Stulecie seksu
**Rozdział 10
Seks rzeczywisty: 1990-1999**
Uprawiamy teraz seks czy nie? Pytanie to zdawało się cisnąć na usta. Po raz pierwszy postawiła je Greta Christina, felietonistka "On Our Backs", w eseju zamieszczonym w tomie Erotyczny impuls. Co, pytała, liczy się jako stosunek?
Kiedy sypiała tylko z mężczyznami, kryterium było proste. Stosunek zaczynał się, kiedy mężczyzna wchodził w kobietę. Można było prowadzić rachunek.
Pierwszy był Len - pisała. - Drugi Chris, a ten obleśny, mały heavymetalowiec uzależniony od barbituranów, którego imienia nie pamiętam, trzeci (...).
Ale co z pieszczotami, obmacywaniem, pocieraniem, chwytaniem, migdaleniem się i obściskiwaniem z innymi mężczyznami? To seks czy nie?
A ponieważ autorka ma klasyczny życiorys dziewczyny z San Francisco, to co z kobietami?
Z kobietami... no cóż, przede wszystkim nie ma tu penisa, więc od samego początku system śledzenia jest wadliwy - pisała Christina - a poza tym jest tyle sposobów, na jakie kobieta może uprawiać seks z kobietą: dotykanie się, lizanie, kręcenie biodrami, palcówka i ręczny anal. Ze sztucznymi penisami, wibratorami, warzywami i czymkolwiek, co nawinie się pod rękę, albo samym tylko ciałem. Jeśli chodzi o kobiety, nie ma jednej, mającej wielesetletnią tradycję metody, która pozwalałaby prowadzić statystykę.
Zmagała się z definicjami, starając się wytyczyć granicę. Czy z seksem mamy do czynienia wtedy, kiedy odczuwamy przyjemność seksualną?
Wiem, kiedy jestem podniecona i odczuwam przyjemność seksualną - zdecydowała. - Odczuwam ją, kiedy moja cipka jest wilgotna, sutki twarde, dłonie spocone, umysł zaćmiony, skóra wrażliwa i przemyka po niej dreszcz, mięśnie pośladków napięte, serce bije szybciej, mam orgazm (to jest prawdziwy odlot) i tak dalej.
Przyjaciółka podpowiedziała jej prostą zasadę: Jeśli myślałaś, że to seks, kiedy to robiłaś, to był to seks.
Christina poznała bogactwo rodzajów seksu, które mieli do wyboru mieszkańcy San Francisco. Uczestniczyła kiedyś w orgii tylko dla dziewczyn z dwunastoma innymi kobietami.
Przeżycie to - pikantne, słodkie, zabawne i bardzo, bardzo szczególne - było udziałem nas wszystkich i chociaż położyłam się tylko z kilkoma z nich, czułam, że spółkuję ze wszystkimi. Kiedy teraz spotykam którąś z tamtych kobiet, zawsze zadaję sobie pytanie: Czy uprawiałyśmy ze sobą seks?
Christina pracowała kiedyś jako tancerka w peep-show. Czy kiedy klient masturbował się, patrząc na nią, a ona też się masturbowała, to uprawiali ze sobą seks?
W 1992 roku Nicholson Baker, inny mieszkaniec Zachodniego Wybrzeża, wydał Vox, czyli seks przez telefon, liczącą 168 stron powieść - jak sam tytuł wskazuje - o seksie przez telefon. Dwie nie znające się osoby, z których jedna leży na pokrytym szenilą łóżku, a druga przebywa w innym domu, w ciemnym pokoju, rozpalają nawzajem swoją wyobraźnię, znajdując wspólne cechy. Oboje odczuwają przyjemność voyeura, wertując katalog bielizny firmy Deliques Intimates. Kobieta mówi, że jest tak podniecona, iż poplamiła jedwabną halkę.
Ale w intymnym akcie może brać udział więcej uczestników (w tym wypadku pracownik pralni chemicznej).
Kiedy halka wróciła z pralni, było na niej pięć plamek - mówi kobieta - małych, owalnych, nie w tym miejscu, gdzie ją zabrudziłam, ale wyżej i z przodu.
Podniecenie jest obopólne.
Telefoniczni kochankowie fantazjują o sprzedawcach w Deliques, którzy naciągają parę rajstop na sterczące penisy wielkości masztu flagowego, folgując sobie przed zapakowaniem tej części odzieży w karton, w którym zostanie przesłana klientce.
Seks przez telefon skłania do wynurzeń jak konfesjonał. Ona dzieli się z niewidzialnym kochankiem szczegółami swoich uciech, mówiąc mu, że kiedy się masturbuje, ściąga stanik w dół, tak że podpiera jej sutki. On opowiada jej o wibrujących orgazmach, o oglądaniu kaset z filmami kategorii X, o szybkim przewijaniu drętwych scen i próbach znalezienia jakiegoś obrazu, który byłby dobry, a przynajmniej wystarczająco dobry, aby się przy nim spuścić.
Są takie chwile, mówi, kiedy chce się stałego obrazu.
Czułem w tamtym momencie, że chcę porozmawiać z prawdziwą kobietą, nie z jakimikolwiek obrazami, bez szybkiego przewijania, bez pauz, bez zdjęć z magazynów.
Po nocy, podczas której dzielili się swoją seksualną historią, opisują szczegółowo, co zrobiliby, gdyby się spotkali osobiście.
Szczytują.
Zapomnij, że Vox, czyli seks przez telefon był fikcją. Na czym polegał osiągnięty przez kochanków seks rzeczywisty! Energia seksualna ma tendencję do przeciekania przez granice. Dean Kuipers, dziennikarz Playboya, wspomina, jak oglądał kiedyś parę kochającą się w mieszkaniu naprzeciw jego pokoju w hotelu Chelsea.
Siedziałem w mroku, w bliskiej, ale niemożliwej do przebycia odległości od tej pary pracującej nad sobą we własnym, rzęsiście oświetlonym teatrze erotycznym. Było oczywiste, że chcą być obserwowani: cały tył hotelu był ich widownią. Ich nagrodą była moja reakcja. Robiłem to, czego chcieli: uprawiałem z nimi seks, nie Spotykając się z nimi, nie dotykając ich, nie ingerując w ich życie w żaden nieprzyjemny sposób, nie narzucając się im i nie potrafiąc odtworzyć tej chwili inaczej niż w pamięci.
Czy umieściłby ich na swojej liście kochanków?
Czy był to seks rzeczywisty!
Historia opowiedziana przez Kuipersa stała się dla niego bodźcem do napisania artykułu o świecie pornografii amatorskiej. Odkrył on, że w latach dziewięćdziesiątych seks mógł istnieć poza momentem, w którym go uprawiano.
Kochankowie nagrywali i odtwarzali swoje spotkania, aby przedłużyć podniecenie albo zbudować nowe pokłady ekstazy.
Przenosili orgazmy w czasie. Czy kochali się wtedy ze sobą?
Niektórzy sprzedawali te kasety na nowo powstałym czarnym rynku erotycznym.
Ilu Amerykanów uczestniczyło w nocy poślubnej znanej z olimpiady łyżwiarki Tonyi Harding i Jeffa Gillooly'ego?
Do kogo wyciągnęła ona dłoń?
Artystka określana jako Sunshine tak opisała rolę kamery: To coś w rodzaju interesującego technologicznego podglądactwa. Jesteś świadom jej obecności. To ten łagodny posąg podniecenia, o, tam. To niesamowite oko. Jakby twoje oko. To cudowne.
Amerykanie odkryli, że cyberprzestrzeń nie ma granic. Logowali się na internetowych czatach albo w Multi User Dungeon w celu - jak to nazywali niektórzy - błyskawicznego pisania interaktywnej erotyki.
Palce śmigały po klawiaturze, opisując scenę w gorącej kąpieli tłumowi milczących obserwatorów, których imiona, przydomki i ksywki ukazują się u dołu ekranu: Włochaty Małż, Dziecinna Twarz, Świrus i Sokół są tutaj.
Włochaty Małż! Osoba po drugiej stronie sieci twierdzi, że ma dwadzieścia jeden lat i figurę jak Wenus. Chce twojego ciała. Tworzy postać, która wskakuje do wanny i wyczynia szokujące rzeczy z twoim niematerialnym ciałem.
Czy ona to ona?
A czy to ważne?
Pojęcia mężczyzny i kobiety są tak przestarzałe, tak analogowe.
W Internecie każdy jest piękny. Mniejsza o to, że jest bardzo prawdopodobne, iż Włochaty Małż to czternastoletni chłopiec. Czy to seks! Jak to może być seks, skoro kochankowie nie wymieniają wydzielin ciała! Skoro nie mogą posmakować potu ani poczuć oślizłych doznań podniecenia?
Wszędzie narastało pragnienie wytyczenia granicy między seksem a tym, co nim nie jest, zamknięcia starego, dobrego pożądania w klatce. Ameryka zdawała się szukać dziurek od kluczy. Tam, gdzie kiedyś dziewczyny traktowały swobodę seksualną jako bilet do policyjnej księgi zatrzymań, teraz odkryły przyzwolenie w subtelnych rozróżnieniach.
W filmie Sprzedawcy z 1994 roku dwoje młodych ludzi rozmawia o swoich byłych kochankach. Chłopak oddycha z ulgą, dowiedziawszy się, że dziewczyna miała przed nim tylko trzech kochanków. Jego spokój zostaje jednak szybko zburzony, kiedy ona przyznaje, że zrobiła loda trzydziestu siedmiu facetom. Na swoją obronę mówi, że seks oralny to nie jest prawdziwy seks.
Takie pomieszanie panowało w świecie seksu uprawianego za obopólną zgodą. Kiedy dyskusja zwróciła się ku problemowi seksu wbrew woli drugiej osoby, cały kraj przyglądał się temu z zapartym tchem.