Szaleństwo
Niewykluczone, że szaleństwo jest równie stare, co ludzkość. Archeologowie wykopali czaszki datujące się z okresu przynajmniej 5000 p.n.e., noszące ślady zabiegu, w którym domniemywać możemy trepanacji – wywiercono w nich małe, okrągłe dziury za pomocą narzędzi z krzemienia. Osobnik został prawdopodobnie uznany za opętanego przez diabły, otwory miały im pomóc w ucieczce.
We wczesnych mitach religijnych i opowieściach heroicznych szaleństwo zazwyczaj przybiera treść przeznaczenia lub kary. W Księdze Powtórzonego Prawa (6:5) napisano: „Pan porazi cię szaleństwem” – Stary Testament wspomina liczne przypadki opętanych przez diabły, między innymi opowiada, jak Pan ukarał Nabuchodonozora strącając go w stan zwierzęcego szaleństwa. U Homera pojawia się postać Ajaksa, zarzynającego owce w obłąkańczej wierze, że są to żołnierze wroga. To scena zapowiadająca walkę Don Kichota z wiatrakami. Przemoc, smutek, krwiożerczość i kanibalizm stanowią motywy powszechnie wiązane z obłąkaniem. Herodot wspomina szaleństwo perskiego króla Kambyzesa, który szydził z religii – bowiem któż inny, niż tylko wariat mógłby chcieć obrażać bogów?
Dzikie zaburzenia nastroju, mowy i zachowania przypisywano zazwyczaj siłom nadprzyrodzonym. W hinduizmie istnieje nawet specjalny demon, Grahi („ta, która poraża”), odpowiedzialny za drgawki padaczkowe, w Indiach psiego demona oskarża się o sprowadzanie ataków epileptycznych. (Często symptomom obłędu nadawano cechy kynologiczne, jak to ma miejsce w szeroko rozpowszechnionym wierzeniu w wilkołaki – inaczej: likantropia lub „wilczy obłęd” – gdzie szaleńcy grasują po grobach i wyją do księżyca, lub w języku angielskim, który używa wyrażenia black dog („czarny pies”) na określenie depresji.)
Babilończycy i mieszkańcy Mezopotamii uważali, że pewne zaburzenia spowodowane były przez inwazję duchów, czary, demoniczną złośliwość, oczy uroczne lub złamanie tabu – opętanie stanowiło w tym wypadku zarówno wyrok, jaki i karę. Asyryjski tekst pochodzący z okresu około 650 p.n.e. przypisuje aktywności diabłów objawy w sposób oczywisty epileptyczne:
Jeżeli w chwili opętania, podczas gdy siedzi, lewe oko przesuwa mu się w bok, wargi wydyma, z ust płynie mu ślina, zaś ręka, noga i lewy bok tułowia drgają, jak u zarzynanej owcy, to jest to_ migtu_. Jeżeli w chwili opętania umysł jego czuwa, demona można wypędzić. Jeżeli w chwili opętania umysł jego nie jest zbyt bardzo świadom, demona wypędzić się nie da.
O poglądach wczesnych Greków wnosić można na podstawie ich mitów i epiki. Nie znajdziemy w nich odwołania do takich władz umysłu, jak rozum i wola, znanych z późniejszej medycyny czy filozofii. Ich bohaterom nie sposób również przypisać posiadania psychiki, przynajmniej porównywalnej z tą, która cechuje, powiedzmy, Edypa Sofoklesa; cóż dopiero mówić o psychice postaci Szekspira lub Freuda. Człowiek homerycki nie jest introspektywną, samoświadomą istotą, która już kilkaset lat później wkroczy na karty sokratejskich dialogów – po prawdzie, to w „Iliadzie” nie występuje nawet słowo oznaczające „osobę” lub „jaźń”. Życie i zachowanie, zarówno normalne, jak i anormalne, postrzegane jest jako igraszka zewnętrznych, nadprzyrodzonych sił, ludzi zaś w całkiem literalnym sensie do szaleństwa doprowadzić mogą gniew, udrękę czy mściwość. Protagoniści „Iliady” to marionetki pozostające we władzy straszliwych sił, znajdujących się całkowicie poza ich kontrolą – bogów, demonów i furii – które karzą, mszczą się i niszczą.
Ich los rozstrzygnięty jest już z góry, co niekiedy może im zostać objawione w śnie, wyroczni lub wróżbie. Życie wewnętrzne, z dręczącymi dylematami sumienia i wyboru, nie nabrało jeszcze decydującego charakteru, dlatego też znacznie więcej dowiadujemy się o czynach bohaterów niż o ich rozważaniach.
Wszakże już przed nastaniem złotego wieku w Atenach rysować się zaczął bardziej nowoczesny pejzaż umysłowy. Rozwinę ty w piątym i czwartym wieku p.n.e. namysł nad psychiką stał się żyzną glebą, z której wyrósł zachodni korpus przekonań dotyczących umysłu i szaleństwa, co zresztą milcząco przyznaje Freud, gdy dziecięce konflikty psychologiczno-seksualne nazywa kompleksem Edypa, spłacając tym samym daninę sztuce Sofoklesa.
Sztuki Ajschylosa, Sofoklesa i Eurypidesa przedstawiają w formie dramatu potworne pierwotne konflikty – oto udręka herosa lub heroiny stanowiących tylko igraszkę w rękach bogów lub miażdżonych przez nieuchronne przeznaczenie, oto rywalizujące ze sobą wymogi miłości i honoru, obowiązku i pragnienia, jednostki, rodu i państwa. Niekiedy ich nieuchronnym wynikiem jest obłęd – oto tracą rozum, wściekając się i miotając w szale, zupełnie nie panują nad sobą, jak Medea, uśmiercająca swoje dzieci. Jednakże, inaczej niż bohaterowie Homera, protagoniści tragików są świadomymi podmiotami refleksji, biorą na siebie odpowiedzialność, dręczy ich poczucie winy. Wiemy o ich wewnętrznych konfliktach, widzimy w nich udręczone umysły poróżnione ze sobą, co często potwierdzają echem wewnętrznie sprzeczne, wyrażane na głos komentarze chóru. Siły zniszczenia w tragediach nie pozostają już w wyłącznej gestii zewnętrznego przeznaczenia, dumnych bogów i wrogich furii. Upadek można ściągnąć na siebie samemu – bohaterów pożerają
bezmyślna buta, ambicja lub duma, po których przychodzi wstyd, smutek i poczucie winy. Skłóceni wewnętrznie sami przyczyniając się do ściągnięcia na siebie obłędu (nemesis) – tak psychiczna wojna domowa staje się endemicznym wyróżnikiem kondycji ludzkiej.
Dramat wskazał jednak także drogi wyjścia – lub, jak moglibyśmy dzisiaj powiedzieć, teatr stał się „terapią”. Oczywiście, karą za transgresję może być po prostu śmierć. Lecz, jak to ma miejsce w wypadku Edypa, udręka staje się ścieżką do głębszej wiedzy, ślepota prowadzi do wnikliwości, zaś publiczne wystawienie samego dramatu dostarcza widzom zbiorowej katharsis (oczyszczenia). Szekspir odtworzy ten sam motyw w postaci Króla Leara, którego samowyobcowanie doprowadzi w końcu, poprzez szaleństwo, do poznania siebie.
Równocześnie typowe dla czasów archaicznych nadprzyrodzone wierzenia w opętanie, zostały oprotestowane i zakwestionowane przez grecką medycynę. Jak już zauważyliśmy, bogom tradycyjnie przypisywano odpowiedzialność za napady padaczkowe, widząc w „świętej chorobie” opanowanie przez demona lub ducha, który zmagał się z ciałem i duszą ofiary. Nic więc dziwnego, że zaburzenia próbowano leczyć modlitwami, zaklęciami i ofiarami składanymi w świątyni wzniesionej ku czci Asklepiosa, boga sztuki lekarskiej.
Przeciwko temu właśnie wystąpił traktat „O Świętej Chorobie”. Autor jego, zwolennik Hipokratesa zwanego „ojcem greckiej medycyny” (ok. 460-357 p.n.e.), nie mógł doszukać się niczego nadprzyrodzonego w tym stanie. Epilepsja jest jego zdaniem po prostu chorobą mózgu:
Ta święta choroba nie wydaje mi się ani trochę bardziej boska czy święta niż inne choroby, lecz posiada naturalną przyczynę, z której się wywodzi, jako i inne schorzenia. Ludzie uważają jej naturę i przyczynę za boskie powodowani nieuctwem i zdumieniem, ponieważ nie jest ona podobna do innych chorób.