"Świat bez Głowy": o tym, jak wyglądało życie Janusza Głowackiego. Fragmenty

Nazywano go lwem salonowym, bon vivantem, czasami nawet warszawskim playboyem. Lubił chodzić w białych koszulach rozpiętych niemal do pasa. Tylko najbliżsi przyjaciele wiedzieli, jak bardzo jest nieśmiały i wrażliwy. Ukrywał się za maską ironii i żartu. Był jednym z najsławniejszych polskich pisarzy. Wydawało się, że śmierć jego jedynego ominie...
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Polski prozaik, dramaturg, scenarzysta, felietonista i eseista
Polski prozaik, dramaturg, scenarzysta, felietonista i eseista (Materiały prasowe, Fot: Czesław Czapliński)
WP

Kazimierz Kutz mówi, że miał w życiu wielu przyjaciół. Z nikim jednak nie łączyły go tak ciepłe stosunki jak z Głowackim: - Głowa był tak uformowany, że on jakby nie miał żadnych wzlotów. Nigdy nie widziałem, żeby on szybko chodził, nigdy nie słyszałem, żeby podnosił głos, żeby się z kimś kłócił. Podobało mi się to - opowiada reżyser. Obaj zaprzyjaźnili się, gdy Kutz został senatorem i stołował się w "Czytelniku" przy Wiejskiej. Stamtąd najbliżej było z Sejmu. W restauracji swój stolik miał Tadeusz Konwicki i Henryk Bereza, wspaniały krytyk literacki. Dosiadał się do nich często Gustaw Holoubek który jak nikt potrafił opowiadać dowcipy. Głowacki lubił na przykład taki: "Do Czech przyjechało trzech Szwedów: Lars, Larsen i Larsoden. Poradzono im, aby nazwiska napisali wspak i wtedy będą dla Czechów łatwiejsze. I tak teraz nazywają się: Sral. Nesral, Nedosral“.

Materiały prasowe fot. Czesław Czapliński
Podziel się
WP

- Nieustannie wykpiwaliśmy polską rzeczywistość – opowiada Kutz – Te spotkania były fascynujące, bo były męskie, a jednocześnie znajdowaliśmy taki rodzaj przyjemności w mówieniu o rzeczach bardzo ważnych, jakby one nas bezpośrednio nie dotyczyły. Byliśmy związani konwencją mówienia o sztuce, o kulturze, o ludziach w sposób dość wykwintny, ale też często bardzo kpiarski. A Głowa to już w ogóle miał niebywały dar sarkazmu, bardzo ładnie umiał się wyśmiewać i jeszcze przy tym mówił lapidarnie. Wchodziliśmy czasem w taką szajbę plotkarską i strasznie szydziliśmy, używając bardzo specyficznego języka – wspomina Kutz – Bawiliśmy się jak dzieci. Wtedy widziałem Głowę naprawdę rozbawionego. Ta nasza przyjaźń wydawała mi się wieczna, bo ona była taka chłopięca. Nigdy się ze sobą nie spoufalaliśmy. Nie wyobrażam sobie, żeby Głowa mógł mnie dotknąć. To było zupełnie niemożliwe. Byliśmy po prostu chłopakami z jednej drużyny, szefami gangu. I co teraz bez tego zrobić?

Materiały prasowe fot. Czesław Czapliński
Podziel się

Strome i śliskie są plecy kobiet

WP

- Pamiętam, jak kiedyś weszłam do "Czytelnika" i zobaczyłam Janusza siedzącego przy stoliku Konwickiego – wspomina pisarka Krystyna Kofta. - Wstał, podszedł do mnie, przywitał się, usiedliśmy i zaczęliśmy rozmawiać. Później spotykaliśmy się już coraz częściej. Najwięcej rozmawialiśmy o literaturze, na przykład o pierwszych zdaniach w naszych książkach. Takie rozmowy teraz trudno przytoczyć, bo to jest tak intymne, chyba nawet bardziej intymne niż seks. - Głowacki kibicował Kofcie, kiedy została felietonistką nowo powstającego czasopisma "Twój Styl". - Krystyna Kaszuba, naczelna gazety zaproponowała mi, żebym na łamach magazynu porozmawiała z ciekawymi mężczyznami, że to przyda się w kobiecym piśmie. Początkowo nie byłam zachwycona tym pomysłem, bo nie jestem dziennikarką. Jednak to miały być rozmowy, a nie wywiady. Pomyślałam, że warto spróbować. Do pierwszej rozmowy zaprosiłam Janusza. Umówiliśmy się w jego mieszkaniu na Bednarskiej. Postawił burbona, siedzieliśmy, gadaliśmy i strasznie się przy tym śmialiśmy. - Pierwsze pytanie, które Kofta zadała Głowackiemu, brzmiało: "Mówią, że zrobiłeś karierę, wspinając się po plecach kobiet:. Janusz odpowiedział: "Wiesz, Krysiu, strome i śliskie są plecy kobiet". Taki był tytuł tej pierwszej rozmowy.

- Janusz zawsze zwracał uwagę na wygląd – opowiada pisarka. - Nieprawda, że tylko chwalił. Pamiętam, jak przyszłam na spotkanie z nim w kostiumie w gołębim kolorze. Bardzo mu się spodobał. A kiedyś włożyłam szarą sukienkę, on popatrzył na mnie, pokręcił głową: "Nie pasuje ci ta sukienka" – powiedział. Po pogrzebie Konwickiego poszliśmy wszyscy do cukierni Bliklego. Janusz obejrzał mnie od stóp do głów i powiedział: "Ta sukienka jest świetna. Możesz ją włożyć i na mój pogrzeb". Przypomniało mi się to, kiedy otworzyłam szafę 11 września, przed wyjazdem na Powązki. Dotknęłam tej sukienki i pomyślałam sobie: "O nie! Nie dość, że wyciąłeś numer, umierając tak nagle, to jeszcze będziesz mi dyktował, w co mam się ubrać?! Ze złości i żalu wybrałam coś w zupełnie innym stylu".

Materiały prasowe fot. Czesław Czapliński
Podziel się
WP

Życie towarzyskie i uczuciowe

- Janusz fantastycznie się bawił, umiał żyć pięknie, nie marnował czasu towarzysko – opowiada Daniel Olbrychski. Aktor wspomina, że Głowacki zawsze mówił cicho, jakby przez zaciśnięte wargi, i trzeba było być blisko niego, żeby usłyszeć, że coś właśnie "smacznie skomentował". – Myślę, że on od razu układał sobie w głowie, jak dane zdanie powinno być napisane. Mówił w sposób wyważony i celny, ale powoli, tak jakby w myślach najpierw zapisywał, co chce powiedzieć, i sprawdzał później, jak to będzie brzmiało. Janusz lubił siebie, swoją fizyczność i przypuszczam, że lubił się pokazywać. Dobrze się czuł, wiedział, że jest interesujący, i tak się przechadzał jak tygrys po Krakowskim Przedmieściu.

Przed laty ulubionym lokalem Janusza był SPATIF. Chadzał tam często w towarzystwie Janusza Zaorskiego, reżysera z którym przyjaźnił się całe lata. – Czasami spotykałem Głowę już na Krakowskim Przedmieściu – wspomina reżyser. - I wtedy krzyczałem za nim: "Panie Prus, panie Prus", bo wiadomo, że prawdziwe nazwisko Prusa to Głowacki. Janusz z początku się obruszał, ale później już go to bawiło. A ja wtedy poszedłem o krok dalej i zaczynałem cytować "Kroniki": "Wczoraj na Krakowskim Przedmieściu dorożka śmiertelnie potrąciła 38-letniego starca" – to jest o tobie, mówiłem Januszowi i w takich humorach wchodziliśmy do SPATIF-u.

Materiały prasowe fot. Czesław Czapliński
Podziel się
WP

Głowacki w swoich książkach pisał, że dużo wtedy pił. Jego przyjaciele jednak to dementują. - Janusz prawie w ogóle nie pił – opowiada Zaorski. – Zresztą on nie znosił białej wódki. Lubił whisky, koniaczek. I miał taki zwyczaj, że na początku wieczoru wlewał sobie do szklaneczki trochę trunku i pakował dużo lodu. Później sobie z tą szklaneczką krążył cały wieczór i tylko lód uzupełniał. Na koniec już w szklaneczce była tylko woda i Janusz mówił, że to wódka. Czasami po suto zakrapianej nocy, kiedy sytuacja wymknęła się nam spod kontroli, dzwoniliśmy do Janusza z pytaniem: "Jak tam wczoraj było?". Wiedzieliśmy, że on pamięta wszystko i czasem udawaliśmy, że film nam się urwał, żeby posłuchać, jak o nas opowiada. Miał świetne ucho i wyłapywał różne smaczki, na które my nie zwracaliśmy uwagi.

Głowacki nie pił nie tylko dlatego, że nie lubił alkoholu. Ważniejsze było to, że on każdego dnia wstawał rano, zasuwał zasłony w swoim mieszkanku na Bednarskiej, zapalał światło i pisał od 8 do 13. Mówił, że nie umie pisać nocą, ani wieczorem. - Myślę, że oprócz tego, że on lubił oczywiście nasze towarzystwo, to jednak wychodził z nami dlatego, że cały czas szukał tematów, jakiś ciekawych sformułowań, które mógłby wykorzystać – opowiada Zaorski.

Materiały prasowe fot. Czesław Czapliński
Podziel się
WP

Na dachu świata

"Kiedy zmieniasz adres, to zmieniasz swoje przeznaczenie", lubił powtarzać Janusz Głowacki, kiedy pytano go, dlaczego wyjechał do Nowego Jorku. Za granicą zatrzymał go stan wojenny. W grudniu 1981 r. w Londynie wystawiano jego sztukę "Kopciuch“. Głowacki przyjechał na premierę i właśnie wtedy przestały kursować samoloty do Warszawy. Zamiast wracać do Polski, zdecydował się zaryzykować. Wyjechał do Ameryki. "Emigracja to jest skok z tonącego statku. Robi się mnóstwo rzeczy bez przemyślenia, bez sensu. Prosiłem o pomoc ludzi, których nie powinienem prosić, i nawet teraz się wstydzę, gdy sobie o tym przypomnę“ – opowiadał w wywiadach.

Pierwsze lata spędzone w Nowym Jorku były bardzo trudne. Nie miał pieniędzy, mieszkania, znajomości. W końcu jednak udało mu się wystawić sztukę na Broadwayu. Jego "Polowanie na karaluchy" i "Antygona w Nowym Jorku" zostały uznane przez magazyn "Time" za najlepsze amerykańskie sztuki. Głowacki osiągnął w Stanach więcej niż jakikolwiek polski dramaturg przed nim. Na początku lat 90. Janusz Zaorski rozpoczął pracę nad filmem "Szczęśliwego Nowego Jorku". Przyjechał do Stanów i spotkał się z Głowackim pierwszy raz po latach. - Zakochałem się wtedy w nim powtórnie – opowiada reżyser. - On tam był już na takim luzie, na jakim nigdy go w Polsce nie widziałem. Prosiłem go wtedy, żeby pokazał mi ciekawe miejsca. Przemierzyliśmy Manhattan wzdłuż i wszerz. W którymś momencie zapytałem go: "Słuchaj, a ty nie masz samochodu?". On się uśmiechnął i powiedział: "Mam, ale jeśli będę nim jeździł, to stracę miejsce do parkowania".

Materiały prasowe fot. Czesław Czapliński
Podziel się

W Nowym Jorku Janusz zaprzyjaźnił się też z Hanną Bakułą, pisarką i malarką. - Mieliśmy wtedy taką paczkę znajomych. Towarzystwo wciąż się zmieniało. Jedni się wprowadzali, inni wyprowadzali. To nie był łatwy okres dla żadnego z nas, ale w jakiś sposób wszyscy sobie pomagali.

Z Bakułą łączyła też Głowackiego tęsknota za Polską. Kiedy już nie można było wytrzymać jeździli do Brighton Beach, tam gdzie mieszkali Rosjanie. Tereny te nazywane są Małą Odessą. W gastronomie "Moskwa" mieszczącym się w nadmorskim garażu podawali najlepsze śledzie, pielmieni, kawior i sałatki jarzynowe. "A ja ciągle męczyłem się pytaniami wracać do Polski, czy nie wracać?“ – opowiadał Głowacki. W końcu zdecydował, że jego miejsce jest w Warszawie.

W domu najlepiej

- Myślę, że nie było mu łatwo odnaleźć się w Polsce po tylu latach – wspomina Janusz Zaorski. - Byłem wtedy prezesem Telewizji Polskiej, Jan Englert był rektorem i dyrektorem teatru. Janusz któregoś dnia pokręcił głową i mówi: "Moi kumple robią karierę, a ja nic". Po latach nieobecności Głowacki był w Polsce właściwie anonimowy. Pamiętano, że napisał scenariusz do "Rejsu", ale nic poza tym. Wszystko się zmieniło, gdy napisał "Z głowy". Książka okazała się wielkim sukcesem. Po premierze Janusz znowu dumnym krokiem przemierzał swój dawny szlak z "Czytelnika" do Bristolu. I znowu nie było osoby, która by się za nim nie obejrzała.

Materiały prasowe fot. Czesław Czapliński
Podziel się

Po latach Nowy Jork znowu powrócił w jego powieściach. Dumne amerykańskie miasto stało się jednym z bohaterów powieści o Jerzym Kosińskim "Good night Dżerzi". Janusz mieszkając w Polsce, ciągle marzył o tym, żeby napisać coś do filmu. Przyjął propozycję Andrzeja Wajdy i napisał scenariusz do "Wałęsa. Człowiek nadziei“. - Ostatni raz widziałem Janusza na jakimś przyjęciu – mówi Waldemar Dąbrowski, dyrektor Teatru Wielkiego - Opery Narodowej. - I było jak zwykle: Januszku, Waldeczku...I patrząc na niego, powiedziałem – Janusz, czas najwyższy, żebyśmy się spotkali. Odezwę się do ciebie. A później przyszedł 19 sierpnia. Zaraz po przebudzeniu pomyślałem, że muszę dziś koniecznie do niego zadzwonić i zorganizować spotkanie, że nie ma na co czekać. A później włączyłem telewizor i już wiedziałem, że nie mam po co dzwonić.

Krystyna Kofta tego dnia była w Zakopanem. Zadzwoniła do niej znajoma, której mąż ciężko chorował i mówi: "Nie mam dobrych wiadomości". Kofta była pewna, że zmarł mąż znajomej. A ta powiedziała, że umarł Janusz. – Jaki Janusz? – zapytała Krysia. Nie przyszło jej do głowy, że chodzi o niego.

Bez Głowackiego Mariensztat, na którym mieszkał, wydaje się zupełnie opuszczony. Podobnie jak hotel Bristol, w którym przesiadywał, czy "Czytelnik", do którego prawie codziennie przychodził na obiad. Na szczęście zostały po nim jego książki.

Polub WP Książki
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP