Trwa ładowanie...
"Sodoma". Krąg rozpusty w Watykanie. Jak Kościół opłaca escort boyów
Źródło: PAP

"Sodoma". Krąg rozpusty w Watykanie. Jak Kościół opłaca escort boyów

"Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie” ukazała się w 14 językach i natychmiast trafiła na listę bestsellerów "New York Timesa". Książka wywołała prawdziwy szok i sprowokowała publiczną debatę. Autor udowadnia, że homoseksualizm wśród księży jest powszechny i znany, do czego przyznali się sami rozmówcy.

Share

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Agora, publikujemy przedpremierowo fragment książki "Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie", Frederica Martela. Książka w Polsce ukaże się 3 kwietnia 2019 r. Opublikowany fragment pochodzi z rozdziału "Krag rozpusty".

"STALI KLIENCI MĘSKICH PROSTYTUTEK"

Powróćmy jednak do pierwszego "kręgu rozpusty”, którego jądro stranowili kardynałowie La Montgolfiera i Platinette, a wokół grawitowały inne gwiazdy. Przy tych wielkich diwach następne kręgi i inni poboczni kardynałowie prezentują się nadzwyczaj blado. O ich "garsonadach” opowiadali mi ich asystenci, współpracownicy, a także współbracia w kardynalstwie. Rozmawiałem nawet z Platinette w stolicy apostolskiej i mogę poświadczyć jego brawurę: chwycił mnie za rękę, po czym długo i zdecydowanie ściskał przedramię, nie puszczając ani na chwilę. Nie posunął się jednak dalej.

Wejdźmy zatem do tego równoległego świata, gdzie występek zostaje wynagrodzony proporcjonalnie do wybryku. Czy to nie dla tego rodzaju praktyk Anglicy mają śliczne powiedzenie: "They lived in squares and loved in triangles” [gra słów: żyją przy placach (w kwadratach) i kochają w trójkątach – przyp. red.]? W każdym razie kardynałowie La Montgolfiera i Platinette, do których dołączył wkrótce pewien biskup ‒ jego pseudonim miłosiernie pominę ‒ są trójką stałych klientów rzymskich męskich prostytutek, z którymi zabawiają się w czworokąt. Czy La Montgolfiera i Platinette dużo ryzykują, prowadząc tak rozwiązłe życie? Można by tak myśleć.

ddrc668

Tymczasem jako kardynałów chroni ich immunitet dyplomatyczny, a poza tym jako przyjaciele papieża i jego ministrowie cieszą się szczególnymi względami na najwyższych szczeblach Watykanu. Zresztą, któż może ich wydać? To czasy, gdy afery seksualne jeszcze nie zapaskudziły Watykanu: prasa włoska rzadko pisze na te tematy, świadkowie milczą, życie prywatne kardynałów jest wciąż nienaruszalne. Jeśli chodzi o media społecznościowe, to one jeszcze nie istnieją, zmienią przekaz medialny dopiero po śmierci Jana Pawła II. Gdyby istniały już wtedy, kompromitujące filmiki, wyraźne zdjęcia byłyby prawdopodobnie publikowane na Twitterze, Instagramie, Facebooku czy YouTubie.

"SYSTEM DŻENTELMEŃSKI"

W tamtym czasie wystarczał jednak dobry kamuflaż. Aby uniknąć plotek, La Montgolfiera i Platinette stosują jednak pewne środki ostrożności: wymyślają skomplikowany system wyszukiwania męskich prostytutek przez potrójny filtr. Oni sami zgłaszają swoje potrzeby do "dżentelmena Jego Świątobliwości”, mężczyzny świeckiego, żonatego, prawdopodobnie heteroseksualnego, który w przeciwieństwie do swych zleceniodawców miał inne priorytety niż homoseksualizm. Macza palce w wielu wątpliwych pakietach finansowych, a to, czego potrzebuje w zamian za oddawane usługi, to przede wszystkim solidne poparcie na szczycie kurii i wizytówki. Za znaczną rekompensatę "dżentelmen Jego Świątobliwości” kontaktuje się z innym pośrednikiem o pseudonimie Negretto, śpiewakiem z Nigerii, przez lata członkiem chóru watykańskiego, który z czasem stworzył wielką siatkę seminarzystów gejów, escort boyów i męskich zagranicznych prostytutek.

To prawdziwy system rosyjskich babuszek znajdujących się jedna w drugiej, bo Negretto kontaktuje się z trzecim pośrednikiem, który służy mu jako przekaźnik i naganiacz. Werbuje się zewsząd, na przykład imigrantów, którzy potrzebują zezwolenia na pobyt: "dżentelmen Jego Świątobliwości” obiecuje interweniować w sprawie papierów, jeśli okażą "zrozumienie” (wykorzystuję tu informacje pochodzące z protokołów spisanych z podsłuchów telefonicznych założonych przez włoską policję, a dołączonych do akt procesu, który toczył się w wyniku tej afery).

"Dżentelmeński” system działał przez kilka lat pontyfikatu Jana Pawła II i na początku pontyfikatu Benedykta XVI. Zaopatrywał nie tylko kardynałów La Montgolfierę i Platinette oraz ich przyjaciela biskupa, ale też jeszcze jednego hierarchę (którego nazwiska nie udało mi się poznać). Ostatnie etapy całej tej akcji miały się rozgrywać poza Watykanem w kilku rezydencjach, w tym w willi z basenem, w luksusowych apartamentach w centrum Rzymu, a według dwóch świadków także w rezydencji papieża w Castel Gandolfo.

ddrc668

Zwiedzam ją z pewnym arcybiskupem z Watykanu. Rezydencja wciąż pozostaje własnością stolicy apostolskiej, a nie Włoch, i karabinierzy nie mają tam wstępu (co mi potwierdzili). Z dala od wszelkich spojrzeń pewien hierarcha miał tu ponoć pod pretekstem przeganiania psów trenować w sprincie swoich ulubieńców. Według kilku źródeł newralgicznym punktem w działaniu tej siatki luksusowych escort boyów jest sposób płacenia. Kardynałowie nie tylko korzystają z męskiej prostytucji, żeby zaspokoić swoje libido; nie tylko są homoseksualistami w życiu prywatnym, podczas gdy publicznie obnoszą się z ostrą homofobią, ale urządzają się w ten sposób, żeby nie płacić swoim żigolakom z własnych środków!

"KSIĘŻA BANKOMATY"

Na wynagrodzenia dla pośredników i dla luksusowych escort boyów ‒ różnych w różnych momentach ‒ czerpią bowiem z kasy watykańskiej. I to niemało (do dwóch tysięcy euro za wieczór, według informacji zebranych przez włoską policję podczas badania tej sprawy). Niektórzy duchowni z Watykanu dysponujący ogromną wiedzą o tej sprawie znaleźli nawet ironiczne przezwisko dla tych prałacich kutw: "ATM-Priests” ("księża bankomaty”). Włoski wymiar sprawiedliwości położył wreszcie kres tej spółdzielni usług erotycznych, choć doszło do tego w sposób przypadkowy ‒ z powodu zatrzymania kilku uczestników tego procederu wmieszanych w poważne afery korupcyjne. Zatrzymano również dwóch pośredników, zidentyfikowanych dzięki podsłuchom telefonicznym, które włoska policja założyła na linii "dżentelmena Jego Świątobliwości”. Siatka została więc rozbita, włoska policja poznała jej zasięg, ale nie mogła posunąć się dalej ani oskarżyć głównych zleceniodawców, kardynałów La Montgolfiera i Platinette, bowiem korzystali z watykańskiego immunitetu.

W Rzymie rozmawiałem z podpułkownikiem karabinierów dobrze znającym tę sprawę. Oto jego wypowiedź: ‒ Wydaje się, że ci kardynałowie zostali zidentyfikowani, ale nie mogli być przesłuchani ze względu na ich immunitet dyplomatyczny. Taki immunitet mają wszyscy kardynałowie. Jeśli są wmieszani w jakiś skandal, są natychmiast osłaniani. Chronią się za murami Watykanu. Nie można też przeszukiwać ich bagaży, nawet jeśli istnieje na przykład podejrzenie przewozu narkotyków. Podpułkownik karabinierów mówi dalej:

‒ Teoretycznie żandarmeria watykańska, która nie podlega włoskim władzom, mogłaby przesłuchać kardynałów i ich ścigać, ale do tego trzeba jeszcze zlecenia ze stolicy apostolskiej. Tymczasem w tej aferze zleceniodawcy sami byli powiązani z osobami na najwyższym watykańskim szczeblu…

ddrc668

"DOKUMENTY I SYTUACJE"

Pominę szczegółowe opisy wyczynów tych kardynałów, według policyjnych podsłuchów były one naprawdę nowatorskie. W rozmowach z pośrednikami używają szyfru. Mówią o escort boyach jako o "dokumentach” i o "sytuacjach”. Pośrednicy posłusznie proponują odpowiednie kandydatury, zmienia się jedynie wzrost i waga.

Oto fragmenty rozmów (z akt sprawy):
‒ Więcej nie ma potrzeby mówić. Ma dwa metry wzrostu, odpowiednią wagę i 33 lata.
‒ Mam sytuację w Neapolu… Nie wiem, jak to powiedzieć, ale naprawdę tej okazji nie można pominąć… 32 lata, metr dziewięćdziesiąt trzy wzrostu, jest piękny.
‒ Mam sytuację kubańską…
‒ Przyjechałem z Niemiec z pewnym Niemcem.
‒ Mam dwóch czarnoskórych.
‒ X ma chorwackiego przyjaciela, który chciałby się spotkać, jeśli to możliwe.
‒ Mam futbolistę.
‒ Mam jednego z Abruzji...

Zdarza się, że w tych rozmowach można usłyszeć i o Chrystusie, i o viagrze, co jest dobrym podsumowaniem całej sprawy. Po długotrwałym procesie i kilku odwołaniach nasz "dżentelmen” został skazany za korupcję, chór watykański rozwiązano, a Negretto mieszka obecnie w pewnej kościelnej rezydencji poza granicami Włoch, gdzie ‒ jak się wydaje ‒ w zamian za milczenie otrzymuje pewne wsparcie finansowe. Jeśli chodzi o innych pośredników, których tożsamość jest mi znana, nie udało mi się odnaleźć ich śladów.

Kardynałowie zaś nie tylko nie byli nigdy skazani ani nawet niepokojeni, ale ich prawdziwe nazwiska nigdy nie pojawiły się w aktach procesu ani w prasie. Gdyby nawet papież Jan Paweł II dowiedział się o tym, i tak nie mógłby oddzielić ziarna od plew. Bez wątpienia dlatego, że taki zabieg odtruwania dotyczyłby zbyt wielu osób. Papież Benedykt XVI znał te dokumenty i zrobił wszystko, żeby odsunąć głównych aktorów, najpierw z powodzeniem, a potem, jak zobaczymy, działania te doprowadziły ostatecznie do jego przegranej. Franciszek, również dobrze poinformowany, ukarał jednego z zamieszanych w sprawę biskupów wbrew obietnicy poczynionej przez byłego sekretarza stanu, nie mianując go kardynałem.

Platinette na razie zachowuje swoje stanowisko. Szef siatki i zwycięzca tej bitwy, La Montgolfiera, przeszedł na kardynalską pięciogwiazdkową emeryturę: żyje wciąż w luksusie, mówi się, że z kochankiem. Oczywiście owi duchowni są dziś w opozycji wobec papieża Franciszka, ostro krytykują jego wypowiedzi przychylne homoseksualistom i wzywają do ściślejszego przestrzegania cnoty czystości – oni, którzy w tak niewielkim stopniu ją praktykowali.

ddrc668

"INTRYGA GENIUSZA"

Afera ta mogłaby się znaleźć w rubryce "rozmaitości”, gdyby nie była powtarzalnym schematem zachowań w kurii rzymskiej. To nie są pojedyncze przypadki zboczeń, to jest system. Owi duchowni uważają się za nienaruszalnych i wykorzystują swój immunitet dyplomatyczny. Jeśli jednak znamy dziś ich zdrożności, to dlatego, że zaczęli mówić świadkowie. Nawet jeśli próbowano ich zmusić do milczenia.

Trzeba tu zrobić dłuższą dygresję na temat pewnej niesłychanej historii mającej bezpośredni związek ze sprawą męskich prostytutek w Watykanie. Cóż to za historia! Prawdziwa "intryga geniusza”, jak powiedziałby Poeta! Sprawa została ujawniona, a dotyczy "zaufanego duchownego”, szefa biura w sekretariacie stanu Cesare Burgazziego (ponieważ Burgazzi nie chciał odpowiedzieć na moje pytania, na potrzeby tej opowieści korzystam ze szczegółowych relacji dwóch jego kolegów księży, z informacji dostarczonych przez policję i z protokołów procesów, do których doprowadziła ta afera).

Pewnej majowej nocy w 2006 roku prałat Burgazzi został zaskoczony przez policję w swoim samochodzie przy Valle Giulia, w pobliżu Villa Borghese, w dobrze znanym w Rzymie miejscu podrywu dla homoseksualistów. Jego samochód, ford focus, był w okolicy widziany kilkakrotnie. W trakcie próby rutynowej kontroli policjanci mieli w aucie stojącym ze zgaszonymi światłami zauważyć sylwetki, które poruszały się na rozłożonych fotelach. Próbowali zatrzymać nieszczęsnego duchownego za zakłócanie porządku lub molestowanie, ale on spanikował i uciekł.

Trwający dwadzieścia minut pościg po ulicach Rzymu skończył się ‒ jak w prawdziwym filmie hollywoodzkim ‒ solidnym karambolem. Uszkodzone zostały dwa wozy policyjne, trzech policjantów – rannych. "Nie macie pojęcia, kim ja jestem! Nie wiecie, z kim macie do czynienia!” ‒ wrzeszczał podczas aresztowania Burgazzi z okiem podbitym po zbyt ostrej zabawie w samochodziki. Sprawa jest w gruncie rzeczy banalna i tak częsta w Watykanie, że na pozór nie powinna wzbudzać zainteresowania.

W archiwach policyjnych odnotowano wiele historii, których bohaterami są księża, prałaci, nawet kardynałowie. Tu rzecz jest jednak bardziej skomplikowana. Według policjantów, którzy twierdzą, że okazali legitymacje służbowe, w samochodzie monsiniora Burgazziego znaleziono prezerwatywy i strój duchownego ‒ zatrzymany ksiądz był bowiem w cywilu. Policja przejęła również telefon prałata i zidentyfikowała połączenie do "brazylijskiego transseksualisty noszącego przezwisko Wellington”.

ddrc668

Cesare Burgazzi utrzymywał przez cały czas, że policjanci byli w cywilu i w nieoznakowanych pojazdach. Twierdzi, że był absolutnie przekonany, że ktoś chciał go obrabować i że nawet kilkakrotnie wybierał w telefonie numery alarmowe. Zaprzecza, jakoby kontaktował się z transseksualistą Wellingtonem i jakoby miał w samochodzie prezerwatywy. Twierdzi, że oświadczenia policjantów w kilku punktach są fałszywe i że ich rany były lżejsze, niż twierdzili (co zostanie w apelacji potwierdzone przez sąd).

Burgazzi przysięga wreszcie, że uważał to za próbę napadu i po prostu usiłował uciec. Teza o policjantach przebranych za rozbójników, albo odwrotnie, wydaje się co najmniej wytworem fantazji. Duchowny powtarzał ją jednak tak często, a policja tak długo nie potrafiła udowodnić, że wyglądało to zupełnie inaczej, że proces trwał dłużej, niż przewidywano. W pierwszej instancji Burgazzi zostaje zwolniony ze względu na niejasności w oświadczeniach policji. Tak samo jak oskarżyciele składa jednak apelację po to, by zostać całkowicie oczyszczonym, policjanci zaś po to, by go skazać.

I tak właśnie się dzieje: w procesie apelacyjnym organy sprawiedliwości przyznają rację policji i uznają prałata za winnego. On jednak wnosi skargę kasacyjną i po ośmiu latach od wydarzeń sprawa kończy się jego uniewinnieniem. O ile wyrok sądu jest jasny, o tyle okoliczności sprawy są dość mgliste. Istnieje między innymi hipoteza, która zakłada, że Burgazzi wpadł w zasadzkę. Według tego założenia, wysuniętego przez kilka osób dobrze znających całą sytuację, ważne jest to, że Burgazzi jest człowiekiem ostrożnym i dobrze poinformowanym.

"WIEM O WSZYSTKIM. PROSZĘ PRACOWAĆ DALEJ"

W ramach pełnienia swych obowiązków w Watykanie miał podobno odkryć skandaliczne praktyki finansowe i podwójne homoseksualne życie kilku kardynałów z najbliższego otoczenia papieża Jana Pawła II, mocno podejrzane kombinacje i malwersacje Banku Watykańskiego, równoległe rachunki i siatkę prostytucji. Przezorny i ‒ jak mówią ‒ nieprzekupny, zapalczywy Burgazzi zrobił podobno fotokopie wszystkich dokumentów i złożył je w sejfie, do którego kod zna tylko jego adwokat. Niedługo później zdobył się ten jeden raz na odwagę i poprosił o osobiste spotkanie z najpotężniejszym z owych kardynałów, któremu miał powiedzieć o części swoich odkryć i oczekiwać wyjaśnienia.

Nie znamy treści tej rozmowy, wiemy natomiast, że Burgazzi nie przekazał dokumentów prasie ‒ co jest dowodem jego wierności Kościołowi i niechęci do wywołania skandalu. Czy pogróżka rzucona przez Burgazziego miała jakiś związek z niesłychaną sprawą z Villa Borghese? Czy to możliwe, żeby potężny kardynał zamieszany w sprawę mógł się przestraszyć i starał się zneutralizować duchownego? Czy zastawił pułapkę na Burgazziego, żeby go skompromitować i zmusić do milczenia przy wsparciu placówek bliskich włoskiej policji, a może nawet prawdziwych policjantów (jeden z szefów policji pozostawał w bliskich kontaktach z rzeczonym kardynałem)? Czy ktoś miał zamiar skompromitować go do tego stopnia, żeby jego ewentualne rewelacje straciły wszelką wiarygodność?

Wszystkie te pytania bez wątpienia długo jeszcze pozostaną bez odpowiedzi. Wiadomo jednak, że papież Benedykt XVI nalegał, by Burgazzi wrócił na swoje stanowisko w sekretariacie stanu. Podobno nawet spotkał się z nim podczas jednej z mszy i powiedział: "Wiem o wszystkim, proszę pracować dalej” (jest to świadectwo z pierwszej ręki, od kogoś, komu sam Burgazzi to opowiedział). To nieoczekiwane osobiste poparcie papieża pokazuje, że afera wywołała w Watykanie pewne zamieszanie i daje to jakieś podstawy dla hipotezy o prowokacji. Można się bowiem zastanawiać nad niezbornymi zeznaniami policjantów i nad wątpliwymi dowodami, które wymiar sprawiedliwości ostatecznie odrzucił.

Czy zostały sfabrykowane? W jakim celu? Dla jakiego ewentualnego zleceniodawcy? Czy to możliwe, że Cesare Burgazzi stał się ofiarą knowań zorganizowanych przez jednego z jego współbraci, aby zmusić go do milczenia albo szantażować? Wydział karny włoskiego sądu kasacyjnego, uniewinniając go ostatecznie i zaprzeczając wersji policjantów, uwiarygodnił tę hipotezę.

Książka do kupienia TU.

O AUTORZE:

Frederic Martel - rocznik 1967, francuski pisarz i dziennikarz, doktor nauk społecznych. Jest autorem dziesięciu książek, w Polsce wyszły "Polityka kulturalna Stanów Zjednoczonych" oraz "Mainstream. Co podoba się wszędzie na świecie". "Sodoma", efekt jego czteroletniego śledztwa dziennikarskiego. Martel był attaché kulturalnym ambasady Francji w Stanach Zjednoczonych i Rumunii, wykładał i prowadził badania na uczelniach w Paryżu, Zurichu, a gościnne na Uniwersytecie Harvarda. Prowadzi badania nad soft power, dyplomacją wpływu, branżami kreatywnymi, mediami oraz Internetem. Jest także ekspertem przy Komisji Europejskiej, prowadzi audycję radiową Soft Power na France Culture i jest głównym reporterem internetowego magazynu Slate.fr.

ddrc668

Podziel się opinią

Share