na to trzeba być kobietą – powiedział w zamyśleniu Mistrz Guldgraav.
– Ale co?
– Hardandur został wykuty z drzazgi Osi Świata.
– Drzazgi?
– Oś Świata jest przecież drzewem.
– Ale to był miecz, stalowy miecz!
– Kawałki tego drzewa dają się transformować we wszystko. Moi przodkowie uczynili z niego stal. A Pani Sztuk obudziła je na nowo.
Zdumiewające.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
NIE WYCHODŹ JESZCZE! MAMY COŚ SPECJALNIE DLA CIEBIE 🎯