Szum
Więc, skoro to pana tak interesuje, najbardziej nie lubiłem matematyki. Ale nie chodzi o to, że sprawiała mi jakieś szczególne trudności. Typowe zadania zazwyczaj rozwiązywałem bez trudu, te wszystkie równania z jedną, dwiema czy trzema niewiadomymi i tak dalej. Wie pan, podejście sportowe. Żeby zrobić to szybciej niż inni, chociaż ręce się trzęsą i po plecach płynie pot. No i przeważnie wygrywałem wyścig, pierwszy wychodziłem z klasy i wreszcie mogłem robić to, co tylko chciałem.
Gdzieś tam oczywiście pozostawał cień wątpliwości (choć wtedy nie przyszłoby mi nawet do głowy, żeby tak to nazwać ), czy aby na pewno nie pomyliłem się w liczeniu, w tym śmiesznym sumowaniu, mnożeniu czy dzieleniu, i nie powiem - bywałem trochę struty. Ale czekanie na wynik też jest fragmentem gry, i o ile pamiętam, bawiło mnie wcale nie mniej niż sama wałka.
Więc gdzieś pod spodem dygotałem, ale ostrożnie - żeby na zewnątrz wyglądało tak, jakbym był rozluźniony. Prawdziwy powód był oczywiście prosty. Widzi pan, ja, podobnie jak Oppenheimer, od małego mylę się w liczeniu. Co z tego, że koncepcja była świetna, że od razu albo prawie od razu wiedziałem, jak to zrobić, skoro potem jeden głupi błąd i wszystko szło już w złą stronę, tak, rzekłbym, obok, a jeśli w grze były liczby ujemne (a przecież pan wie, że od pewnego momentu zaczyna się od nich dosłownie roić, jak w ciemnej kuchni), to nie raz w stronę całkiem przeciwną.
No i na koniec miało być tak, a jest odwrotnie i znowu słyszę słowa, które znam już na pamięć, którymi mogę się bawić jak kostką Rubika, mogę je mniej lub bardziej udolnie przekształcać w, na przykład, prozę poetycką i tylko nagłówek się zmienia (adresat pozostaje, mimo upływu lat, ten sam)-"mój drogi", "kochanie", "proszę pana" i te de - a dalej leci już normalnie: znakomicie pomyślane, od strony architektury, hm, e hm, rozumowania, ale wynik, wynik niedobry!
Tak było w pierwszej szkole, z której mnie wywalili, i pozostało bez zmian w drugiej, gdzie poznałem i rzuciłem kobietę mego życia, no i w tej trzeciej, którą wspominam najprzyjemniej, ale bynajmniej nie dlatego, że spotkałem wtedy moją, że tak powiem, żonę in spe, lecz dlatego, że byłem tam gwiazdorem o absolutnie niepodważalnej pozycji towarzyskiej. Ale o czym to j a mówiłem? Aha, wynik, no więc wynik błędny i jak tu lubić matematykę, panie doktorze?
Człowiek główkuje, potem brnie przez cały ten gąszcz mniej szych i większych liczb, ma z tego nawet sporo satysfakcji, a potem gówno. Tuż przed maturą zdałem sobie sprawę, że kompletnie, ale to kompletnie nie wiem, po co to wszystko. Po co badać przebieg funkcji? Po co mi rachunek prawdopodobieństwa, skoro wynika z niego, że nigdy nic wygram głównej nagrody? Więc dziś mogę powiedzieć, że to była chyba pierwsza iluminacja w moim życiu. Proszę zwrócić uwagę, że niewiele brakowało, a już wtedy zauważyłbym to, o czym teraz po prostu wiem - że życie człowieka, proszę pana, jest jak matematyka.
I to nie tylko życie prywatne, które, jak pan się zapewne domyśla, nie miało i nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia, bo jak na moim stanowisku, tak bardzo publicznym i odpowiedzialnym, mogłoby mieć jakichkolwiek znaczenie? W końcu, było nie było,. jesteśmy władzą, choć na pozór zwyczajni z nas ludzie. Użeramy się z politykami, którzy łżą jak psy i chowają się po kątach, próbujemy wydusić coś konkretnego z pożal się Boże artystów, którzy, proszę pana, przeważnie pieprzą takie bzdury, że gdyby to puścić do druku, zarżnęliby nas procesami o to, że robimy z nich idiotów.
Nawet pannie przypuszcza, jak wiele wysiłku wkładamy w stwarzanie, że tak powiem, czegoś z niczego i co z tego mamy? Gówno, panie prokuratorze, zupełnie jak w matematyce. Jestem już prawie kompletnie łysy i zostały mi raptem trzy czy cztery zęby, zaczynałem jako gówniarz, a teraz co?
Siedzę tu, a pan mnie przesłuchuje. Mnie! Pańskie pytania podważają epicki wymiar mojej pracy, a ja nie jestem byle kim! Nie rozmawia pan z byle gnojkiem! Po co te pytania o matkę'? Albo o seks? Jeśli ma pan jakiś problem, to jest to pański problem, nie mój. Co z tego, że jestem niezbyt przystojny, skoro kobiety za mną przepadają? Niech pan przejrzy moje rzeczy, jest tam mnóstwo zdjęć, ja na tych zdjęciach, proszę pana, bywam prawie wyłącznie w towarzystwie kobiet, często bardzo sławnych, a na dokładkę przeważnie pięknych, pan mógłby latami próbować do nich choćby podejść i nic by z tego nie wyszło, zapewniam! Zapewniam!
Ale powiem panu, a niech tam, że nigdy, ale to nigdy, proszę pana, nie miałem najmniejszych problemów w łóżku, a moje stosunki z matką, choć może to nie najszczęśliwsze sformułowanie, były jak najbardziej normalne. Mamusia karciła mnie zupełnie zwyczajnie, ot, parę klapsów i to tylko wtedy, gdy się należało! I nie podcierała mi za mocno pupy. Wy tutaj twierdzicie, że stało się coś poważnego, a ja - ja powiem panu, co o tym myślę. I nie uważam wcale, że będę subiektywny. W końcu jestem od pana dużo starszy, mam ogromne doświadczenie życiowe i przepracowałem w branży wiele lat. Więc powiem panu, że nic się nie stało. Kompletnie nic.
Wynik, proszę pana, nie istnieje, a jeżeli sądzi pan, że jest inaczej, popełnia pan gruby błąd. Ta zabawa nigdy się nie kończy, a to, co pan bierze za wynik, jest wyłącznie werdyktem, niczym więcej. I to pańskim werdyktem, albo wyrokiem, nawet wolę tę drugą nazwę, przez pewien sentyment, bo liczy się tylko koncepcja, to w niej tkwi sedno sprawy, i czy się to panu podoba, czy nie, pan także jest jednym z jej składników, malutką, nic nie znaczącą cyferką, którą byle podmuch może zmienić w coś zupełnie innego, a w co, to też nie będzie miało najmniejszego znaczenia.
Nie pojmuję, dlaczego to ja nie mogę teraz ruszać rękami, a nie na przykład pan, chociaż tak naprawdę rozumiem to doskonale, znaczy i to, że nie pojmuję, i to, że akurat na mnie padło. Mój brzuch to rozumie, głowa jest całkowicie zbędna, właściwie nawet częściej przeszkadza, niż pomaga. Bo wie pan, ja już od dawna mam wrażenie, że wiara w potęgę głowy to idiotyzm. To wszystko przez wzrok, przez ten przeklęty, parszywy zmysł, który sprawia, że taksujemy, oceniamy i boimy się bliźnich, że tworzymy katalogi, a na fiszkach zapisujemy defekty przyjaciół, krewnych i znajomych. W czym nie ma zresztą nawet cienia konfabuły, bo oni rzeczywiście mają wyłącznie wady.
Pan teraz też wlepia we mnie oczy i w rezultacie wyda wyrok w sprawie śliny, która wisi mi z ust. A przecież wytarłbym ją, gdybym mógł! Prawdziwa, wielka idea powstaje zupełnie gdzie indziej, nie wiem gdzie, ale na pewno nie w głowie. Wie pan, dlaczego to mówię? Ano dlatego, że gdybym słuchał głowy, nie rozmawialibyśmy nawet minuty. Bo to, co mi ona podpowiada w kwestii pańskiej osoby, z pewnością nie przypadłoby panu do gustu. No i pewnie teraz spyta mnie pan, czy ktoś do mnie nadawał (na przykład z kosmosu), czy odbierałem jakieś rozkazy albo sugestie, słowem - czy przypadkiem nie jestem szalony!
Czy ja jestem szalony! Proszę pana, zapewniam, że nie wie pan, że nie ma pan najmniejszego pojęcia o prawdziwym szaleństwie! O miękkich nocach wypełnionych głosami, o miliardach świateł, wiszących w próżni między sufitem i dnem oka, albo o gościach, którzy czekają w przedpokoju i najpierw są układni, defensywni i można ich bezkarnie znieważać, ale potem nieznacznie, lecz nieuchronnie przejmują inicjatywę i już nie pytają, tylko po prostu mówią, dają wytyczne, ewentualnie (jeśli akurat są w dobrym humorze) uprzejmie podpowiadają, a najczęściej zwyczajnie rozkazują.
I mają w oczodołach lód, a ich twarze są uprzejme, przeważnie uśmiechają się, ale ich obecność nie rozgrzewa powietrza, wręcz przeciwnie, w upalne noce są nawet przydatni, bo wie pan, mimo mojego stanowiska i pozycji nie dorobiłem się jeszcze klimatyzacji (w samochodzie owszem), więc gdy tak stoją i się uśmiechają, to powietrze, proszę pana, staje się zimne, rozmowa w takich warunkach ma zupełnie inną jakość, byle słowo waży tonę, dźwięki brzmią inaczej, a każdy oddech to ucieczka z więzienia. Niezłe, co?
Mógłbym godzinami opowiadać panu te bajki, pan mecenas by słuchał, notował, wyciągał wnioski (błędne), mógłbym się ślinić jeszcze bardziej niż teraz, ale nie mam ochoty, po prostu nie chce mi się pieprzyć głupot i sprawiać ci, skurwielu, przyjemności. Bo obaj wiemy, że jestem absolutnie normalny. W mojej pracy ani razu nie naruszyłem zasad dobrego rzemiosła, a jeżeli czymś różnię się od kolegów, to odrobiną artyzmu, jeśli można tu użyć tak pospolitego sformułowania.
Zresztą, po co ja to mówię'? Pan przecież nawet nie wie, co to dobre rzemiosło, a świat to dla pana zagadka i cudu nie będzie. Nie będzie olśnienia, nie będzie prawdziwych dźwięków, kolorów i prawdziwych zapachów. Świat jest zatłoczony małymi ludzikami, mającymi wielkie ambicje i nieprzebrane zasoby tupetu, i to nie jest kwestia wychowania czy majątku, bo ja też nie miałem łatwego dzieciństwa, mój tata chlał i bił mamę (czy też był urzędnikiem, nie chlał i nie bił mamy), a jednak zostałem kimś i zrobiłem, co do mnie należało.
I z prawdziwą dumą twierdzę, że zrobiłem to lepiej, niż mi kazali bogowie z twoich notatek.