"Tak naprawdę nie lubię pisać". Anna Dziewit-Meller o nowej książce

Meller napisała piątą książkę w swojej karierze. Najnowsza propozycja pisarki, "Podróże w spódnicy", to literatura dla dzieci i rodziców, która zachęca do edukacji feministycznej. Dlaczego warto po nią sięgnąć? Sprawdźcie, co powiedziała nam sama autorka.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Pisarka jest żoną Marcina Mellera od 2007 r. Zdarza im się tworzyć wspólnie
Pisarka jest żoną Marcina Mellera od 2007 r. Zdarza im się tworzyć wspólnie (East News)
WP

Rozmawiam z Anną Dziewit-Meller - autorką drugiej książki z cyklu: "Damy, dziewuchy, dziewczyny", prowadzącą program o literaturze "Buk Buk”, żoną Marcina Mellera oraz mamą dwójki dzieci. Autorka odbiera telefon parę minut po czasie, uprzedzając mnie, że potrzebuje chwili, bo właśnie wsiada do auta.

Będzie Pani ze mną rozmawiać podczas kierowania samochodu czy jest Pani pasażerem? – pytam.
Ja prowadzę. Ale spokojnie. Mam podzielną uwagę.
Zazdroszczę. Ja takiej nie mam.
A ma pani dzieci? – pyta.
Nie mam – odpowiadam lekko skonfundowana.
Więc jak się pojawią, umiejętność podzielnej uwagi będzie dla pani czymś naturalnym – śmieje się.

Ale zaraz. Kto tu z kim przeprowadza wywiad? W sumie nie powinno mnie to dziwić. Rozmawiam z osobą, która żyje z rozmów z innymi. Anna Dziewit-Meller co tydzień zaprasza do programu gości ze świata literatury, a jej portal ma aż 30 tys. polubień. To dużo, zakładając się że zarabianie na literaturze jest niecodzienną i dość niszową formą działalności. Nie myśląc wiele, przechodzę do rzeczy, kontynuując jednocześnie ten ciekawy wątek o podzielności uwagi.

WP

Tym bardziej gratuluję kolejnej książki, bo to wymaga dobrej organizacji pracy. Jak to się udało przy dwójce małych dzieci i przy jednoczesnym prowadzeniu autorskiego programu? To musiało być nie lada wyzwanie.

Jestem dobrze zorganizowaną osobą, ale zastanawia mnie czemu tego pytania nigdy nie zadajemy mężczyznom. Tak jakby z góry zakładano, że większość obowiązków domowych spoczywa na barkach kobiet… Pewnie tak jest w wielu domach, ale u nas wygląda to trochę inaczej. Obydwoje z Marcinem mamy wolne i twórcze zawody i pracujemy w podobny sposób, więc w równym stopniu zajmujemy się domem. Nasz związek działa jak jeden organizm.

WP
East News
Podziel się

I dzięki temu podziałowi stało się możliwe stworzenie kolejnej pozycji dla dzieci: "Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy". Skąd pomysł, że potrzebujemy książek z dziewczynami w roli głównej?

Z własnego doświadczenia, bo w dzieciństwie brakowało mi bohaterek. Owszem, była "Ania z Zielonego Wzgórza", ale w większości przypadków to chłopcy wiedli prym na kartkach powieści. Dziewczyny były w tle. To uczucie braku powróciło, gdy zostałam mamą i sama zaczęłam szukać dobrej dziecięcej literatury. Poza tym nasz system edukacji pomija w historii obecność nazwisk wielu ważnych kobiet. Proszę zwrócić uwagę, jak niewiele ulic, budynków, czy skwerów nosi imię kobiet. Czy to nie dziwne? Z tych wszystkich braków zrodziła się we mnie potrzeba stworzenia przestrzeni dla kobiecych bohaterek w formie książki. Chciałam też, by różniła się od innych i nie była typem nudnego podręcznika.

WP

Książka w formie gazety, której redaktorką naczelną jest XIX-wieczna podróżniczka i dziennikarka, Nellie Bly nie może być nudna. Czy to był Pani osobisty pomysł, by z tej właśnie bohaterki uczynić główną narratorkę?

Po napisaniu pierwszej części ("Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy" - przyp. red.) kolejną chciałam zrobić tak, by nie powielać pierwszego tomu. Stwierdziłam, że książka w formie magazynu, który zawiera nie tylko historie, ale również wywiady, horoskop czy praktyczne i pełne humoru porady, zachęci dzieci do wczytania się w te opowieści. Nellie Bly pobiła rekord z powieści Juliusza Verne’a, okrążając kulę ziemską w zaledwie 72 dni i jako podróżująca dziennikarka wyprzedzała swoją epokę. Ba! Dała się zamknąć w szpitalu psychiatrycznym, udając pacjentkę (a proszę pamiętać, że był XIX wiek!), by napisać stamtąd wstrząsający reportaż o życiu chorych w zakładach zamkniętych. Jej życie mogłoby posłużyć za scenariusz do wspaniałego filmu. Takich bohaterek jest mnóstwo.

Rozumiem, że selekcja spośród tylu wielkich nazwisk nie była łatwa. W końcu trzeba było wybrać tylko tyle postaci, których historie mogły zmieścić się na 160 stronach.

Faktycznie, musiałam się ograniczać. To było trudne zadanie. Nawet trudniejsze niż przy pierwszej książce. Bo o ile pierwszy tom zawierał historie Polek, o tyle druga część jest międzynarodowa. A materiału zgromadziłam tyle, że spokojnie starczyłoby mi na kolejne tomy.

WP

Jak Pani zdaniem wygląda podział ról w Polsce? Czy w domach inaczej wychowuje się dziewczynki niż chłopców?

Myślę, ze wciąż jest wiele do zrobienia, ale jednocześnie dostrzegam jak sytuacja w Polsce zmieniła się na lepsze. Dziewczynki nie słyszą już komunikatów, "tego nie wypada”, "do tego się nie nadajesz", "to jest dla chłopców". Dziś są bardziej pewne siebie i wiedzą, ze płeć powinna stać na przeszkodzie ich wyborom życiowym . Przy okazji promocji książek rozmawiam z młodymi dziewczynami i zachwyca mnie ta ogromna zmiana - zdecydowana większość kobiet jest przebojowa i bardziej świadoma swoich praw. Cieszę się, ale i trochę zazdroszczę, że sama nie dostałam takiego komunikatu jako dziecko. Staram się uwrażliwiać dzieci, żeby zdawały sobie sprawę z tego jakie prawa im przysługują, bo te przecież nie są dane raz na zawsze. Feministyczna edukacja najwyraźniej ma sens, bo wychowałyśmy dziewczyny, które w przeciwieństwie do naszego pokolenia coraz lepiej znają swoje prawa i są "hop do przodu".

A jak w praktyce i z Pani doświadczenia wygląda wychowywanie dwójki dzieci różnej płci?

Dla mnie moje dzieci są przede wszystkim ludźmi, które mają zainteresowania i określone umiejętności, czasem nawet w kontrze do utartych stereotypów. Odpowiedzialny rodzic powinien być uważny w stosunku do pociech, by dostrzegać czym się interesują i dokąd zmierzają. Rolą rodzica jest podsuwanie mu narzędzi i mądrych rozwiązań, a nie kierowanie nimi według ustalonego wzorca.

WP
East News
Podziel się

Najlepszym przykładem dla dzieci wciąż pozostają rodzice. A pani powiedziała na samym początku, że razem z mężem jesteście jak jeden organizm. Jak zatem ten małżeński organizm funkcjonuje w jednej przestrzeni przy pisaniu wspólnej książki?

Och. Praca wygląda różnie (śmiech). Książkę "Gaumardżos! Opowieści z Gruzji" pisaliśmy, gdy jeszcze dzieci nie było na świecie. Na szczęście zajmujemy się podobnymi rzeczami, a to czyni nas dla siebie wyrozumiałymi. Praca autorów wymaga specyficznych warunków życia. Wspólne tworzenie książki było ciekawym etapem naszego związku, podczas którego mnóstwo czasu spędziliśmy w Gruzji. A wspólne pisanie książki ma tę zaletę, że jedna osoba nic nie robi, to druga akurat nad nią pracuje. W rezultacie w sumie pracy jest dużo mniej (śmiech).

Jakiś czas temu, rozmawiając z autorami biografii o Ani Przybylskiej, zapytałam jak im się pracuje w duecie. Obaj zgodnie przyznali, że wspólna praca ma tę zaletę, że nie ma się do napisania całej, ale tylko pół książki. Perspektywa stworzenia kilkuset stron wydaje się zatem łatwiejsza.

Dokładnie tak! Jakkolwiek źle to brzmi - taka jest prawda (śmiech).

Ale Pani chyba lubi pisać, skoro właśnie rozmawiamy o kolejnym tytule, na którym widnieje nazwisko Dziewit-Meller?

Może moje wyznanie będzie zaskakujące, ale nie. Nie lubię pisać. Wolę zbierać materiały, badać, doczytywać, szukać. Pisanie jest żmudne, wyczerpuje fizycznie, a przy tym bywa trudną pracą z własnym ego. Każda książka jest przecież różnie oceniana, a to nie zawsze bywa przyjemne. Natomiast efekty samego pisania - czyli produkt finalny - bardzo lubię.

Czy będzie kolejna książka napisana wspólnie z mężem?

Gdybyśmy mieli więcej czasu, to pewnie tak. Mieliśmy pomysł, by napisać książkę o Stambule, bo byliśmy głęboko zafascynowani tym miastem. Kiedyś nawet sądziłam, że będę tam mieszkać, ale życie potoczyło się inaczej. Wspólnej książce nie mówię "nie", ale póki co, każde z nas pracuje na własny rachunek.

Mellerowie postrzegani są za wyjątkową parę. Są ze sobą kilkanaście lat bez żadnych skandali, a to przecież nie zdarza się często w show-biznesie. Jak to robicie?

Ja nie jestem z show-biznesu. Owszem prowadzę swój program w sieci, ale o literaturze, w dodatku niszowej. W przeciwieństwie do Marcina, moja twarz nie jest rozpoznawana. A sekret szczęśliwego związku? Nie mam pojęcia. Każdy ma swoje recepty. Myślę, że w pewnym sensie na pewno chodzi o zachowanie dobrych proporcji między pracą a związkiem. Nie jesteśmy też do siebie podobni, raczej siebie ciekawi, a na tym można wiele zbudować.

East News
Podziel się

Już wiem, że podróżowała Pani z mężem. A czy zdarzało się samotne podróżowanie, jak u bohaterek "Podróży w spódnicy"?

Zdarzało mi się, zwłaszcza po Gruzji. Ale nie lubię samotnego podróżowania. Podróżowanie z kimś cieszy bardziej, bo uważam, że wspólne zwiedzanie świata generuje więcej dobrych wrażeń. To takie podwójne przeżywanie świata.

A samotne podróżowanie kobiet jest Pani zdaniem niebezpieczne?

Najważniejszy w podróży jest zdrowy rozsądek. To dotyczy zarówno kobiet jak i mężczyzn. Marzena Filipczak wydała świetna książkę, w której wyjaśnia jak się przygotować do samotnej podróży. A najważniejsze to być wrażliwym na miejsce do którego jedziemy i ludzi, których spotkamy.

Dziś mamy wyjątkowe warunki do podróżowania, zwłaszcza w kontekście ubioru. Napisała Pani, że gruba wełniana sukienka Mary Kingsley uratowała jej życie, gdy ta wpadła do pułapki na słonie.

Trudno jest dziś sobie wyobrazić, jak strasznie niewygodne musiało być podróżowanie w XIX- wiecznym stroju. Krynolina, grube suknie i gorsety utrudniały zwykłe funkcjonowanie, a co dopiero daleką podróż. Dziś wszystko jest dużo prostsze z technicznego punktu widzenia: np. puchową kurtkę możemy schować do kieszeni. Choć, jak powiedziała w mojej książce jedna z bohaterek, himalaistka Junko Tabei - "Najważniejsze są skarpetki”.

Statystyki udostępniane co roku przez Bibliotekę Narodową przedstawiają smutny obraz czytelnictwa. Podobno statystyczny Polak czyta jedną książkę rocznie. Jak Pani zdaniem wygląda czytelnictwo w naszym kraju?

Materiały prasowe
Podziel się

Podróżując przy okazji spotkań autorskich, często rozmawiam na ten temat z bibliotekarzami. Zgodnie uważamy, że statystyki bardzo odbiegają od rzeczywistości. Czytelnicy kupują książki, wypożyczają je i licznie przychodzą na spotkania autorskie. Owszem, jest to nadal niszowa działalność, ale nie lubię "narzekactwa". Wolę pracować na rzecz czytelnictwa, zachęcać i promować.

A co sprzedaje się najlepiej?

Czasami trudno mi uwierzyć w to, co się sprzedaje. Wiele tytułów to produkty książkopodobne Z drugiej jednak strony zadziwia mnie, co staje się bestsellerem. Mam tu na myśli np. "Małe życie" Yanagihary, która nie jest poradnikiem ani rzeczą lekką łatwą i przyjemną. Nic nie działa tak dobrze, jak polecanie książki rodzinie i przyjaciołom. Sądzę więc, że każdy z nas - czytających - ma szansę, by mieć realny wpływ na promocję czytelnictwa i to tego z najwyższej półki.

Czy będzie trzecia książka o dziewuchach?

"Pomyślę o tym jutro", jak powiedziała Scarlett O‘Hara. Są wstępne plany, ale póki co mam wakacje i nie chcę myśleć o pracy.

Jak zamierza je Pani spędzić?

Marzę po prostu o tym, by mieć święty spokój (śmiech).

Życzę zatem takiego beztroskiego lata. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Kamila Gulbicka

Polub WP Książki
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP