Smoczy pazur

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

- Jak gwiżdżesz, ćwoku jeden?! - darł się stojący na relingu ciemnowłosy człowiek w pasiastym kaftanie i wysokich butach za kolana. - Na dziewki w porcie możesz tak w gwizdek dmuchać, i to jakimś zafajdanym yougońskim najlepiej, bo w Viplanie byle łajza cię kamieniem zdzieli, ni prawa, ni dobrego obyczaju nie łamiąc! Nie wiesz, jak się admirała wita?!
- Co on tak gębę drze? - zainteresował się pomocnik bosmana, manewrujący bosakiem przy trapie. Bosman machnął tylko owłosioną łapą. Dzielił uwagę między drewnianą piszczałkę, którą przyciskał do ust, i okutą żelazem kuszę, przyciśniętą stopą do pokładu. Pokład był śliski, a krótka kanałowa fala zdradziecka. Ktoś, kto ułożył broń dyskretnie za nadburciem, mógł jej tam nie znaleźć, gdy zajdzie potrzeba.
- Pewnie ze strachu - rzucił półgłosem marynarz, przytrzymujący z drugiej strony deskę trapu.
- Widzisz te portki cudaczne? Myślisz, że od czego takie rozdęte górą? Dobrze, że od zawietrznej podeszli, bo coś mi się widzi, że by nas uraczył wonią mało...
- Cicho.

Zamilkli wszyscy z bosmanem na czele. Ten z widoczną ulgą wetknął piszczałkę za pas, obok kordu i bata. Chyba trochę lepiej od reszty znał dialekt z Gen z y i chyba świtało mu, że coś robi nie tak. Pozostali, chowając języki za zębami, okazali świeżej daty respekt stojącemu przy maszcie mężczyźnie w haftowanym srebrem zielonym stroju.

Elegant w pasiastym kaftanie puścił się wanty. Nie patrząc w dół, na kipiące między kadłubami morze, od niechcenia przemaszerował po desce i zeskoczył na pokład galery. Stanął przed odzianym w zieleń i zerknął na wiadro przy jego nogach.
- Kapitan "Azami... Arami..." - psiakrew, te wasze illeńskie nazwy... wybaczysz, że całość pominę?
- Nie.
- Nie wybaczysz? - okolona krótką brodą twarz wydłużyła się nieco. - Ha, tegom nie oczekiwał. Uprzedzano mnie, że ta łajba to żeglująca trumna, a jej załoga...
- Nie jestem kapitanem "Aramizanopolisańczyka", to jeno rzec chciałem.

Obraz

Ciemnowłosy poprawił wielki beret z jeszcze większym piórem, po czym rozejrzał się po pokładzie. Stał pewnie, od niechcenia utrzymując równowagę, z lewą dłonią na rękojeści miecza i prawym kciukiem dość arogancko zatkniętym za sprzączkę pasa.
- Piękne, zaiste, powitanie. Bosman odgwizdał mi sygnał przeznaczony dla drugiego zastępcy szypra barki-śmieciarki, kapitan wyjść na pokład nie raczył, a ten, co raczył, z wiadrem mnie przy trapie wita. Jeśli kubeł zimnej wody chcieliście mi, panie, na głowę wylać, to szkoda waszej fatygi. Aluzję pojąłem.

- Źle zaczęliśmy, admirale... - uśmiechnął się zielony. Słabo się uśmiechał. Twarz też miał zielonkawą.
-Cóż, więc może wrócę na karawelę, ryzykując potknięcie na trapie i rozsmarowanie pomiędzy burtami, piruet ucieszny wykonam i raz jeszcze spróbujemy? Co wy na to, panie bosman? Widać, że artystyczna z was dusza i dąć w tę waszą rurkę pasjami lubicie... - Jestem Debren z Dumayki, czarodziej okrętowy. - W połowie skłonu, który miał wypaść bardzo dworsko, choć bez zdejmowania mycki z głowy, złośliwa fala kanałowa dała o sobie znać i Debren musiał przytrzymać umykające spod nogi wiadro. - Cieszę, że was widzę, panie... daruicie, że nie rozpoznaję, alem w cesarskiej flocie od niedawna... - Vensuelli - przybysz oszczędnie skinął głową. - Wiceadmirał Floty Wschodniego Oceanu Jego Cesarskiej Mości. Witajcie, mistrzu Debren. Chciałbym rzec, że rad was widzę, jak i wy mnie, ale służbowo tu jestem i łgać pod banderą majestatu nie zamierzam. I nie mówcie - gestem dłoni wstrzymał otwierającego usta czarodzieja - że ta szmata na maszcie to nie bandera Bikopuliss. Zdążyłem zauważyć, wystawcie sobie. Czasu miałem sporo,
boście w dryf stawali, bez przesady, kwadrans, jeśli nie dwie szóstnice. Galerą, kurwa mać!!! - wydarł się nagle.

- Gdzie jest ten zasrany flisak, kapitanem się mieniący?! Tak go w rzyć kopnę, że Anvash minie i w Wolkanię pieprznie!

- Przestań hałasować, Vens - zahuczał z pokładu karaweli czyjś basowy głos. - Lepiej każ drugi trap położyć, korabie bliżej przyciągnąć albo co. Ja się na linoskoczka nie najmowałem, po tej listewce przechodzić ani myślę. Nie dość, że wąska, to i cieniuśka; jeszcze pode mną pęknie.

- Nikt cię nie prosi! - już spokojniej odkrzyknął Vensuelli.

- Zostańcie na "Jaskółce", panowie! l panie też! Luwanec, wydać liny, bosaki precz, odejdźcie na kabel przed tę krypę. Za przylądkiem się sczepimy, na spokojniejszych wodach. Załoga karaweli, nieliczna, ale w widoczny sposób sprawna, błyskawicznie uporała się z manewrem odejścia. Debren, znękany nudnościami, nie miął nawet czasu przyjrzeć się dokładnie zalegającym pokład ładunkom. Były osłonięte ni to płótnem żaglowym, ni to starymi namiotami wojskowymi, nieforemne jakieś i nie kojarzące się z niczym, co widział na Międzymorzu.

Ale cóż, to już nie było ciepłe, zazwyczaj łagodne Międzymorze.
Dwa tygodnie temu wyszli na Kariatyk, Ocean Wschodni, do niedawna jeszcze zwany po prostu Oceanem. Woda wyglądała tu inaczej, inne statki pływały, więc i metody frachtowania miały prawo się różnić.
- No dobrze, panie czarodzieju. - Obserwacja udanego manewru wprawiła wiceadmirała w lepszy humor. - Prowadź do swego kapitana. Pijany pewnikiem, zgadłem?
- Nie zgadliście, panie Vensuelli. Kapitana fala za burtę zmyła. Sześć dni temu mniej więcej.
- Co? - Vensuelli przystanął, wykonawszy jeden tylko krok w stronę kasztelu rufowego. - Fala? Kapitana? Kpicie, mistrzu? To co to za fala musiała być? Względnie kapitan? Pierwsze słyszę. Chłopiec okrętowy... bywa, pijany majtek, kucharz... No, ci za burtą często lądują, co nie dziwota. Ale kapitan?! - Debren wzruszył bezradnie ramionami. - No, nic. A pierwszy oficer gdzie?
- Przy kapitanie. Mniej więcej.

Ciemne oczy admirała przyglądały mu się przez chwilę uważnie.
- Aż się boję zapytać o nawigatora- powiedział wolno Vensuelli.
- I słusznie się boicie, panie admirale. Choć zarazem trochę niepotrzebnie, bo "Aramizanopolisańczyk" załogę dostał szczupłą, więc pierwszy oficer był zarazem nawigatorem. Za jeden żołd, co chyba legło u źródeł naszych kłopotów.
- A ile żołdów, waszym zdaniem, ma brać półgłówek wypadający na służbie za burtę?
Debren zastanawiał się. Trochę nad odpowiedzią, bardziej nad wyczarowaniem z dostępnych na pokładzie produktów leku przeciw chorobie morskiej.
- Macie pewnie rację, panie Vensuelli. Ale on tak nie myślał.
Był rozgoryczony, bo czy za jeden żołd czy dwa, to cesarska flota tak czy siak od pół roku mu zalegała.
- Nie tłumaczcie go, czarodzieju. Jeden zaległy żołd to dokładnie tyle samo, co dwa zaległe żołdy, czyli zero. Nauka, która ów paradoks objaśnia, nazywa się matematyką. Wam, odczytywaczom formuł tajemnych, to może i do niczego niepotrzebne, ale nawigator ma psi obowiązek rachunki znać. To jak to było z tym waszym rozgoryczonym?
- Wejdźmy do kajuty. fu wiatr w uszach gwiżdże.
Vensuelli zerknął na pokład. Trzej marynarze układali trap przy burcie, udając, że nie podsłuchują. Pozostali, w liczbie pięciu, podsłuchiwali niczego nie udając. Bosman tuż obok poprawiał jeden z węzłów na swym bykowcu, a sternik kombinował, jak linką unieruchomić koło i podejść bliżej.
- Wiatr? Bez wiatru dawno od smrodu byście pomarli. Czym wy, szlag by to, galerników karmicie? No, mniejsza... Chodźmy na rufę, Debren, nie przeszkadzajmy tym dobrym ludziom w odpoczynku. Od rufy dmucha, więc pewnie przez czas jakiś okrętu nie przewróci. A jak przewróci, to też może nikt nie spadnie z pokładu, bo przykleić się do tego paskudztwa żadna sztuka, postać jeno chwilę wystarczy, co owe zuchy właśnie czynią.

Chodźcie, mistrzu. Zawiewa to z tej, to z tamtej, może od dołu zawieje, żagle na maszt wciągnie, kto wie? Mistrzu Debren, nie zapomnieliście aby czegoś? Wasz kubełek... Kajuta kapitańska zajmowała tylną część nadbudówki rufowej. W przedniej, mniejszej, mieszkali w czasach świetności oficerowie w liczbie kilku. Potem portowi włóczędzy i muchy, dobrze żyjące z tego, co włóczędzy po sobie zostawiali - a zostawiać nie chadzali daleko, do sąsiedniej kabiny zaledwie - pająki żyjące z much, no i gryzonie. Teraz zadomowiły się tu małże i ślimaki. Większość okienek nie miała ani błon, ani szkła. Było mokro, zimno i paskudnie.
- Widzę, że nie tylko oficerów wymiotło. - Vensuelli pomacał ostrożnie jakąś samotną skrzynkę, na której nieśmiało zaczynały kiełkować wodorosty. - Meble też. Stół pod mapy gdzie?
- Końcem pochwy zmiótł drzemiącego na wieku małża, podłożył sobie beret i usiadł. - Nie wiesz? Tak i myślałem. Ale mapy jakieś macie?
- Mieliśmy. Zachodniego Międzymorza. Nawigator jak oka w głowie strzegł, bo stara była, zabytkowa. Jeszcze za Starego Cesarstwa kreślona.
- Kpisz, Debren? To usiądź, nie stercz tak. Żartować wolę, jak towarzystwo siedzi. Debren rozejrzał się bezradnie po pustym pomieszczeniu. Westchnął, obrócił wiaderko i usiadł, rozstawiając szeroko kolana.
- Przykro mi, admirale. Nie zdradzę chyba wielkiej tajemnicy, mówiąc, że flota cesarska robi bokami. Nie ma czym pływać, nie ma kto pływać i nie bardzo jest dokąd. To znaczy- poprawił się - dotychczas nie było. Bo teraz, jak się dowiaduję z miłym zdziwieniem, Jego Cesarska Mość ustanowił nową eskadrę na oceanie.
- Flotę, Debren, flotę. Gra słów, wiem, ale będę wdzięczny za trzymanie się oficjalnego nazewnictwa. Widzisz, mistrzu, w Bikopuliss forma już dawno treść pokonała, a cesarscy urzędnicy nie to widzą, co jest, tylko co napisane mają, że być powinno.

Cesarz Stanorius między kolejnymi triumfami własnoręcznie regulamin morski spisał. I stoi tam jak wół, że admirał niczym mniejszym od floty dowodzić nie może, a jak przypadkiem podowodzi, to pensja mu się za to nie należy, bo dla takiego wielkiego pana dyshonor by to był.
- Mało życiowy jakby ów regulamin. Nie uchybiając Stanoriusowi, słusznie Wielkiemu.
- Mało życiowy? Widać, że Bikopulijczyków nie znasz. Co drugi cesarz na marmurowy pomnik u wdzięcznej ludności zasłużył, z tego braku życiowości korzystając. W blasku chwały światłego reformatora.
- Przyznaję, że nie rozumiem.
- Ty, czarodziej? Patrzcie, państwo, co to się porobiło. Pierwszy, co nieomylnością człowiekowi przed nosem nie wymachuje. Że o wiaderku nie wspomnę. Ha, zaczynam widzieć was w innym świetle, mistrzu Debren. A co do Bikopuliss, to sprawa jest prosta jak maszt. Otóż już dziad Stanoriusa stwierdził publicznie, że dobrze się w państwie nie dzieje i trzeba dużo poprawić. Przy czym źle się dzieje z winy poprzedników, którzy błędy i wypaczenia czynili, księżycową gospodarkę prowadząc. Kraj potrzebuje więc reform, dobrego władcy i wzrostu. I tak się przyjęło, że każdy kolejny cesarz dupa jest, jeśli nie reformuje czego się da i wzrostu ewidentnego nie wykazuje.

Wiesz, Debren, ile Stanorius legionów miał? Dwa! Wschodni i Zachodni, z dwoma wicemarszałkami na czele, bo jedynym marszałkiem, pensji zresztą łaskawie nie biorącym i na biednych ją oddającym, był sam cesarz. Dwa legiony plus jedna flota i trzy samodzielne eskadry. I wystarczyło! Okręty bikopulskie co chciały; to na Międzymorzu czyniły, legioniści w Zuli stacjonowali jak za Starego Cesarstwa, w Dekturanie, na Bliskim Zachodzie.

Prowincji siedemnaście było, a jak jeden ambicją chory centurion pogranicznik, nudą widać otumaniony, podjął się ku chwale cesarza całe państwo dookoła pieszo obejść i tym sposobem do Księgi Gupissa trafić, to w drodze wyłysiał, ośmiorga potomstwa się dorobił i tak nogi nadwerężył, że go w uznaniu zasług do kawalerii przenieśli.

Takie to państwo było! Potem Stanorius umarł i barbarzyńcy Zulę odbili przy błogosławieństwie ówczesnego Ojca Ojców, nawiasem mówiąc. I co następca tronu zrobił? Edykt wydał i z szesnastu już teraz prowincji osiemnaście uczynił! Ciach piórem i oto magie, ludkowie, dwie nowe jednostki administracyjne. Z kupą intratnych urzędów, z czego na prowincji się cieszą, i bandą pełnomocników cesarza do spraw wdrażania, co dwór i stolicę raduje.

Potem jeszcze, pod koniec życia, Najjaśniejszy Pan armię zreformował, z trzech okręgów wojskowych cztery robiąc, co jako wielki sukces roztrąbiono. Ale się rozmyślił i zaraz z czterech dwa uczynił, bo mu eksperci wyliczyli, że gotowość bojowa od tego wzrośnie, no i go żołnierze, zaiste z podziwu godną szybkością, na włóczniach w kawałkach z pałacu wynieśli.

Nie muszę chyba dodawać, że następny cesarz, eks-dziesiętnik hoplitów, zaczął rządy od pięciu okręgów i podwyżki dla kadry oficerskiej. I tak poszło. Dzisiaj Bikopuliss to już nie, jak niegdyś, miasto i świat, ale miasto i trochę dalej, niż z baszty widać. Ale prowincji ma czterdzieści i dziewięć, a armii, samodzielnych legionów, flot i eskadr tyle, że się generałowie dawno w schematach organizacyjnych pogubili. Za to w tabelach płac biegli są jak nikt.

Mocno patrzą na ręce jeden drugiemu, ani złamanego grosza nie wydębisz u skarbnika ponad to, co ci się z etatu należy. - Admirał przerwał, wyjął zza pasa nóż i ująwszy za ostrze, zaczął się przyglądać szczurowi, wystawiającemu pysk z jakiejś dziury. Szczur popatrzył mu w oczy, popatrzył na Debrena, pomyślał chwilę i wylazł cały. Nie spiesząc się, podreptał wzdłuż ściany. - Kota tu przypadkiem nie macie, mistrzu?
- Był, ale coś go zeżarło. Nie mam pewności: szczury czy załoga.
Vensuelli zamachnął się i cisnął nożem. Ostrze wbiło się w deskę przepierzenia, nieco nad grzbietem gryzonia, rozłupało ją, poczem znikło, jak i cała reszta noża. Szczur pisnął i odskoczywszy na dwie stopy, zatrzymał się przy jakiejś dziurze - nie tej, którą wszedł - i sprawdził, czy admirał nie wyciąga następnego noża. Uspokojony, wrócił do obwąchiwania desek pokładu.
- Widzisz go - wyszczerzył zęby Vensuelli. - Urodzony Bikopulijczyk. Kostucha mu nad uchem sierpem wywija, a ten udaje, że nic złego się nie dzieje. Resztki dawnej świetności eksploatuje i aktualnej rzeczywistości nie chce do wiadomości przyjąć. A tak przez ciekawość, co on tak węszy? Kocich niedogryzków szuka?
- Robaków. Mało co na okręcie do zjedzenia zostało, więc się szczury pierwej na myszy przerzuciły, a ostatnio, dzięciolą modą, na robaki. Dlatego, jeśli łaska, nie polujcie dla sportu na szczury. Co innego, gdyby do garnka... to z żalem czasem czynimy, ale dla zabawy lepiej nie. One, widzicie, pożyteczne są.
- Wybacz, Debren, zapomniałem, żeś magik. Pewnie, jak wielu z nich, o tych tam, no... dziurach eko... elokogicznych chcesz prawić, co? Że niby wszystkie żywe stworzenia kooperatywę tworzą, ku dobru wspólnemu w zamkniętym kręgu się zżerając?
- Nie, admirale. Jeśli już, to o dziurach okrętowych, które tutejsze robaki z dużym sukcesem czynią. Pewnie w ramach kooperatywy z rybami, ku którym nas z całym "Aramizanopolisańczykiem" w końcu poślą. Galera spróchniała jest, a teraz jeszcze do sera coraz bardziej podobna. Pewności nie mam, ale myślę, że szczury, co większe robale wyżerając, życie nam przedłużają.

Vensuelli wstał i ruszył ku drzwiom. Zmienił jednak zamiar, podszedł do ściany i kopnął. Poprawił drugi raz, powiększył wielką jak głowa dziurę. Odgarnął garść muszelek i sięgnął po sztylet wbity w podłogę sąsiedniej kajuty.
- Napiłbym się, panie Debren. Na wszystkim już pływałem, na wolkańskim kajaku nawet, ale takim paskudztwem jeszcze nigdy. Że też to gówno na morze wypuścili. Uprzedzano mnie, że prosto z pochylni toto nie będzie, ale niech mnie szlag trafi, jeśli to nie jest najstarsza galera znanego świata. Nie w rejestrach flot jej szukać, a w Księdze Gupissa. Chyba w mordę kogoś strzelę, jak się zaraz nie napiję. Czarodzieju, hę?
- Myślę... Kapitan chyba już przeciw temu nic mieć nie będzie.

W skrzynce coś pewnie trzymał.
Spod szmaty leżącej przed progiem i przyklejonej do pokładu brudem, co tłumaczyło jej obecność, Debren wyjął wymyślny płaski klucz - był on magiczny, ale większość magii wywietrzała, ledwo dawała się wyczuć. Może dlatego zamek kuferka ustąpił już po dwóch pacierzach szarpania się ze zgrzytającymi zapadkami. A może dlatego ustąpił dopiero po dwóch.
- Co my tu mamy? - zainteresował się radośnie Vensuelli, oglądając pod światło szklany butlogąsior. - Naczyńko jakby z wyspy Prycos, z samiutkiego południa Wolnego Świata. Nie ma słodszych win, mówię ci, Debren. Ciekawe, który rocznik? Ja, mistrzu, na winach jak mało kto... - parsknął raptem czerwonymi kroplami. - Tfu, zaraza! Szlag by go, szypraw dusigrosza; żeby go tak raki powoli obgryzały.
- Woda? - Debren pokiwał współczująco głową. Klęczał przy skrzyni, drapiąc się w zadumie po zarośniętej brodzie. - Tu też morze zawitało. Cholera. Cholerne tajne służby cesarskie. A mówiłem, żeby najpierw przestudiować rozkazy, a dopiero potem sejfik do liny wiązać i za rufą ciągnąć. Ale nie, oni lepiej wiedzą, swoje metody mają, tysiąc lat doskonalone. No, to teraz się mogą... Nie, przesadziłem. - Strzepnął z palców rozłażący się papier. - Nawet do podtarcia się to już niezdatne.
- Zwracam kapitanowi część honoru - admirał usiadł na wiaderku i łyknął z butlogąsiora. - Patrząc na stan dokumentów, widzę, że dobrze korek wsadził. A i ten kwas, gębę krzywiący, podłego pochodzenia nie jest. Z Prycos, wyspy słonecznej pochodzi, ma prawo do markowego naczynia. Tyle że rocznik fatalny. Założysz się, Debren, że datę zbioru podam? O pięć dukatów?
- Nie zakładajcie się z magikami, panie Vensuelli. Niektórzy, jak uczciwsze sposoby zawiodą, i w myślach czytać wam mogą. Wielka jest moc... Nie cholera- cisnął ze złością płat czegoś szarego, spleśniałego, rozłażącego się w dłoniach. - Nie da się tego odczytać.
-To nie ludzki mózg, co, Debren? A o trzy dukaty?
- Chyba że mi skredytujecie. Wtedy i - zastanowił się - i o pół tuzi... nie, o pięć.
- Procent jaki?
- Niech będzie zwykły, bankierski - uśmiechnął się chytrze Debren.
- Takiś pewny swego? No to proszę, zakładamy się. Papieru tu pewnie... dobra, widzę, że nie macie. Nawigator przy sobie nosił jak mapę, prawda? Zróbmy więc tak: jak na "Jaskółkę" wrócimy, spisze się odpowiedzi na kartce, każdy na swojej, i porównamy kto był bliżej. A żebyś wiedział, co oceniasz, proszę, łyknij sobie. Jak się dobrze wczuć, to nawet niezłe to wino.

Zakład był poważny, więc jakiś czas milczeli i wymieniali się butlogąsiorem. Debren trochę posmutniał. Przypomniał mu się ograny w kości handlarz marimalskiego bomblogna, zaklęcie, które zagarnął wówczas z pulą, i okoliczności, w jakich pierwszy i ostatni raz je zastosował. Dużo czasu upłynęło, mnóstwo wody w Pirrendzie...
- No, już lepiej. Mogę raportu wysłuchać, w apopleksję nie popadając. Nie wiem, Debren, czy patent oficerski masz, bo widać, żeś cudzoziemiec, a zagranicznych magów w Bikopulis s nie szanują... Ale rządzisz tu chyba, więc raportuj. Nie wstawaj, obejdzie się.

Debren schylił się i końcem różdżki przyciągnął owalną skorupę dostrzeżoną za skrzynią. Rozłupał muszlę, palcem zagarnął trochę solnego nalotu z wieka skrzyni. Natarł ostrygę, rozdzielił na dwoje, podał połowę admirałowi. Zakąsili.
- Pobłądziliśmy zaraz za Kariatydami, jak się pewnie domyślacie. Nawigator powiedział, że za takie pieniądze, to on może dwie posady ciągnąć i jako pierwszy oficer się udzielać, ale dokształcać się to już nie zamierza. No i słowa dotrzymał. Trzy dni w kółko pływaliśmy, a potem w Burzliwą nas wprowadził.

Sztorm się trafił, jak to w owej zatoce, w brzeg mało nie rąbnęliśmy, nie wiadomo nawet czyj, a potem... no... zmyło obu dowódców.
- Co chcieliście tym wymownym "no" dać do zrozumienia?
- Konkretnie nic, bo spałem... no, rzygałem wtedy. Akonkretnie to dziwnie przemyślnie morskie bożki nam zgubę zadać próbowały. Po wojskowemu bardzo, w wybrane cele mierząc. Fala, wystawcie sobie, kapitana zmyła, nawigatora, który pierwszym oficerem wówczas będąc, teoretycznie spać powinien, wybijacza rytmu i mesowego. Obaj wymienieni ponadprzeciętnym zaufaniem dowódcy się cieszyli.
- Może - powiedział powoli Vensuelli - może z żalu po utracie ukochanego pana w odmęt się rzucili?
- Wybijacz wzorowym machrusaninem był. Walenie w bęben modlitwami i przypowieściami religijnymi urozmaicał, zwłaszcza o dobrą kondycję galerników Pana prosząc. Nie, admirale, ten życia by sobie nie odebrał.
- To wszystko poszlaki, Debren- błysk w brązowych oczach mówił co innego. - Masz jeszcze jakieś? Bo na podstawie tych nie wypada powiesić więcej jak jednego, dwóch... Pod zarzutem zaniedbań. Jakaś luźna lina, śliski pokład, nadburcie nienormatywnej wysokości...
- Jak skończyłem, wiecie co, to w swojej kajucie zastałem bosmana i sternika. Tłumaczyli się, że posprzątać chcieli, co wolałem na wiarę przyjąć. Miotłę istotnie ze sobą przynieśli, wody w kuble... Mało, ale za to święcona była. A miotła złamana, oba kawałki uczciwie zastrugane, co i cieślę w mętnym świetle stawia. Ciemno było, jak to po północy, więc nie pytałem, skąd dziury dwie w pierzynie. Ciasno tu, łatwo miotłą o hamak zawadzić.
- Na gnaty Machrusa... Wiesz, co mówisz? Toż to otwarty bunt!
- Uspokójcie się, panie admirale. Strategowi rozwaga i zimna krew przystoi.
- Czemu ich w ropuchy z miejsca nie pozamieniałeś. Żartuję, Debren, nie bierz mnie za prostaka... Ale przypieprzyć jakoś tą swoją różdżką chyba mogłeś, co?
- Ten okręt i tak ledwo żegluje. A z żabą za sterem i drugą, komendy odgwizdującą, daleko byśmy nie zapłynęli. Postraszyłem ich tylko.
Vensuelli chlapnął z butlogąsiora i przegryzł resztką ostrygi. Posmutniał.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ 👀