Swój czy wróg?
Problem
"Staranowałem i zatopiłem nieprzyjacielski okręt podwodny. Uratowani członkowie załogi zdają się mówić po włosku." Dowódca HM S Cyclamen po zatopieniu włoskiego okrętu podwodnego Guglielmotti 10 marca 1917 roku Pomyłkowy ostrzał jest nieodłącznym elementem wojny od początku dziejów. Już grecki historyk Tukidydes tak opisywał rozegraną w 413 r. p.n.e. bitwę między Ateńczykami i mieszkańcami Syrakuz pod Epolajem:
"Teraz u Ateńczyków powstało zamieszanie i oni znaleźli się w krytycznym położeniu. (...) Ateńczycy szukali się nawzajem i każdego, kto nadchodził z przeciwnej strony, choćby to były własne wycofujące się oddziały, brali za nieprzyjaciela. (...)
Doszło wreszcie do tego, że w powszechnym zamieszaniu w wielu miejscach wpadali nawzajem na siebie, przyjaciel na przyjaciela, rodak na rodaka; nie tylko wzbudzali w sobie przerażenie, lecz nawet rozpoczynali walkę wręcz i z trudem dopiero jej zaprzestawali."
Ponad dwa tysiące lat później historyk piszący o wojnie w Zatoce z 1991 roku dla United States Army War College doszedł do następującego wniosku:
"Musimy pogodzić się z przykrą prawdą, iż niemożliwe jest całkowite wyeliminowanie ofiar pomyłkowych ostrzałów na współczesnym polu walki."
Jeżeli natomiast chodzi o wojnę morską, to fenomen ten tak na dobrą sprawę zaistniał dopiero w XX wieku. Nie oznacza to, iż przed 1900 rokiem nie było w ogóle przypadków pomyłkowego ostrzału własnych okrętów, ale zdarzały się sporadycznie i były niegroźne. Rozwój techniki i wprowadzenie nowych rodzajów broni zmieniły tę sytuację diametralnie. W czasach flot żaglowych rozpoznanie zbliżających się okrętów stanowiło znacznie mniejszy problem raz dlatego, że wszystko toczyło się wolniej, dwa, że starcia odbywały się na znacznie mniejszych odległościach.
Szybkości osiągane przez żaglowce w połowie XVIII wieku nie przekraczały 12-13 węzłów w przypadku okrętów liniowych. Fregaty mogły osiągnąć 15 węzłów, ale jedynie w wyjątkowych okolicznościach - przy sprzyjającym wietrze umożliwiającym postawienie wszystkich żagli, spokojnym morzu i świeżo oczyszczonym kadłubie. Fregata mająca obrośniętą podwodną część kadłuba w wyniku przebywania na morzu przez jakiś czas nie była już zdolna do rozwinięcia takiej prędkości.
Zasięg dział pokładowych w tych czasach mierzony był w setkach metrów, np. działo 32-funtowe, będące najcięższym ze standardowo używanych dział pokładowych, miało maksymalny zasięg 2650 m (2900 jardów), ale jeśli nabito je kartaczem, zasięg ten spadał do 1325 m (1450 jardów), a jeśli kulą łańcuchową - do 730 m (800 jardów). Były to jednakże zasięgi czysto teoretyczne, gdyż choć walki zaczynały się od wymiany ognia z dalekonośnych karonad, wymiana salw burtowych powodująca prawdziwe zniszczenia następowała w znacznie mniejszej odległości. Fregaty HM S Shannon i US S Chesapeake w 1813 roku stoczyły pojedynek, znajdując się w odległości około 36 m ( 40 jardów) od siebie. Gdy zaś Napoleon spytał kapitana Maitlanda dowodzącego HM S Bellerophon, czy płynący w odległości jednego kabla (około 220 m) HM S Superb znajduje się wystarczająco blisko, by go skutecznie ostrzelać, Maitland odparł:
"Odpowiedziałem, że znacznie lepiej byłoby znaleźć się w połowie tej odległości albo i nieco bliżej, jako że zasadą naszej floty jest nie być w czasie walki dalej od przeciwnika niż potrzeba, by manewrować okrętem i swobodnie posługiwać się rejami”.
Tak niewielkie odległości znaczyły, że można było nabijać działa dwiema kulami lub kulami łańcuchowymi, co miało dosłownie druzgocące skutki dla kadłubów i omasztowania przeciwnika. Ułatwiało to też trafienie w cel, gdyż nie wszystkimi działami dowodzili ludzie na tyle wyszkoleni, by wycelować je przy dużych odległościach, a na dodatek w czasie strzelania na pokładach artyleryjskich drastycznie spadała widoczność dzięki wszechobecnym kłębom prochowego dymu.
Tak z uwagi na mniejsze prędkości, jak i konieczność większego zbliżenia się do przeciwnika, jak również ze względu na to, iż żaglowce posiadające wysokie maszty i piramidy żagli były z daleka widoczne, tempo zmagań morskich w epoce żaglowców było dość powolne. Umożliwiało to wczesne i prawidłowe rozpoznanie zbliżających się okrętów i uniknięcie pomyłek. Dla przykładu w bitwie pod Trafalgarem rozegranej w 1805 roku flota brytyjska zbliżała się do francuskiej z prędkością mniejszą niż 5 węzłów, a pierwsze strzały oddano, gdy obie floty dzieliła odległość mniejsza niż mila.
W bitwie pod Lissą stoczonej w 1866 roku między Austrią a Włochami i uważanej powszechnie za najważniejszą bitwę morską w okresie między wojnami napoleońskimi a I wojną światową ostrzał rozpoczęto, gdy odległość między przeciwnikami spadła poniżej 914 m (1000 jardów ). Można zresztą uznać, że pod względem taktyki nastąpił nawet regres, gdyż obie strony za główny sposób zatapiania okrętów przeciwnika uznały taranowanie. Sytuacja zmieniła się pod koniec XIX i na początku XX wieku, gdy nastąpił dynamiczny rozwój techniki i spowodowane przez niego zmiany w wyposażeniu i uzbrojeniu okrętów.
Para zastąpiła żagle, żelazo, a potem stal wyparły drewno, a odtylcowo ładowane działa strzelające zespolonymi pociskami - ładowane od lufy armaty wystrzeliwujące lane żelazne kule. Radio i telegraf pozwoliły dowództwu na komunikowanie się z okrętami w ciągu godzin, gdy za czasów jednostek kurierskich zajmowało to całe tygodnie.
Dzięki temu rosły zarówno prędkości okrętów, jak i zasięg dział. Działa kal. 13,5 cala (343 mm), w które wyposażono HM S Iron Duke, miały zasięg prawie 22 km (23740 jardów) przy podniesieniu 20", 15-calówki (381 mm) zaś stanowiące uzbrojenie główne pancerników klasy Queen Elizabeth przy podniesieniu 30" mogły strzelać na odległość ponad 30 km (33550 jardów). Były to największe działa pokładowe używane w czasie I wojny przez brytyjską flotę. Maksymalna zaś prędkość brytyjskich dreadnoughtów wahała się pomiędzy 21 a 24 węzłami i nie była zależna od wiatru, a jedynie w minimalnym stopniu od stanu kadłuba. Oba te czynniki oznaczały, iż walczący na morzu przeciwnicy znajdowali się w znacznie większych odległościach od siebie. W bitwie krążowników stoczonej w 1915 roku koło ławicy Dogger okręty obu stron znajdowały się w odległości 12,5 mili morskiej, czyli prawie 23 km od siebie.
Krótko potem wprowadzono nowe rodzaje uzbrojenia, a nawet nowe rodzaje okrętów, które nader skomplikowały wojnę morską. Torpedy, okręty podwodne czy samoloty, by wymienić tylko najważniejsze nowości, całkowicie zmieniły sposób jej prowadzenia. Rozstrzygnięciem nie był już bój spotkaniowy dwóch flot wymieniających salwy artyleryjskie. Już w okresie I wojny światowej dowódcy musieli mieć świadomość, że przeciwnik, a więc zagrożenie, może pojawić się nie tylko na powierzchni, ale także pod nią i nad nią, czyli w powietrzu.
To ostatnie niebezpieczeństwo co prawda było niewielkie, gdyż samoloty torpedowe jeszcze nie powstały, a bombowce dopiero zaczynały być groźne, ale ostrzał z broni pokładowej był już na porządku dziennym, a Niemcy powszechnie wykorzystywali sterowce do zadań rozpoznawczych.
Na wzrost liczby pomyłkowych ostrzelań wpływ miało przede wszystkim pojawienie się samolotów i okrętów podwodnych - oba te typy broni były niewielkie i miały nader zbliżony wygląd niezależnie od tego, w skład jakich sił zbrojnych wchodziły. Choć przed wybuchem wojny najpopularniejszą doktryną było wykorzystywanie okrętów podwodnych jako części floty do celów zwiadowczych, znaleźli się już przewidujący problemy wynikające z trudności w ich rozpoznaniu czy nawiązaniu z nimi łączności.
Jednym z pierwszych był komodor Roger Keyes dowodzący Służbą Podwodną Królewskiej Marynarki Wojennej, który mówił o tym już po letnich manewrach Royal Navy w 1913 roku. Działania zbrojne prowadzone w czasie I wojny potwierdziły jego przypuszczenia. Większość przypadków pomyłkowego ostrzału dotyczyła okrętów podwodnych, co jest zrozumiałe, gdyż stanowiły one nowe i na dodatek poważne zagrożenie. Udowodniła to już bitwa pod Heligolandem stoczona 28 sierpnia 1914 roku, w czasie której brytyjskie krążowniki liniowe, krążowniki, niszczyciele i okręty podwodne miotały się po stosunkowo niewielkim obszarze przy słabej widoczności. Ponieważ dowódcy okrętów podwodnych nie zostali uprzedzeni o obecności krążowników liniowych wiceadmirała Beatty'ego, ich niespodziewana interwencja ,,(...) wywołała duże zamieszanie i spowodowała spore zdenerwowanie dowódców kilku okrętów podwodnych".