Sopel 2
Mówi się, że życie jest jak zebra — na przemian trafiają się pasy białe i czarne. W ostatnim czasie właśnie tak wyglądały moje przebudzenia. W Dolnym Chutorze obudziłem się normalnie, przedwczoraj łeb mi pękał od kaca, wczoraj rano byłem z życia zupełnie zadowolony, a dziś omal kity nie odwaliłem. Co jest grane?
Ten ranek był chyba najbardziej paskudny w ciągu ostatniej połowy roku. Rzecz nie w tym, że trzeba było wstać o piątej rano — wszyscy patrolowi dość szybko muszą przywyknąć do wczesnych pobudek — po prostu, kiedy spróbowałem wstać z materaca, złapał mnie taki skurcz, że przez dziesięć minut musiałem rozluźniać mięśnie. Bolało mnie wszystko, kręgosłup nie chciał się zginać, a w paszczy miałem samą gorycz — przykładowy pokaz działania „Niebieskiego Doktora”, który poprzedniego wieczoru poigrał sobie z moją wątrobą. Plusy były dwa — miałem absolutnie jasną głowę, a pod zdjętym z ramienia bandażem zobaczyłem tylko niewielką plamkę różowej skóry — po ranie nie został nawet ślad.
Teraz dreptałem przy wejściu do wschodniego punktu przejściowego, zastanawiając się, co zrobię Maksowi i Wietrickiemu, kiedy wreszcie się zjawią. Była już za kwadrans siódma. Brakowało tylko, żebym się spóźnił na spotkanie z patrolowymi pierwszej kompanii. Nastrój, kiepski od momentu przebudzenia, psuł się szybko w miarę tego, jak minutowa wskazówka na zegarze wartowni zbliżała się do pionu. Nie, dziś był iście wyjątkowy dzień, wszystko wskazywało na to, że trzeba będzie urządzić spóźnialskim prawdziwy pogrom: wstać musiałem dobrze przed świtem, nie zdążyłem nasycić nabojów srebrem, Dziadek Mróz, który wczoraj wziął wychodne, wrócił w nocy, a teraz z zapałem nadrabiał straty — słupek rtęci na termometrze w oknie wartowni opadł do minus trzydziestu stopni. Bywa czasem oczywiście i zimniej, trzeba wtedy używać termometrów spirytusowych, bo nawet rtęć zamarza, ale po wczorajszym ociepleniu wrażenie chłodu było tym większe…
Żeby chociaż trochę się rozluźnić, po raz kolejny w myślach przejrzałem amunicję. Wyglądało na to, że mieliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy, ale w drodze nigdy nic nie wiadomo. Na ramieniu dźwigałem sztucer z jeszcze niezdjętą plombą, część nabojów w patrontaszu obok pochwy z nożem, pozostałe, wraz ze zwichrowanym „smoczym jajem” w brezentowej torbie. Inne artefakty i rozmaity drobiazg — niewielki kociołek, apteczkę, żelazny kubek, łyżkę z widelcem, puszkę samonagrzewającej się konserwy, kłębek srebrnego drutu, zapasowe skarpetki i ciepłą bieliznę — wszystko umieściłem w plecaku. Para noży do miotania kryła się w naszytych na spodnie pochwach, zapalniczka w kieszeni. Chyba rzeczywiście o niczym nie zapomniałem.
Zimno. Buty, grube watowane spodnie, kurtka, ciepła bielizna, wełniany szalik, kufajka i czapka uszanka nieźle chronią przed mrozem, nos jednak marznie nawet pod opuszczoną na twarz wiązaną na brodzie czapką. Podreptawszy na miejscu, poprawiłem zatknięty za pas toporek, wreszcie dźwignąłem plecak oraz narty oparte o zasypaną śniegiem ławeczkę i zaszedłem do wartowni. Za dziesięć siódma. Co oni, sprawdzają moją cierpliwość?
Pomieszczenie było dość obszerne, a wrażenie rozległości potęgował jeszcze brak mebli i białość ścian. Wewnątrz też było zimno, a w powietrzu snuły się smugi papierosowego dymu. Palili wszyscy — żołnierze garnizonu, siedzący w pokoju oddzielonym stalową kratą, porozwalani ma ławach pracownicy brygady remontowej, którym nie bardzo uśmiechało się wyłażenie na mróz w celu sprawdzania trwałości murów, a także drużynnicy, którzy wpadli tu z zewnątrz, żeby się trochę rozgrzać. Naprawdę nie mieli żadnego zajęcia? Odszedłem nieco od drzwi, rzuciłem plecak na podłogę, oparłem narty o ścianę i zsunąłem czapkę na czoło. Pogrzeję się parę minut, a potem znów na mróz.
Do wartowni zaczęli wchodzić ponurzy i niewyspani patrolowi z kompanii dalekiego zwiadu. Przechodzili, milcząc, przez izbę i znikali w drzwiach wiodących ku dalszym pomieszczeniom. Migały mi znajome twarze, ale nikt nawet nie rzucił pozdrowienia. Elita patrolu, psiakrew, też mi coś! Do nagród piersi wystawiać, to elita, a jak Śnieżnych Ludzi pilnować, to dudy w miech! A wszyscy w ciepłych kurtkach uszytych z futer szarków. Ciekawe, dokąd ci „biali ludzie” się wybierają w pełnym bojowym rynsztunku?
— Cześć! — pozdrowiłem Krzyża, który zjawił się razem z patrolowymi.
— Cześć. — Krzyż zatrzymał się na chwilę, przepuszczając innych i obrzucił pomieszczenie bacznym spojrzeniem.
— Dokąd wy tak wcześnie rano? — zapytałem, korzystając z okazji.
— Mamy sprawdzić groblę przez Lachowską Topiel i drogę do starego młyna.
— Niby po co? — zdziwiłem się. Z jakiej przyczyny elitarnej kompanii zleca się czarną robotę?
— Tabor przepadł. Już drugi w tym tygodniu. — Krzyż się skrzywił. — Ściągnęli nawet z urlopów kogo się dało.
— Jasne…
— A ty którędy pójdziesz?
— Drogą na Sosnowy, a na skrzyżowaniu skręcę w stronę Wilczego Legowiska. W zasadzie, skoro chwycił mróz, szybciej byłoby groblą, ale skoro przepadają nawet tabory… Po co los kusić? Może stracimy pół dnia, ale zachowamy życie…
— Logiczne. Do Wilczego dziś się nie dostaniecie, ale do Oazy dotrzecie bez trudu.
— Nie, ja planuję nocleg na Ciepłej Polanie. Przy dziennym świetle do Oazy nie dojdziemy, a pchać się przez nieznany teren po ciemku to jak diabła za ogon targać. Zresztą na Ciepłej Polanie mało kto na noc się zatrzymuje, wszyscy walą do Oazy i mniejsze są szanse, że się nadziejemy na jakieś niepożądane towarzystwo.
— Też prawda. — Krzyż wyszedł w ślad za towarzyszami, ale w drzwiach zdążył jeszcze rzucić — No, to złam nogę…
— Na psa urok — odpowiedziałem półgłosem. Podjąłem ekwipunek, ruszyłem do drzwi i znieruchomiałem: pojawił się w nich Wietricki, który rozpiął kurtkę i zsunął na szyję szerokie plastikowe okulary, zakrywające mu połowę twarzy. Niech mnie szlag! Co za bałwan tak go wyposażył? W jasnoniebieskim kombinezonie narciarskim z syntetycznym podbiciem mróz może nie jest dokuczliwy, ale na rajd to kiepski wybór — każdemu krokowi Wietrickiego towarzyszył szelest trących o siebie nogawek spodni. A na mrozie dźwięk będzie jeszcze głośniejszy. Równie dobrze mógłby naszyć sobie na kurtkę dzwoneczki, a na piersi namalować czerwoną farbą wielki krzyż. Teraz jednak było za późno na zmiany — i tak zresztą nie mieliśmy go w co przebrać.
— Cześć! Nie spóźniłem się? — Mikołaj podszedł do mnie, zrzucił z ramienia maskującej barwy plecak z przyczepionym do niego zwiniętym teraz śpiworem. Narty oparł o ścianę obok moich. Potem zdjął rękawiczki, zatknął je sobie za pas i rozpiąwszy błyskawiczny zamek, wyjął spod kurtki papierosy i zapalniczkę. Papierosy zresztą nie byle tam „Prima” czy „Astra”, ale „Marlboro”. Ciekawe, kto go utrzymuje?
— A to co niby ma być? — Wskazałem palcem długi futerał wystający zza pleców Wietrickiego. Czyżby tak osobliwie automat zapakował? I co to za dziwne zwitki wystają mu z plecaka?
— Łuk.
— Co?!
— Łuk — powtórzył spokojnie Wietricki.
— Jaki znowu łuk?! Kałacha powinieneś dostać! — Zaczęło mnie trząść. — Co, obu wam z Maksem odbiło? Przecież wyraźnie powiedziałem: dwa kałachy i cztery magazynki z nabojami!
— Mnie niczego nie mówiliście — nabzdyczył się Wietricki. — A zresztą, co mi po automacie? Nigdy go w ręku nawet nie trzymałem.
— A łuk?
— W łuku mam pierwszą kategorię sportową. Jeździłem nawet na zawody okręgowe — odparł z dumą.
— Ale jak zamierzasz strzelać na takim mrozie?
— Zbrojmistrz powiedział: magiczna ochrona do minus czterdziestu.
— A rąk ci nie odmrozi? — Nie wątpiłem, że cięciwa i łuczysko były chronione, ale przecież nie można strzały nakładać w rękawicach!
— Do łuku dołączona jest bransoleta. — Wietricki przykucnął, otworzył boczną kieszeń plecaka i podał mi skórzany pasek obszyty na krawędziach metaliczną nicią. W klamrę wprawiono spory żółtawy opal.
— Widzę. — Obróciłem przedmiot w palcach i oddałem Wietrickiemu. Włożone w kamień zaklęcie chroniło dłoń właściciela przed chłodem. Ładunku powinno wystarczyć na dwa tygodnie. Niestety, wcale mi to nie poprawiło nastroju. Dokumenty wystawiono na dwa AK i dałbym sobie jedno jajo uciąć, że Maks nie domyślił się, iż trzeba by je poprawić. Zbrojmistrz, skurczybyk jeden, wypisał dwa automaty, a wydał jeden. Po powrocie z rajdu zażąda ode mnie dwu karabinów. No, nic… pomyśli się o tym później.
— A czemu ta polana jest nieodpowiednia? — Maks wskazał palcem sosnową gęstwinę. — Nawet drwa tam już leżą.
Obaj z Mikołajem przystanęliśmy i spojrzeliśmy na niego zmęczonymi oczami.
— Ty co, przegrzałeś się czy jak? — Wietricki splunął sobie pod nogi i sapnął ciężko, opierając się na kijku. — Jaka polana?
— Jaja sobie robicie? — Maks zaczął się gorączkować. — O, ta!
— Maks, czy ty założyłeś ochronę? — W mojej głowie zaczęło kiełkować niedobre przeczucie, kiedy pomiędzy zielonymi łapami sosnowych gałęzi zobaczyłem tłusto połyskujące czarne igły, kołyszące się lekko mimo braku wiatru. Czerne drzewo. Bardzo jadowite świństwo, posiadające zdolności mącenia w głowach i zsyłania zwodniczych iluzji.
— Dali, to wziąłem. — Maks machnął dłonią.
— I mnie dał — potwierdził Mikołaj.
— Pokaż — poprosiłem Maksa, oddychając z ulgą. Gdyby zapomniał o ochronie, można by od razu wracać do Fortu. Mnie zwodnicze iluzje nie były straszne, ale chłopcy bez amuletów nijak nie mogliby sobie poradzić.
— Proszę bardzo. — Maks wyjął z kieszeni okrągły plastikowy krążek wielkości carskiego srebrnego rubla, tylko nieco grubszy.
— Maks, obyś pękł, nie domyśliłeś się, że trzeba go aktywować? — stęknąłem boleśnie. — A jak to się robi? — zmieszał się Maks.
— Otwórz wieczko i zawieś na szyi — wyjaśniłem.
— Aaa… No proszę, czego to ci chłopi z głodu nie wymyślą… — Maks otworzył krążek, wyjął sznurek z powieszonym na nim medalionem, na którym widniało wyryte oko i powiesił na szyi, rozpiąwszy kołnierz kurtki.
— No i jak?
— Co jak? — zapytał Maks i nagle drgnął. — No przecież… Wyraźnie polanę widziałem.
— Nie zawsze można wierzyć własnym oczom — uśmiechnąłem się. — Idziemy dalej. Rozglądajcie się za czymś, co się nada na miejsce postoju.
Odpowiednią polanę znaleźliśmy dwieście metrów dalej. Skraj lasu cofnął się tu od drogi na odległość dziesięciu kroków, a ktoś włożył trochę pracy i ściął kilka sosen tak, że na ich pniach można było nieźle się usadowić. Worek i plecak rzuciłem na śnieg, wyprostowałem się z przyjemnością, aż mi chrupnęło w stawach.
— Kola, zajmij się ogniskiem, a ja zobaczę, co moglibyśmy przekąsić.
— Psiakrew, właśnie tę polankę tam widziałem. — Maks zwalił się na ziemię i nie kryjąc przyjemności, podłożył dłonie pod głowę. Uśmiechnąłem się, sięgnąłem po worek i zacząłem grzebać w puszkach.
— Nie leż na śniegu, plecy sobie przeziębisz. — Mikołaj nazbierał już gałęzi, a teraz szykował się do rozpalania ogniska.
— Ja? W życiu! Mam kurtkę ze skóry szarka. — Maks pogładził rękaw, ale jednak wstał i zaczął przebierać polana.
— A co to za zwierz? — Wietricki przez chwilę bez powodzenia szczękał zapalniczką. Wreszcie pojawił się maleńki języczek płomienia, suche igiełki zapaliły się z trzaskiem, a potem zajęły się ogniem także gałązki. Wyjąłem kociołek, napełniłem go do połowy czystym śniegiem, przełożyłem pręt przez kabłąk i zawiesiłem całość nad ogniskiem. Potem wziąłem od Maksa drugi kocioł i umieściłem go obok. Ten miał być na herbatę.
— Chomik szablastozębny — odparł Maks z absolutną powagą na twarzy.
— Jaki? — nie uwierzył Mikołaj. — Nigdy o takim nie słyszałem.
— Bo niewiele ich zostało. Wokół Fortu wszystkie wybito, a one zasadniczo kopią nory w ruinach domów.
— Posłuchaj, młody przyrodniku, herbatę wziąłeś? — zapytałem Maksa.
— Nie. Ale za to mam prawie pełną puszkę kawy.
— Też się wypije. — Pomieszałem wrzącą wodę, wsypałem do niej dwie paczki grochówki. Osobiście wolę herbatę, ale i kawą nie pogardzę.
— Tam jeszcze powinny być czekoladowe batoniki, po dwa na twarz. — Maks wyjął pakiet sucharów, z kieszonki plecaka wydobył łyżkę i podszedł do ogniska.
— Poczekaj aż się zagotuje — zatrzymałem go, nie zwracając uwagi na uśmieszek Mikołaja. Czekolada, to dobrze. Szkoda tylko, że batoniki są niewielkie.
— Poczęstuj się. — Mikołaj podsunął Maksowi rozpieczętowaną paczkę papierosów.
— Dziękuję, dwa miesiące temu rzuciłem.
— Masz siłę woli. — Wietricki wyjął papierosa i sięgnął po zapalniczkę.
— Siła woli siłą woli, ale brak forsy to dopiero motywacja.
— Nie mów. Moi przyjaciele, kiedy zaczynali palić, mówili: „Będziemy palić tylko, gdy nas poczęstują”, potem mówili: „papierosy można palić, ale niedopałki zbierać, nigdy w życiu”. A po roku interesowało ich tylko, ile tytoniu w niedopałku zostało i czy nie pływa w kałuży. — Kola zapalił i zaczął bawić się zapalniczką, obracając ją w palcach.
— Jak niedopałek leży w kałuży, można go osuszyć — podzieliłem się doświadczeniem.
— Widzę, że ciekawych masz przyjaciół — zaśmiał się Maks i zerknął na zdobiący zapalniczkę wizerunek Gorgony. — Co to, jakiś ochronny amulet?
— Apotrop.
— No, no… rzadko się coś takiego widuje. — Maks udał, że doskonale wie, o czym mowa.
— A do czego służy? — Teraz ja się zaciekawiłem.
— Powinien pomagać przeciwko hipnozie — Mikołaj wsunął przedmiot do kieszeni — i przeciwko złym urokom.
— A kolczyk też masz apot… no, przeciwko urokom? — zapytał Maks z miną niewiniątka.
— Kolczyk zwyczajny.
— To po co nosisz?
— Podoba mi się. A co, masz z tym jakieś problemy?
— Ależ nie… Uważaj tylko, żebyś ucha nie odmroził. — Maks wzruszył ramionami.
— Dzięki za troskę. — Wietricki mocniej wcisnął na czoło obszytą skórą futrzaną czapę z daszkiem i krótkimi nausznikami. Jeżeli wierzyć filmom, dokładnie takie nakrycie głowy nosili Niemcy podczas drugiej wojny światowej.
— Częstujcie się, zupa gotowa — zwołałem chłopaków. Zjedliśmy szybko gęsty, gorący wywar, popiliśmy kawą z sucharami, zasypaliśmy ognisko śniegiem i zaczęliśmy się zbierać. Trzeba przejść jak najwięcej, dopóki jeszcze jasno. Teraz namiot niósł Wietricki, a ja chwyciłem jego plecak.
— Zaczyna się głusza. — Wyjechałem na drogę i zatrzymałem się, czekając na chłopaków. — Rozglądajcie się uważnie na boki. Amulety amuletami, ale jak wpakujemy się na oślep w niebezpieczną sytuację, niewiele nam pomogą.
— A… A co to za stwór Dimkę porwał? — zapytał wreszcie Maks.
— Myślę, że wodnik — odparłem nieco drżącym głosem. Z pewnością nie nawia ani kikimora, bo choć żyją w błotach, ale otwartej wody nie lubią. Ondyny też odpadają, gdyż z kolei nie cierpią błot. A dla wodnika tam było w sam raz.
— A ty masz jakiś talizman strzegący od uroków? — zapytał Wietricki.
— Nie, ja nie potrzebuję.
— Jak to?
— Z urokiem iluzyjnym sam sobie jakoś poradzę. Zdolności do czarów nie mam zbyt wielkich i odebrałem tylko podstawowe szkolenie, ale nowicjuszy przede wszystkim uczą, jak rozpoznawać zwodnicze, wrogie iluzje.
— Jesteś czarownikiem?! — Mikołaj wytrzeszczył na mnie oczy.
— Słabiutkim.
— Można się tego nauczyć? — zapalił się.
— Nie. Trzeba mieć wrodzone zdolności. — Słońce zaczęło się już chylić ku zachodowi, przyspieszyłem więc kroku.
— Szkoda — mruknął chłopak głosem pełnym rozczarowania. Liczył na inną odpowiedź? Czyżby chciał się dostać do Gimnazjonu?
— Nie próbowałeś przystąpić do gimnazjalistów?
— Owszem. Oksanę wzięli, mnie nie.
— Nie przejmuj się tak bardzo — spróbowałem go pocieszyć. — Oprócz czarowników są jeszcze magowie i czarodzieje, alchemicy wreszcie. Jak tam u ciebie z chemią?
— Nijak.
— Znaczy, czarodzieje i alchemicy odpadają. Wrócimy do Fortu, poznam cię z jednym magiem. Może coś wyjdzie, jeśli masz zdolności.
— A czym się magowie różnią od czarowników? — zaciekawił się Maks.
— Magowie energię wykorzystują bezpośrednio, a czarownicy najpierw ją w sobie gromadzą — przytoczyłem podstawową różnicę.
— To magowie, wychodzi, sprytniejsi są?
— Owszem, mają dostęp do potężniejszych zaklęć, ale ich mobilność jest mocno ograniczona, za bardzo się uzależnili od linii siłowych. Znajdzie mag dobre miejsce i już się z niego nie rusza. Czarownikom łatwiej, bo dość szybko potrafią odtworzyć zapas energii.
— Jeżeli z magami nic ci nie wyjdzie, spróbuj zajrzeć na „Zachodni Biegun” — poradził Maks.
— Jaja sobie robisz?
— Najpierw posłuchaj do końca… To coś w rodzaju klubu w zachodniej części Fortu. Zbierają się tam rozmaici ludzie o paranormalnych zdolnościach.
— Kto?
— No, piromanci, telepaci, wróżbici i chiromanci. Jeszcze i telekinetycy. A może telekinezerzy? Język połamać można — zaczął wyliczać Maks. — Nie rżyj, sam widziałem, jak tam jeden chłopaczek lewitował. Niezły był widok, kiedy z trzech metrów zwalił się nam na stół.
— Taki był zmęczony? — Zapytałem. Temat mnie zaciekawił, ani razu nie byłem świadkiem lewitacji.
— Nie, urżnął się w trupa.
— A ty co o tym sądzisz? — Wietricki zwrócił się do mnie. Nie był zbyt skłonny wierzyć Maksowi.
— Zajść tam oczywiście można, choć nie uważam, żeby był z tego jakiś pożytek.
— A to czemu?
— Tam się zbierają ludzie o wąsko ukierunkowanych zdolnościach, którzy innych niczego nauczyć nie potrafią i nie mogą. A ci, co mogą, darmo uczyć nie będą.— Podskoczyłem lekko, układając na sobie worki. — Ruszajcie się szybciej, do Ciepłej Polany mamy jeszcze trzy godziny drogi, a słońce zaczęło już opadać.
Z prawej strony zaczęły się stopniowo pojawiać pokryte śniegiem wzgórza, coraz wyższe i bardziej strome, aż w końcu zlały się w jedną wiszącą nad szlakiem granitową ścianę wysoką na piętnaście metrów. Droga szła dołem, co sprawiało, że lustrując otoczenie, trzeba było nieustannie zadzierać głowę.
— Dobrze byłoby się tam wspiąć — rozmarzonym głosem odezwał się Mikołaj.
— Ty co, alpinistą jesteś? — zdziwiłem się.
— Ależ nie, my się wspinamy bez żadnego oprzyrządowania. Tylko palce — westchnął Wietricki.
— Dawno już nie właziłem, ale jak tylko tę skałę zobaczyłem, serce mi od razu piknęło.
— A, jak to tam szło? Od gór lepsza jest tylko wódka? — podsunął Maks ze śmiertelną powagą.
— Nic nie rozumiesz. — Kola skrzywił wargi w smutnym uśmiechu.
— Nie będę się sprzeczał — rzucił pojednawczo Maks.
— Poczekajcie chwilkę. — Uwolniłem stopy z rzemieni i podszedłem do skalnej ściany, żeby się odlać. Co prawda nie był to jedyny, ani nawet główny powód, dla którego się zatrzymałem. Od dziesięciu minut dręczył mnie niejasny niepokój. Chwilami czułem na plecach obcy wzrok i to uczucie uparcie wracało. Zupełnie jakby ktoś szedł za nami i spoglądał w lornetkę, żeby sprawdzić, gdzie jesteśmy. A może to wszystko z nerwów? Skupiłem się, obracając w palcach amulet, który dała mi Katia. Żadnego efektu. Wszędzie wokół panowały cisza i spokój. Wetknąłem już pająka pod kurtkę, kiedy poczułem w amulecie jakąś widmową obecność. Po plecach przemknął mi dziwny dreszcz, miałem uczucie, że ogarnia mnie cień. Nie było w tym zagrożenia, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło. Może śledził nas zawodowiec, który osobiście nie żywi do mnie żadnych uczuć, a już na pewno nie czuje nienawiści.
— Idziemy. — Wróciłem na drogę.
Wrażenie obserwacji znikło natychmiast po wejściu na Ciepłą Polanę, do której dotarliśmy już o zmierzchu. Wcale mnie to jednak nie uspokoiło — przeciwnie, odniosłem wrażenie, że ktoś po prostu chciał się upewnić iż nie przejdziemy obok. Prosimy bardzo, zachodźcie w gościnę… Przeszliśmy wąską, wijącą się pomiędzy sosnami ścieżką, na której leżała nietknięta warstwa śniegu gruba na pół buta. Zatrzymałem się na skraju polany i obrzuciłem bacznym spojrzeniem idealnie okrągły kawałek wolnej od drzew przestrzeni o średnicy trzydziestu, czterdziestu metrów. Pusto, brak świeżych odcisków stóp. O tym, że bywają tu ludzie świadczyła tylko spora kupa śmieci zwalona pod drzewami na przeciwnym krańcu polanki i na poły zasypane śniegiem ślady.
— Maks, rozbij namiot. — Zszedłem ze ścieżki i, pochyliwszy się mocno, wlazłem pod kłujące łapy sosen, starając się ich nie trącać.
— A ty co?
— Trochę się tu rozejrzę — odpowiedziałem, zamiatając za sobą ślady. — Jak skończycie, podejdźcie do uschniętej sosny.
— Dobra. — Mikołaj kiwnął głową. Wyszedł na polanę i westchnął ze zdziwieniem: — Ależ tu ciepło! Nawet para z gęby nie bucha!
— No — poparł go Maks. — Ja też myślałem, że Ciepła Polana to tylko ot, taka sobie nazwa. Rzuciłem narty i plecaki pod drzewa, zdjąłem z ramienia sztucer i uważnie się rozglądając, zacząłem ostrożnie przekradać się lasem, uważając, by nie strząsać zebranego na gałęziach śniegu. Nigdzie nie zobaczyłem śladów obecności kogoś obcego, uspokoiłem się nieco i wziąłem plecaki, żeby odnieść je ku suchej sośnie wznoszącej się nad innymi drzewami niczym maszt żaglowca. Złożyłem worki pod sąsiednią sosną, wytrząsnąłem śnieg z butów — przydałyby mi się stare walonki! — i ułożyłem się płasko pod rozłożystą sosną rosnącą na samym skraju polany. Maks i Kola wyciągnęli już namiot z pokrowca i umacniali go teraz, wbijając kołki głęboko w udeptany śnieg. Zuchy, wybrali dobre miejsce — na samym niemal środku otwartej przestrzeni. Ustawili namiot tak, że do mnie zwrócony był stroną wejściową i jedynym plastikowym okienkiem. Ułożyłem się wygodniej w zaspie i umieściłem sztucer przed sobą. Z polany byłem niewidoczny. Chłopcy
krzątali się przy namiocie jeszcze z dziesięć minut, mocując sznury. Maks odszedł ku drzewom, zaczerpnął do kociołka nieco czystego śniegu i zniknął w namiocie. Po kilku chwilach w okienku zamigotał odblask nikłego ognia. Czyżby Maks wziął z magazynu ogrzewacz? Jakoś nie mogłem sobie przypomnieć, żeby Ilja wpisał go do zamówienia na sprzęt. Mikołaj odczekał aż Maks wyjdzie na zewnątrz i zasznuruje wejście, a potem razem podeszli do uschniętej sosny, obok której urządziłem sobie stanowisko.
— Ej, Sopel, gdzie cię poniosło? — zawołał Maks.
— Tu jestem, nie hałasuj — warknąłem.
— Czemu nie wyłazisz? — zapytał Mikołaj, podskakując z niecierpliwości na miejscu. — Nastawiliśmy już herbatę.
— Herbata poczeka — odparłem. — Maks, zajmij pozycję naprzeciwko drugiego rogu namiotu. Kola, ty ułóż się pomiędzy nami. Przygotujcie broń i zamaskujcie się, żeby nikt was z polany nie dostrzegł.
— I długo tak mamy leżeć? — wycedził przez zęby niezadowolony Wietricki.
— Dopóki nie pozwolę wstać.
— Może najpierw coś przekąsimy? — zapytał jeszcze.
— Przekąsimy potem. — Nie zamierzałem dyskutować na temat swoich rozkazów. Sam zresztą na razie niczego jeszcze nie byłem pewien. — I żeby wam do głowy nie przyszło otwierać ogień bez rozkazu!
— Jaaasne… — mruknął Kola i zaczął wybierać stanowisko. Maks go dogonił, wsunął mu coś w dłoń zanim odszedł na wskazane miejsce.
Patrząc jak zapadali pomiędzy drzewami doszedłem do wniosku, że każąc chłopcom zalec po tej stronie polany postąpiłem jak najbardziej rozsądnie. Ktokolwiek by nas śledził, jeżeli zechce podejść niepostrzeżenie, z pewnością skorzysta z jedynej normalnej drogi. Nikt nie będzie próbował przedzierać się przez dzicz i wiatrołomy,ryzykując, że trzaskiem łamanych gałęzi obudzi wszystkie okoliczne zwierzęta, a nas razem z nimi. Z kolei las przy drodze tak zarosły jeżyny, że przedrzeć się przez ich gęstwinę, nie zostawiając na cierniach połowy skóry, można byłoby tylko w pełnej zbroi. Dla Wietrickiego trudno byłoby znaleźć lepsze miejsce: leżał najdalej od ścieżki i niewielkie było ryzyko, że ktoś usłyszy szelest jego narciarskiego kombinezonu. Nie zastanawiałem się nawet nad możliwością zostawienia go w namiocie. Gdyby coś poszło nie tak, nie miałby żadnych szans. Chłopcy skryli się w lesie i w gęstniejącym mroku już ich nie mogłem dostrzec, choć z grubsza wiedziałem, gdzie który leży. Bardzo dobrze! Pozostawało
tylko liczyć na to, że nie ja jestem takim ślepakiem, tylko oni tak dobrze się zamaskowali.
Jest takie powiedzenie, że najgorsze są czekanie i pościg. Według mojego mniemania nie na darmo w tym powiedzonku czekanie ustawiono na pierwszym miejscu. Kiedy kogoś ścigasz, nie przychodzą ci do głowy rozmaite idiotyczne pytania i wątpliwości, które pojawiają się natychmiast, gdy urządzisz zasadzkę. Czy dobrze się zamaskowaliśmy? A co, jeżeli oni przyjdą z drugiej strony? Czemu tak zimno? A może nikt się nie zjawi? Czy chłopcy się nie zdradzą zbyt wczesną reakcją? Ilu ich będzie? Czy Maks nie zaśnie? No, jeszcze dwadzieścia minut — i do namiotu. Czy Koli nie widać z polany? Co tak zimno? Długo jeszcze? Psiakrew, wygląda na to, że na darmo sobie dupska ziębimy. Co powiem chłopakom? Oj, wypić by kubek czegoś gorącego. Pięć minut i basta! Czy w ogóle zobaczymy coś w tym mroku? A jeżeli chłopców już zdjęli? Dobra, doliczę do tysiąca i odbój. Raz, dwa, trzy… A jak zaszeleści narciarski kombinezon? Co to za hukanie? Sowa? Dwieście pięć, dwieście sześć, dwieście siedem… Może mam paranoję, może nikt nas nie
śledził? Zaraz, czy tam z tyłu ktoś się nie przekrada? A gdyby tak się przejść do drogi?... Siedemset trzydzieści siedem, siedemset trzydzieści osiem… siedemset czterdzieści… Zimno jakoś, już nóg nie czuję. Aaa…
Po takich rozmyślaniach nerwy napięły mi się jak struny gitary — trąć, a brzękną głośno. Gdyby Mikołaj albo Maks spróbowali wyjść z ukrycia, nawet bym się ucieszył — miałbym na kim wyładować złość. Oni jednak leżeli bez ruchu. Sam już przestałem wierzyć, że ktoś się pojawi. Zbliżał się ostatni wyznaczony przeze mnie termin czuwania, kiedy na przeciwległej stronie polany mignął biały cień. Co to za zwierz? Oblałem się potem, a serce nagle zaczęło mi walić wściekłym rytmem. Cień zrobił jeszcze kilka kroków i z rozmytej plamy przekształcił się w sylwetkę człowieka w białym maskującym kombinezonie. Maskowanie! Ze złości zagryzłem wargę. Miałem przecież w plecaku trzy komplety, ale o nich zapomniałem! Teraz najważniejsze, żeby chłopcy głupstw nie narobili.
Wkrótce wyłoniły się jeszcze dwie białe figury. W odróżnieniu od ruchów zwiadowcy, ich krokom towarzyszył lekki chrzęst śniegu. Pierwszy zatrzymał kompanów skinieniem dłoni, a sam zaczął ostrożnie obchodzić namiot dookoła. Kilka bezgłośnych kroków i znalazł się pomiędzy mną a okienkiem. Teraz mogłem go zdjąć jednym strzałem, ale postanowiłem poczekać. Patrzyłem tylko, jak przesuwa się w stronę Mikołaja. Jeszcze nie czas. Zabicie tego to prosta sprawa, ale pozostali dwaj są za daleko. Jeżeli zalegną w śniegu, nie wiadomo, kto kogo załatwi: na Mikołaja nie liczyłem za bardzo, a i Maks nie należał do strzelców wyborowych. A poza tym, kto powiedział, że jest ich tylko trzech? Nie mówiąc już, że mogli to być zwyczajni podróżni, którzy tak jak my postanowili zanocować na polanie, zaś ich manewry to zwyczajna i w pełni uzasadniona ostrożność.
Pierwszy z nieznajomych przez kilka chwil obserwował odblaski ognia na plastikowym okienku — niczego więcej przez kompletnie pokrytą szronem płytkę dostrzec nie mógł — a potem zrobił jeszcze kilka kroków i znieruchomiał naprzeciwko rogu namiotu pomiędzy mną a Mikołajem. Zaraz po nim na pozycje zaczęli wychodzić jego dwaj towarzysze. Rozeszli się na boki i ustawili tak, że przed Mikołajem i Maksem zasłaniał ich namiot. A to już stawiało nas w niekorzystnej sytuacji. Dobrze choć, że ustawili się niemal na jednej linii w stosunku do mnie. Można ich będzie zdjąć jednym strzałem. Wyjąłem rękę z futrzanej rękawicy — nie wyglądali mi na zwykłych gości — i wsunąłem palec w kabłąk spustu.
W dłoni zwiadowcy pojawił się jakiś podłużny przedmiot — w jego kształcie było coś znajomego — a dwaj pozostali wymierzyli w namiot automaty. Wszystko jasne. Zaraz się zacznie… Ostre machnięcie ręką — i strzelcy otworzyli ogień. Trzask serii uderzył w uszy, zaplątał się pomiędzy drzewami. Kule przebijały cienki brezent, aby, wylatując z drugiej strony namiotu, wzbijać drobne fontanny śniegu. Gdybyśmy byli w środku, zostalibyśmy momentalnie podziurawieni.