Szczęśliwe dni
Moim dzieciom
…chodzi o to, by przyzwyczaić duszę do pogody, która jest radosną kontemplacją nicości.
Roger Caillois,
Myślące kamienie Odrzuciłem tę drobinę, którą nazywamy „ja”, i stałem się niezmierzonym światem.
Musō Soseki
Oto umarłem i zostałem pogrzebany, jakbym kiedyś żył.
Piękny jesienny dzień; drzewa zrzucają listowie na trawnik; opatuleni pensjonariusze suną powolnym krokiem po asfaltowych alejkach, zbierając i rozgarniając stopami zwiędłe liście; ambulans przywozi nowego przybysza do jego ostatniego miejsca zamieszkania; siedzę obok Alzheimera, rozparty na ławce, i z błogim uśmieszkiem błądzącym po mej twarzy jak mewa na wietrze wdycham świeży powiew parku „Szczęśliwych Dni”. Bébel uprawia poranny jogging jakby w zwolnionym tempie, z ręcznikiem na szyi, a jego zdumiewająca opalenizna odcina się wyraźnie od białego dresu. Rachitycznymi susami, nie forsując kroku, biega od Domu do bramy, tam i z powrotem. „Jak forma, Bébel? – Dajemy radę!”
Na końcu głównej alei wznosi się Dom, obszerna dwupiętrowa budowla, dość nowa, przypominająca szwajcarskie schronisko z rzędami drewnianych balkonów. Na parterze, za rozsuwanymi szklanymi drzwiami, które zdobią zawieszone na karniszach kwieciste zasłony, mieści się jadalnia. Przy wejściu widnieje marmurowa tablica: „Szczęśliwe Dni. Prywatny Dom Opieki”. Wewnętrzny parking pozwala odwiedzającym podjeżdżać pod sam Dom. Całość sprawia wrażenie zdrowego, spokojnego, zadbanego miejsca.
Odwracam się do Alzheimera, który zdaje się wpatrywać w jakiś punkt w przestrzeni, w skupieniu, marszcząc brwi:
– O czym to mówiliśmy, Al’?
Al’ nie reaguje, zaciął się na jakiejś frazie, która w całości pochłania jego uwagę.
– Ach, tak, moje osiemnaście lat!
Al’, nagle zaciekawiony, spogląda na mnie:
– Ale gdzie pan mieszka?
– Chwileczkę, Al’, chwileczkę.
W wieku osiemnastu lat sądziłem, że spróbowałem już wszystkiego, co, grosso modo, wypełnia normalne życie, od miłości po pracę, od ideałów po ambicje, od rozczarowań do nudy. Zaznałem już, wprawdzie tylko w postaci infantylnych, acz znaczących próbek, życiowych radości i zawodów, i na tej podstawie wyrobiłem sobie ogólną opinię, na której, jak mi się zdawało, mogę w pełni polegać. Myślałem, że życie, z grubsza biorąc, nie może mnie już niczym „specjalnym” zaskoczyć, niczym, na co warto by czekać z nadzieją. Postanowiłem zdać się na los, niczego się nie spodziewać i przygotować na to, co musi nastąpić. „Ale gdzie pan mieszka?”
Pewnego pięknego dnia udaję się więc do kasy oszczędności z książeczką, którą rodzice cierpliwie uzupełniali od dnia moich urodzin. „Mieszka pan w kasie oszczędności?” Okazuję książeczkę oraz dowód osobisty panu z okienka i mówię, że chcę podjąć oszczędności. Miałem do tego prawo, byłem już dorosły. Gość sprawdza dokumenty, stuka w klawiaturę komputera i szczęśliwy, że może oddać przysługę młodemu, wkraczającemu w życie człowiekowi, wystawia czek z czymś w rodzaju zawodowej satysfakcji, nie zapominając o uroczystej minie ad hoc. Wsuwam czek do kieszeni i idę prosto do banku, by go zdeponować. Następnie udaję się do urzędu miasta. Pytam o osobę, która zajmuje się cmentarzami. Tak oto w wieku, w którym większość młodych ludzi kupuje sobie pierwszy samochód, postanowiłem wykupić sobie grób. Chciałem naznaczyć moje życie kamieniem.
Staję przed osłupiałą urzędniczką, która nie wierzy własnym uszom. Pyta mnie o wiek, znów się dziwi, próbuje przemówić mi do rozsądku: „W pańskim wieku jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, ma pan czas, żeby o tym pomyśleć, całe życie przed panem… Dobrze się pan czuje?” Ależ tak, znakomicie, jestem zdrowy na ciele i umyśle, zapewniam. „Dobrze pan to przemyślał?”, nie daje za wygraną. Zaczynamy wypełniać papiery, patrzy na mnie dziwnie znad okularów, wyraźnie zmieszana; posyłam jej miły uśmiech. „Chodzi o grób rodzinny czy pojedynczą kwaterę?” Nie pomyślałem o tym. Było prawie pewne, że za parę lat ożenię się jak wszyscy, będę miał dzieci, jeżeli wszystko dobrze pójdzie, ale już teraz myśleć o ich grobie… Po chwili zastanowienia zdecydowałem się na pojedynczą kwaterę, nie należy sięgać zbyt daleko w przyszłość. „Na wieczność czy czasowa? – Na wieczność.” Przegląda rejestr, coś w rodzaju cmentarnego katastru, wielkiej księgi rachunkowej, i zapisuje numer kwatery. Pytam, czy mogę najpierw udać się na cmentarz
i obejrzeć miejsce mojego przyszłego pochówku. Zrezygnowana, odpowiada z westchnieniem, że kwatery przydziela się z urzędu, wedle ustalonego porządku, i otwiera księgę na stronie ze szczegółowym planem cmentarza, wskazując palcem przysługujące mi dwa metry kwadratowe. Podpisuję dokumenty i wpłacam zaliczkę, resztę mam uregulować po otrzymaniu faktury, która przyjdzie pocztą. Serdecznie dziękuję i wyciągam rękę, żeby się pożegnać: podaje mi dłoń smutną, trupią, pozbawioną życia. Biedactwo, była kompletnie oszołomiona, zbita z tropu! Zgorszona moją wizytą. Gdy opuszczałem jej biuro, powiedziała: „Mam syna w pańskim wieku”. Uśmiechnąłem się po raz ostatni i zostawiłem ją samą, by udać się do zakładu pogrzebowego. „Ale gdzie pan mieszka?”
To nie żart, naprawdę, facet z zakładu pogrzebowego wyglądał raczej na rzeźnika niż grabarza. Czerwona twarz hulaki, obleśne sadełko, niestosowna wylewność, w stylu „Czym możemy służyć?”, którą starał się z lepszym czy gorszym skutkiem hamować. „Słucham pana?”, takim tonem, jakby składał wyrazy współczucia, chowając nóż za plecami. Wyjaśniam mu, o co chodzi, a on, prawdziwy człowiek interesu, prawie się nie dziwi: „Ma pan rację, nigdy nie jest za wcześnie, by o tym pomyśleć”. Mówię, że chciałbym jak to możliwe najszybciej ozdobić moją kwaterę nagrobkiem, dopełnić całości. Patrzy podejrzliwie: „Nie zamierza pan chyba…” Ależ skąd, nie przyszło mi do głowy odbierać sobie życia, nie mam takich planów, przeciwnie, chcę żyć, jak długo się da. Uspokoił się nieco. „Mamy tu kilka modeli, resztę znajdzie pan w katalogu.” Przeszedłem się po zakładzie, oceniając różne rodzaje marmuru i granitu, muskając dłonią polerowaną płytę czy profil nagrobnej steli. Szukałem czegoś zwykłego, bez pretensji do oryginalności czy
estetycznych efektów. Po prostu nagrobka. Na samym końcu znalazłem coś, co chyba mi odpowiadało: płytę z jasnoszarego marmuru i kwadratową stelę, model bazowy. Facet wydawał się zawiedziony tym wyborem, pewnie wolałby, bym wybrał jakiś bardziej wyszukany kamień, oddając cześć jego sztuce. „Dobrze, proszę pana, jak pan sobie życzy.” Wyjaśnia mi, że trzeba trochę zaczekać, muszą najpierw przyznać mi kwaterę, potem przejdziemy do konkretów: „W końcu nic nie goni, prawda?” Wszystkiego dopilnuje i skontaktuje się ze mną. „Życzę miłego dnia!”
Oto jak w wieku osiemnastu lat kupiłem sobie grób. „Ale gdzie pan mieszka?”
Jest południe. Na dziedzińcu Domu „Szczęśliwe Dni” rozbrzmiewa dzwon, wzywając wszystkich na obiad.
– Chodź, Al’, pójdziemy coś przekąsić.
Pomagam Alzheimerowi wstać i wkraczamy do jadalni w towarzystwie innych pensjonariuszy tym samym powolnym, wymierzonym krokiem, którego w końcu się nauczyłem, by nie zjawiać się tu przed wszystkimi.
Jadalnia to wielka jasna sala, którą starano się urządzić przytulnie, by nie przypominała pracowniczej kantyny, zachowując przy tym cały aspekt praktyczny. Podłoga jest wyłożona płytkami i łatwa w utrzymaniu, lecz wybrano płytki o szlachetnych, przyjemnych dla oka barwach, które nie kojarzą się wyłącznie z higieną. Okrągłe drewniane stoły rozstawiono w pewnej odległości od siebie, co umożliwia swobodne przejście i pozwala biesiadnikom zachować intymność. Zielone rośliny w donicach, wyhodowane na prawdziwym nawozie, rozweselają wnętrze. Eleganckie żyrandole nadają jadalni wygląd sali balowej, którą zresztą czasem się staje. Z wkomponowanych w dekorację głośników płynie podczas posiłków kojąca muzyka.
Zostawiam marynarkę na wieszaku w holu, pośród dzierganych na drutach szali, wełnianych czapek, staromodnych kaszkietów i podszytych futrem płaszczy z kieszeniami pełnymi wilgotnych chusteczek, tuż obok zawieszonego na haczyku na ścianie ręcznika Bébela. Pielęgniarki już wcześniej zwiozły „półinwalidów”, by uniknąć korka, i czekają teraz niecierpliwie na miejscach, aż w końcu zaczną podawać. „Czemu tak wcześnie nas zwieźli?” Spóźnialscy docierają do kresu wędrówki, kiwając głowami, badając stopą zaminowany teren, ciap za ciapem. Szef już siedzi, z pięściami na stole, usadowiony wygodnie na nieprzemakalnej pielusze, mrucząc pod nosem swe nieustające żale. Siadam na wyznaczonym miejscu, respektując uświęcony porządek, by nie zakłócać zwyczajów mych współbiesiadników. Jadalnia się wypełnia. Wesoły harmider ogarnia salę i słychać rytmiczne postukiwania sztućców w rękach chorych na parkinsona. „Alzheimerowcy”, zagubieni, jeszcze szukają miejsca.
Przy stole, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, siedzą: Bébel, olśniewająca cera (78 lat); Le Marec i jego żona Alice, świeżo po wizycie u fryzjera, ondulacja i farbowanie na ametystowy fiolet (82 i 79 lat); Marguerite, którą za plecami nazywają Krezuską, z racji jej legendarnego majątku (86 lat); Szef, były kucharz i zapaśnik (90 lat); a także Clarisse, która bardzo lubi te rzeczy, nigdy nie przepuści okazji, by podkasać spódnicę czy pomacać rozporek (80 lat). Rzecz jasna, trochę tu nie pasuję, ja i moje trzydzieści pięć lat. Mimo różnicy wieku – czysto formalnej – potrafiłem bez większych trudności zintegrować się z grupą i zyskać jej akceptację, okazując wyjątkową uprzejmość i uległość, tak iż dziś wszyscy uważają mnie za pełnoprawnego mieszkańca Domu.
W tym celu trzeba było najpierw przekonać dyrektora, pana Révellego, że, po pierwsze, nie jestem wariatem – „Powinni pana raczej zamknąć w zakładzie psychiatrycznym!” – co nie było wcale takie oczywiste; po drugie, by zechciał przyjąć mnie na okres próbny, na zasadzie wyjątku, za wyższą niż obowiązująca stawkę, z czym, po tych ostatnich słowach, jakoś się pogodził. Okres próbny przebiegł pomyślnie. Pominąwszy kwestię wieku, okazałem się wzorowym pensjonariuszem, dyskretnym i spokojnym, w pełni sprawnym, stosującym się bez szemrania do zasad życia w Domu, w sumie takim, jakich pan Révelli życzyłby sobie tu widzieć. Toteż zostałem przyjęty, choć nigdy oficjalnie nie określono mojego statusu. Pozwolono mi zostać, zastrzegając sobie prawo do usunięcia mnie z zakładu w dowolnym momencie.
Personel zaraz na wstępie uznał, że jestem stuknięty, i zaniepokoił się moją obecnością. Podważałem sens istnienia „Szczęśliwych Dni”, toteż delegacja pracowników udała się do dyrektora. Pan Révelli wyjaśnił, że to wyjątkowy przypadek, i namawiał, by potraktowali mnie jak kogoś w rodzaju lokalnego głupka – „Wiecie, co mam na myśli” – osobliwe zwierzę, ogrodnika, wioskowego idiotę, ale niegroźnego – „Trochę wyrozumiałości, na Boga!” Uspokajał, że na pewno nie znajdę naśladowców, na pewno nie ma wielu podobnych idiotów. Delegaci wyrazili zgodę na ten eksperyment, a cały personel uznał mnie za matołka, niegroźnego pomyleńca, adoptowanego przez Dom. Tak właśnie mnie traktowano i darzono przyjaźnią – „Jak tam, Antoine, wszystko gra?”
Jeśli chodzi o pensjonariuszy, prawie nie zdziwiła ich moja obecność, zadali mi parę pytań, skąd się tu wziąłem i, wielkie nieba, czy mi się tu podoba. Goście z zewnątrz brali mnie za syna czy cierpliwego wnuka któregoś z mieszkańców – pewnie czeka na spadek, wnioskowali, sądząc sami po sobie. Dziś w menu sałatka jarzynowa i królik w potrawce. Pracownice kantyny krążą wokół stołów, pchając wózki i w krąg rozdając talerze. Zwierzęce pomruki, nie wiadomo, satysfakcji czy obrzydzenia, witają danie dnia. Osobiście napełniam kieliszki sąsiadów – to zwykła przezorność – do wyboru woda albo wino. Woda dla Bébela – „Dziś rano zaliczyłem dwanaście i pół minuty!” – wino dla Clarisse – „Kiedy mnie odwiedzisz, malutki?” Richard Clayderman przygrywa na pianinie do nierównego taktu widelców trzymanych słabymi dłońmi, wśród odgłosów przeżuwania bezzębnych, zaślinionych ust. Mało kto rozmawia, wszyscy są zajęci. Skupieni na talerzach jak stado drapieżnych ptaków. Porównują swe porcje z porcjami sąsiadów, dochodząc do
wniosku, że znów ich oszukano. Zostawiają połowę, już nie czują się głodni. Znam dobrze ten spektakl, nie zwracam na to uwagi i w milczeniu spożywam posiłek. Nie patrzę krytycznie, ze złośliwą ironią na współbiesiadników. Stwierdzam tylko, do jakiego straszliwego upadku życie doprowadza człowieka, z finałem w postaci absurdalnej śmierci. Nie potrafię już żyć, zamykając oczy na tę prawdę.
Wreszcie deser. Smakołyk, który wprawia w ruch rozedrgane brodawki i szeroko otwiera zmarszczone powieki. Każdy może wybrać ciastko spośród trzech możliwych, nagroda pocieszenia dla nosicieli „złego cholesterolu”. Czarująca Clarisse wdzięczy się, by uszczknąć z deseru Jeana, który się nie opiera. Bébel zaczyna bez żenady węszyć wokół siebie i rzuca oskarżycielskie spojrzenie w stronę Szefa, który wstydliwie spuszcza oczy i skrępowany wierci się na krześle. Obsługa kantyny nie zwleka z podaniem kawy, tymczasem pierwsi pensjonariusze wychodzą już z jadalni, by wrócić do pokoi. To czas sjesty lub telewizyjnego serialu. Przy sąsiednim stole jakaś staruszka, która nie chce przegapić początku, kiwa się na wózku i ze złością żąda, by ją odwieziono. Pielęgniarki spokojnie dopijają kawę, nie przerywając zwykłej paplaniny, Ognie miłości mogą zaczekać. Wstaję bez słowa: „Już idziesz, kochanie?”, pyta Clarisse, marszcząc się w uśmiechu.
Leżę na łóżku z głową wciśniętą w poduszkę i oglądam Ognie miłości. Pokój jest obszerny i jasny, przyjemnie umeblowany i wyposażony we wszelkie niezbędne wygody. „Szczęśliwe Dni” to luksusowy pensjonat dla osób trzeciego wieku, z dostępem do usług medycznych na miejscu, proponujący wysokiej jakości usługi i rozliczne rozrywki (warsztaty, gry, wspólne wyjścia, spektakle), a dewiza Domu brzmi: „Wiedza przedłuża życie; «Szczęśliwe Dni» ożywiają późne lata”. Wolałbym coś skromniejszego, zwykłego, ale nie znalazłem niczego w promieniu trzydziestu kilometrów – i nie chciałem tracić z oczu mojego grobu. Stać mnie na pobyt tutaj dzięki niespodziewanemu spadkowi po nieznanym mi bliżej ojcu chrzestnym, który zmarł bezpotomnie, a został kiedyś wybrany przez moich rodziców w imię niezłomnej i jak im się zdawało, wiecznej przyjaźni. Życie najpierw po prostu oddaliło ich od siebie, potem rozłączyło na dobre. Ojciec chrzestny był tylko wspomnieniem z odległego dzieciństwa, aż w końcu z aktu notarialnego dowiedzieliśmy
się o jego śmierci. Ulokowałem odziedziczoną sumę na koncie, które, wedle moich obliczeń, będzie w stanie finansować moją przedwczesną emeryturę przez dobre pięćdziesiąt lat.
Pamela kocha się w swoim teściu imieniem Jack, ten zaś miota się między uczuciem do syna Michaela i niechęcią do żony Ashley, nałogowej alkoholiczki, wiecznie pogrążonej w depresji. Niekończące się monologi Jacka rozbrzmiewały w całym Domu na pełny regulator, toteż pewnego pięknego dnia postanowiłem połączyć ten dźwięk z obrazem. Odtąd muszę wyjaśniać pensjonariuszom, którzy nie do końca wszystko zrozumieli, zawiłości intrygi i subtelności scenariusza. Pytają mnie w salonie albo na korytarzu, przychodzą do mojego pokoju po wyjaśnienia. Cierpliwie ustalam fakty, udzielam wyczerpujących odpowiedzi, zachęcam do refleksji i zwracam uwagę na pojawiające się nowe wątki niczym prawdziwy promotor serialu. Leżę na łóżku z założonymi rękami i oglądam kolejny odcinek, sporządzając notatki.
Po napisach końcowych patrzę w sufit. Na korytarzu pielęgniarki robią obchód pokojów, zmieniają pieluchy i wypytują chorych o samopoczucie, wysłuchują żalów i przepisują placebo, by uciszyć narzekania. Ktoś puka do drzwi. Christine w białym fartuchu wchodzi i zamyka za sobą drzwi. Zbliża się i bez słowa siada na brzegu łóżka. Bierze moją dłoń i bez ogródek wciska ją sobie między uda. Nie opieram się, udaję niewiniątko. Ta gierka trwa od wielu miesięcy i zawsze przebiega wedle tego samego rytuału. Następnie Christine rozpina fartuch, odsłaniając dwie wielkie piersi, podnosi miseczki stanika, bym mógł je lizać. Sumiennie wykonuję zabieg, podczas gdy ona rozpina mi pasek. Trochę mnie trzepie i ssie. Później wchodzi na łóżko i siada na mnie okrakiem. Porusza się, trzęsąc pośladkami i kołysząc brzuchem. Odwraca się i muszę wziąć ją na czterech. Cicho jęczy, potrząsa głową. Ja też stękam. Gdy wychodzi, nadal leżę i patrzę w sufit. Dostałem moje placebo.
Jestem żonaty – to już długo nie potrwa: sprawa rozwodowa zbliża się do końca – i mam dwoje dzieci.
Po ukończeniu liceum zapisałem się na uniwersytet, ale niespecjalne przykładałem się do studiów. Regularnie chodziłem na swój grób, na którym kazałem wygrawerować nazwisko, datę urodzenia, a po niej kreskę. Zacząłem zastanawiać się nad epitafium. Pierwsze, jakie kazałem umieścić na płycie – później to zmieniłem – brzmiało:
O, boskie zadki, idące obok tej tablicy, Muśnijcie zimny marmur choć skrawkiem spódnicy O, cudowne księżyce mojej wiecznej nocy, Z tego miejsca podglądam wasze jasne krocza
Myśl o kobietach nie dawała mi spokoju. W tym czasie często chodziłem na dziwki. Nie dlatego, bym nie był zdolny wyrwać jakiejś dziewczyny, ale nudziło mnie podrywanie, szukanie okazji, jałowe gadki, gry wstępne. Nie widziałem żadnego sensu w odprawianiu tego uświęconego ceremoniału, skoro przecież jego domyślnym celem jest zaciągnięcie dziewczyny do wyrka. Zresztą miałem dość spóźnionych młodzieńczych miłości, chciałem jak najszybciej się ustatkować i mieć to za sobą. Ta moja wieczna skłonność, by wyprzedzać znane z góry wypadki.
W końcu po dwóch latach przerwałem studia i zacząłem szukać jakiegoś zajęcia. Dość szybko znalazłem pracę fizyczną w hurtowni. Wziąłem, co się trafiło, specjalnie się nie zastanawiając, tak czy owak, z dobrą czy marną pensją, jakoś wyżyję. Wynająłem skromne mieszkanko w mieście i zacząłem przeglądać rubryki towarzyskie, uznając, iż pozwoli mi to oszczędzić sobie wielu niepotrzebnych słów. Wybierałem anonse najbardziej bezpośrednie, w których stawiane wymagania i warunki były sformułowane w sposób lapidarny. Niestety, najczęściej znów trafiałem na zakonspirowane kurwy. Udało mi się wszak spotkać kilka w miarę szczerych i bezinteresownych dziewcząt, które jednak z pewnością szybko ściągnęłyby mi kłopoty na głowę. Szukałem kobiety zwyczajnej, skromnej, pogodzonej z losem, z którą mógłbym z ufnością patrzeć w przyszłość: żony.
Po wielu miesiącach bezowocnych poszukiwań spotkałem w końcu dziewczynę mniej więcej w moim wieku, trochę zagubioną, trochę nieśmiałą, która także chciała się ustatkować. Wierzyła w wielką miłość i łudziła się, że jestem odpowiednim kandydatem do odegrania tej roli. Nie zaprzeczałem, i tak wkrótce straci złudzenia. Prócz tego nie była zbyt wymagająca ani skomplikowana, gdy tylko zapewniłem ją o moim oddaniu, zgodziła się poprzestać na małym. Zamieszkaliśmy razem i muszę przyznać, że ja sam na jakiś czas dałem się wciągnąć w tę grę, nawet bez oporów: skoro można uszczknąć odrobinę szczęścia, nim pochłonie je to, co nieuchronne… Zachowałem trzeźwość spojrzenia i wiedziałem, że pewnego dnia nadejdzie koniec miłości i nuda. Po roku wspólnego życia wzięliśmy ślub, a w rok później nosiła nasze pierwsze dziecko. Od czasu do czasu chodziliśmy na mój grób, zaopatrzeni w wiadro i motykę, by usuwać chwasty, polerować kamień. Przywykła do tego, uważała, że to trochę dziwaczne, ale zgadzała się, że wszystkich nas czeka
ten los. Pomijam pierwsze oznaki łatwego do przewidzenia rozkładu naszego związku, wyrzuty, dąsy, urazy, które się kumulują. W rok po pierwszym dziecku urodziło się drugie, raz dwa, nim pożądanie całkowicie zniknie, czyniąc prokreację pracochłonnym zajęciem; chłopiec i dziewczynka, to w zupełności wystarczy. Na początku chciałem zajmować się dziećmi, przekazać im apetyt na życie, którego mi brakowało, z pewnością źle się do tego zabrałem albo nie miałem siły przekonywania. Kiedy zaczęły dorastać, dały mi do zrozumienia, że wolą beze mnie wyrobić sobie pogląd na temat egzystencji. Później żona zaczęła domagać się wolności, snuła ambitne plany i marzenia o innym życiu. Pozwoliłem jej marzyć, a życie sprawiało, że zaczęła wracać do domu coraz później. Czuć już było koniec, po dwunastu latach pożycia. Nagły wiatr w żagle losu, szczęśliwy zbieg okoliczności, bo właśnie wtedy odziedziczyłem majątek po nieznanym mi ojcu chrzestnym. Raz jeszcze wyprzedziłem bieg zdarzeń: oznajmiłem żonie i dzieciom, że od nich
odchodzę. Tropiki mnie nie pociągały; potrzebowałem ciszy, spokoju, życia z dala od przykrych ograniczeń codzienności; chciałem unosić się lekko na powierzchni życia, pływać na desce, nim skończę zamknięty w czterech. W wieku trzydziestu pięciu lat postanowiłem zamieszkać w domu starców. I tak oto siedzę u twego boku, Al’. „Ale gdzie pan mieszka?”