Śmiech iguany
Igor to dziecko ulicy. Wychowany w sierocińcu na przedmieściach Sofii, wcześnie nauczył się dbać o siebie. Wielokrotnie uciekał spod kurateli opiekunów, którzy nie zaliczali się do najłagodniejszych ludzi na świecie. Życie na własny rachunek zaczął jako piętnastolatek. Miał już wtedy metr osiemdziesiąt wzrostu, wyrobione muskuły i chrapliwy od nadmiaru tanich papierosów głos. Przystał do gangu okradającego samochody, ale zanim jego członkowie zostali jeden po drugim wyłuskani przez milicję, kupił sobie na bazarze paszport na nazwisko Bonew, z którym nie rozstał się do dzisiaj.
Według dokumentów ma teraz pięćdziesiąt lat, w rzeczywistości skończył czterdzieści sześć. Z fałszywymi papierami dał nogę do Warny, gdzie załapał się na statek pływający pod banderą któregoś z rajów podatkowych. Bez żalu pożegnał ojczyznę i bardzo rzadko ją później odwiedzał. Tęsknił jedynie za ljutenicą z gotowanej papryki i pomidorów, giuweczem, w którym mięso dusi się z warzywami, i za czałgą.
Plakat Sylvii, gwiazdy czołgi – półnagiej brunetki z włosami do pasa, w błyszczących rajstopach i z krwistoczerwonymi ustami – był jego relikwią, podobnie jak zdjęcie z koncertu Lepej Breny na stadionie Wasyla Lewskiego w Sofii. Idolka tłumów histerycznie rozkochanych w bałkańskim disco polo przybyła na stadion helikopterem, co do dziś, jak zauważa Andrzej, przyprawia Igora o bicie serca. Historyczne chwile narodów Europy Wschodniej mało Bułgara obeszły, miał bowiem poważniejsze problemy.
Dwadzieścia pięć lat pływał na różnych jednostkach, raz po raz wdając się w konflikty z kolegami i z przełożonymi. „Taki już mam niepokorny charakter, Poliak”, mówił. Blizna przecinająca twarz to pamiątka po jednej z licznych burd; omal nie stracił wtedy oka. W końcu wszedł w jakieś interesy na lądzie, tu, w Meksyku. Oskarżono go o zabójstwo i posadzono na piętnaście lat, z czego cztery już odsiedział. Igor twierdzi, że winę ponosi jego wspólnik, który wymknął się wymiarowi sprawiedliwości i zniknął z horyzontu. Así es la vida – takie jest życie. Wkrótce i Andrzej bezbłędnie to powtarza.
Umie też powiedzieć órale, güey i wie, że ten, który pieprzy innych – chingón – to ktoś godny szacunku, ten zaś, który jest pieprzony – chingado – godny jest pogardy. On sam (ma pomoc z zewnątrz i jest kumplem Bułgara i Negro) zalicza się do tej pierwszej kategorii, dzięki czemu może się czuć w miarę komfortowo, jeśli oczywiście pamięta o czujności i nikomu niepotrzebnie nie wchodzi w drogę.
Zresztą, choć początkowo tylko słuchał i obserwował, wkrótce zyskał sobie opinię człowieka, który wiele wie o życiu.
Zaczęło się od Bułgara. Zapytał, o czym są te książki, które Andrzej ciągle czyta.
– To? – Andrzej przewrócił kolejną kartkę Doktora Murka. – To historia urzędnika z małego miasteczka. Miał piękną narzeczoną i dobrą pracę. Chciał być kimś. Ożenić się, mieć dzieci. Z czasem awansować. Żyć spokojnie, zwyczajnie. Prawie mu się to udało. Ale przyjechał jakiś spryciarz ze stolicy. Oszust, lecz ustosunkowany. Próbował przekupić tego gościa, Murka, żeby podpisał z jego firmą kontrakt, pomijając oczywiście zwykłe procedury. Państwowe pieniądze trafiłyby do jego kieszeni. A Murek się nie zgodził.
– Ktoś inny dawał mu więcej? – Igor domyślnie pokiwał głową.
– Nie. Po prostu był uczciwym urzędnikiem.
– Ech, Poliak, Poliak. W książkach same bzdury piszą. Wierzysz, że urzędnik mógł wziąć i nie wziął? To ta twoja Polsza inna niż cały świat!
– Taka sama. Zniszczyli go. Wyleciał z pracy, stracił narzeczoną. W końcu zaczął kraść i napadać ludzi. Źle skończył.
– Było wziąć, kiedy dawali. Durak. Potem już nie chcieli dawać, to sam zaczął brać. Nauczył się, chwat. Każdy się w końcu uczy.
Opowieść o Murku jakoś zapadła Igorowi w pamięć. Wypytywał Andrzeja o szczegóły, a wreszcie podzielił się wrażeniami z El Negro. Pepón, zatopiony w ponurych myślach, wydawał się nieobecny, a jednak to właśnie on odezwał się pierwszy:
– To mogło tak być.
Wszyscy trzej spojrzeli na niego zaskoczeni. Andrzej nie zrozumiał jego słów, ale Bonew szybko mu je przetłumaczył.
– Znałem kogoś takiego. W San Juanito, gdzie się urodziłem.
Kiedy myśleli już, że to wszystko, co miał do powiedzenia, dodał jeszcze:
– Zastrzelili go.
Bułgar pokiwał głową ze zrozumieniem, Andrzej zaś uświadomił sobie z bolesnym skurczem żołądka, że on też kogoś takiego zna. Siebie.