Szklany szpon
Aa-a kotki dwa, jeden potwór…
- Trop drugi... - zapowiedział sierżant. - Przed jednym z domów uboższej części miasta znajduje się pojemnik na śmiecie, w pojemniku odkrywamy kupę opakowań po batonach Paradiso, dokładnie mówiąc: czterysta siedemdziesiąt sześć. Uprzedzając pytania, powiem, że dyskretnie zbadaliśmy inne sklepy i w najbliższej okolicy, w pewnym określonym promieniu, stwierdzono zwiększony popyt u młodocianych złodziejaszków na te właśnie batony.
W domu wspomnianym wcześniej mieszka trzyipółletnia dziewczynka. Jest sparaliżowana od pasa w dół, nie ma ojca - popełnił samobójstwo, a o matce mówią w okolicy, że jest niezrównoważona psychicznie, i tę właśnie w opinię podzielają lekarze. Kilka razy spędzała od kilku dni do kilku tygodni w miejskim ośrodku psychiatrycznym.
Dziewczynka jest dobrze znana pracownikom opieki społecznej, trzy razy w tygodniu przychodzi do niej przedszkolanka, żeby się pobawić i stymulować rozwój. Dwa razy w tygodniu zaś - rehabilitantka. Tak z grubsza wygląda ta rodzina. W chwili, gdy odkryłem kilkaset opakowań i wścibska sąsiadka poinformowała mnie, że widziała, jak cały kłąb opakowań spadał z okien do kubła, weszliśmy z partnerem do tego mieszkania, gdzie okryliśmy to...
Wychylił się jak przedtem i trącił palcem "play", ale teraz zrobił to z pewnym wahaniem, może obrzydzeniem czy strachem. Ciekawość Horwitsa zaczęła podskakiwać w miejscu jak dziewczynka niecierpliwie czekająca na odmierzenie czterech gałek lodów. Ekran mrugnął kilka razy. Pojawił się na nim korytarz mieszkania, jasne plamy po maźnięciach halogenów mieszały się z smugami czerni, kilka razy obiektyw liznęły bezpośrednio światła i wtedy jaskrawe powidoki smużyły przez moment.
W polu widzenia kamery znalazł się Devey, stał ponuro oparty barkiem o ścianę, ruchem jednej brwi wskazał kamerzyście ciemny prostokąt drzwi, kamera, podskakując, przysunęła się bliżej, sierżant wysunął ramię i włączył światło, ale sam nie wchodził do pokoju.
To był mały pokoik z zasuniętymi szczelnie żaluzjami. Było w nim tylko kilka mebli, tapczanik, szafka, ale gdyby nawet wypełniały go oryginalne chippendale i tak co innego przykułoby uwagę. Od sufitu, od haka po żyrandolu, zwisała cienka linka, na jej dolnym końcu nieruchomo wisiała mumia.
Skurczona, pomarszczona, wyschnięta czaszka zwrócona była do obiektywu tak zwanym półprofilem, widać było wyraźnie jedną gałkę oczną, jasną i błyszczącą, co kontrastowało ze skórą, fałdy której zachowały naturalną barwę na wypukłościach zmarszczek i pociemniały w załomach, przez co twarz wisielca wyglądała jakby ktoś pomalował ją w zebrzasty wzór, nie wiadomo, w jakim celu i jak.
Kamerzyście zadrżała ręka, obiektyw zsunął się niżej, na szarą, workowatą sukienkę, całą upstrzoną brązowymi, podłużnymi smugami, z szerokich rękawów wystawały chude, jak oskórowane ręce, choć pokryte cienką warstwą suchego, łuszczącego się naskórka. Zoom kamery cofnął się, objął całą postać, wraz z chudymi nogami, podobnymi do nóg więźniów obozów koncentracyjnych – okrągłe, wystające kolana, piszczele obciągnięte cienką warstwą tkanki nad i pod kolanami, bose stopy z rozwartymi we wszystkie strony palcami stóp. Nagle zwłoki poruszyły się, wolno okręciły na linie, ustawiły błękitnymi oczami, niepasującymi do reszty ciała, wpatrując w kamerzystę. W głośnikach ktoś bełkotliwie wyrzucił z siebie długą, ale niespecjalnie oryginalną wiązkę przekleństw.
Sierżant Devey odczekał jeszcze chwilę i, gdy ciało okręciło się jeszcze bardziej, ustawiło do kamery w pełni en face, wdusił klawisz, tym razem "pause", i zostawił na ekranie makabryczny widok. Jego milczenie zmuszało pozostałych do wpatrywania się w ekran, w końcu Patchet poruszył się, ale Devey znakomicie wyczuł jego intencje i powiedział:
- To jest właśnie matka dziewczynki, nie żyła od pięciu tygodni, co najmniej. Ciało zostało zmumifikowane, spetryfikowane, czy jeszcze coś tam, samobójstwo na sto procent. To jest tak zwany stan zastany - podsumował intonacją sierżant. - Po przesłuchaniu rehabilitantki i pedagoga maluje się następujący obraz: żadna z nich nie widziała od ponad półtora miesiąca matki. Uznały - nie widząc jej, gdy przychodziły do małej - że korzysta z ich obecności i wychodzi na zakupy czy załatwiać jakieś swoje sprawy. Ponieważ mała ani razu nie poskarżyła się na nic, nie miały podstaw do niepokoju. Dziewczynka była czysta, miała na sobie czyste ubranka, zresztą, jak mówiły, to bardzo samodzielne dziecko, mieszkanie było w miarę czyste, czyli - jak zwykle.
Niespodziewanie policjant pochylił się i z dziwną miną trzasnął w jeden z klawiszy, z ekranu zniknęły zmumifikowane zwłoki i pojawiła się twarz dziecka, trzyletniej dziewczynki, poważnej, wyraźnie wyczekująco wpatrującej się w obiektyw.
Dziewczynka miała wysokie czoło, które miała osłonić grzywka, ale ta nie spełniała swojej roli, ponieważ włosy były rzadkie, cienkie, na dodatek miały taką mdłą, jasną barwę, o których większość ludzi i protokoły policyjne mówią: "włosy nieokreślonego koloru". Cierpliwe oczy miały podobną do włosów, nieokreśloną barwę, ni to jasnoniebieską, ni to szaro-popielatą. Poniżej sterczał mały, zadarty do góry nosek i blade, cienkie wargi.
- A to jest Kotek, czyli Agnes Ramona Nascimento, piekielny dzieciak...