Siostry
I
- Kotku - jęknął cicho (Ted? Tad? - czy coś w tym rodzaju), tłamsząc ustami boczną część jej szyi i przesuwając tym samym jej twarzą po ścianie toalety.
To śmieszne, pomyślała Maggie, czując, jak podnosi jej sukienkę. Ponieważ jednak w ciągu ostatnich dwóch godzin wypiła około pięciu wódek z tonikiem, nie była w stanie nazwać czegokolwiek śmiesznym. Nie była nawet pewna, czy potrafi prawidłowo wymówić to słowo. - Jesteś taka seksy! - wykrzyknął Ted lub Tad, odkrywając stringi, które zakupiła na tę okoliczność.
- Chciałabym stringi. Czerwone - powiedziała.
- Szkarłatne - poprawiła ją ekspedientka w Victoria’s Secret. - Niech będzie - zgodziła się Maggie. - Rozmiar S - dodała - XS, jeśli jest.
Obdarzyła dziewczynę pogardliwym spojrzeniem dając jej do zrozumienia, że chociaż nie odróżnia czerwonego od szkarłatu, to ona, Maggie Feller, wcale się tym nie przejmuje. Może i nie skończyła collegeu, i może nie ma świetnej pracy - OK, od czwartku w ogóle nie ma pracy, a cała jej kariera telewizyjna ogranicza się do trzech sekund, przez które skrawek jej biodra widoczny był na przedostatnim wideoklipie Willa Smitha. I może faktycznie z trudnością pokonywała swoją wyboistą drogę, podczas gdy niektórzy, jak mianowicie jej siostra Rose, śpiewająco przeszli przez college Ivy League, wprost do szkół prawniczych, później firm prawniczych, a następnie luksusowych apartamentów na Rittenhouse Square, zupełnie jakby ktoś usadowił ich na jakiejś wielkiej życiowej zjeżdżalni i lekko popchnął.
A jednak to ona, Maggie, miała coś bardzo wartościowego, coś rzadkiego i naprawdę cennego, coś co posiada jedynie niewielu, a wielu pożąda - fantastyczne ciało. 47 kilogramów rozciągnięte na wysokość 165 centymetrów, od głowy po czubki palców przybrązowione w solarium, zadbane, odpowiednio depilowane, wygładzone parafiną, nawilżone, pachnące, doskonałe.
Miała tatuaż w kształcie stokrotki tuż nad pośladkiem, słowa "STWORZONA DO GRZECHU" wytatuowane wokół lewej kostki, a na prawym bicepsie czerwone, przebite strzałą, pulchne serce z napisem "MAMA" (myślała o dodaniu daty jej śmierci, ale z jakiegoś powodu ten tatuaż bolał bardziej niż dwa pozostałe razem wzięte). Maggie była również właścicielką piersi rozmiar D. Wspomniane piersi były prezentem od pewnego żonatego przyjaciela i zrobione zostały z roztworu soli oraz plastiku, ale to było bez znaczenia. "To moja inwestycja na przyszłość" - powiedziała Maggie. Ojciec wyglądał na urażonego i lekko oszołomionego, Sydelle - Macocha Monstrum oddychała rozszerzając nozdrza, a jej duża siostra Rose, zapytała: "Jaką konkretnie przyszłość planujesz?" , przybierając ten swój pełen wyższości ton, czym sprawiała wrażenie, jakby miała przynajmniej siedemdziesiąt lat. Maggie nie słuchała, miała to gdzieś.
Obecnie dwudziestoośmioletnia Maggie znajdowała się na spotkaniu z okazji dziesięciolecia ukończenia szkoły średniej i była zdecydowanie najlepiej wyglądającą kobietą na sali. Wszystkie oczy zwrócone były na nią, gdy weszła wolnym krokiem do Cherry Hill Hilton w opinającej dokładnie jej ciało czarnej sukience koktajlowej na ramiączkach i w szpilkach Christiana Louboutina, które tydzień temu wyciągnęła z szafy swojej siostry. Mimo że Rose roztyła się - duża siostra na jeszcze jeden sposób - ich stopy wciąż były dokładnie takie same.
Maggie czuła na sobie gorące spojrzenia, gdy lekkim krokiem szła w stronę baru, uśmiechając się i kołysząc biodrami jakby w rytm muzyki, czemu towarzyszyło lekkie podzwanianie bransoletek w okolicy nadgarstków; pozwalając tym samym swoim byłym kolegom szkolnym dobrze się przyjrzeć temu, co stracili - dziewczynie, którą ignorowali, przedrzeźniali i uważali za opóźnioną, tej, która błąkała się korytarzami szkolnymi w zbyt obszernych, wojskowych kurtkach swojego ojca i kuliła przy szafkach w szatni.
Tak, Maggie promieniała. Niech widzą, niech się ślinią. Marissa Nussbaum i Kim Pratt, a szczególnie ta suka Samantha Bailey ze swoją tandetną, tlenioną fryzurą i siedmioma dodatkowymi kilogramami na biodrach, których w szkole średniej jeszcze tam nie było.
Wszystkie te cheerleaderki, które nią pogardzały albo patrzyły zawsze gdzieś obok udając, że jej nie widzą. Jakby jej tam w ogóle nie było. Niech teraz nacieszą swoje oczy... albo, jeszcze lepiej, niech ich rozmemłani i łysiejący mężowie poucztują sobie do woli.
- O, Boże! - jęknął Ted-Nie- Ted, odpinając spodnie.
W toalecie obok ktoś spuścił wodę.
Maggie zachwiała się na swoich obcasach, gdy Ted - Nie- Tad celował, chybiał i celował ponownie, dźgając jej uda i tyłek. To jakby atakował cię jakiś ślepy wąż, pomyślała i parsknęła cicho, który to odgłos Ted ewidentnie pomylił z jękiem rozkoszy.
- O tak, kotku! Dobrze ci, hm? - domagał się potwierdzenia i zaczął szturchać jeszcze mocniej. Maggie stłumiła ziewnięcie i popatrzyła w dół, zauważając z przyjemnością, że jej uda - jędrne dzięki godzinom spędzonym na bieżni w siłowni, gładkie jak plastik po ostatnim zabiegu parafinowym - w ogóle nie drżały, niezależnie jak mocne były pchnięcia Teda. Jeśli chodzi o pedicure - był idealny. Początkowo nie była pewna co do tego konkretnego odcienia czerwieni - nie dość ciemny, martwiła się trochę - ale to był jednak dobry wybór, pomyślała, patrząc na swoje palce, które odpowiedziały jej zdecydowanym błyskiem lakieru.
- Jezu CHRYSTE! - krzyknął Ted. W jego tonie słychać było mieszaninę ekstazy i frustracji, coś jak u człowieka, który miał wizję, ale nie jest całkiem pewien, co ona oznacza. Maggie spotkała go przy barze, około pół godziny po przyjściu, i był on dokładnie tym, kogo szukała - wysoki blondyn, dobrze zbudowany, nie gruby i nie łysiejący jak większość byłych bogów futbolu i królów balu maturalnego.
Uprzejmie grzeczny. Dawał napiwek barmanowi po każdej kolejce, choć wcale nie musiał, bo rachunek regulowało się na końcu; i powiedział jej to, co chciała usłyszeć.
- Czym się zajmujesz? - zapytał, a ona uśmiechnęła się do niego. - Śpiewam - odpowiedziała. Co było prawdą. Przez ostatnie sześć miesięcy śpiewała chórki w zespole o nazwie Włochata Mycha, który robił thrash-metalowe przeróbki klasyki disco lat 70-tych. Dotychczas dali jeden koncert, jako że popyt na thrash-metalowe interpretacje szlagieru "MacArthur Park” nie jest specjalnie imponujący, a Maggie wiedziała, że jest w zespole, bo wokalista miał nadzieję się z nią przespać.
Ale to było już coś - mały punkt zaczepienia dla jej marzenia o sławie, o byciu gwiazdą. - Nie chodziliśmy razem na żadne zajęcia - powiedział, gładząc palcem wskazującym jej nadgarstek. - Pamiętałbym cię na pewno. Maggie popatrzyła w dół, bawiąc się jednym ze swoich kasztanowych kosmyków i jednocześnie zastanawiając się, czy powinna przesunąć lekko sandałem po jego łydce, czy może rozpuścić włosy, pozwalając kaskadzie swoich loków opaść na plecy. Nie, nie chodzili razem na zajęcia.
Była w klasie "specjalnej" , klasie " wyrównawczej" , w klasie z tymi mniej zdolnymi i nie tak bystrymi, używającymi książek ze specjalnie dużymi literami, które miały też nieco inny kształt - były trochę dłuższe i cieńsze niż jakiekolwiek książki, które nosiły pozostałe dzieciaki. Mogłeś opakować je w szary papier, wepchnąć do plecaka, ale inni i tak wiedzieli.
Co tam, pieprzyć ich. Pieprzyć ich wszystkich. Pieprzyć wszystkie śliczne cheerleaderki i wszystkich tych palantów, którzy chętnie zabawiali się z nią na tylnym siedzeniu samochodu starych, ale za nic nie powiedzieliby jej "Cześć" następnego dnia w szkole.
- Chryste! - krzyknął jeszcze raz Ted. Maggie chciała mu powiedzieć, żeby się uciszył, ale gdy tylko otwarła usta, zwymiotowała zalewając podłogę wokół. Czysta wódka z tonikiem - zauważyła, jakby znajdowała się gdzieś obok całego zajścia - plus kilka kawałków makaronu w stanie początkowego rozkładu. Kiedy jadła makaron? Wczoraj wieczorem? Starała się przypomnieć sobie swój ostatni posiłek, gdy złapał jej biodra i odwrócił gwałtownie tak, że stała tym razem przodem do drzwi, waląc miarowo biodrem w pojemnik na papier toaletowy.
- AAAAA! - ogłosił Ted i zakończył, co poczuła wyraźnie na sobie.
Maggie wykonała obrót o sto osiemdziesiąt stopni, tak szybko, jak pozwalało rozchlapane na podłodze ciekawe połączenie wódki i makaronu.
- Nie na sukienkę! - krzyknęła. A Ted stał tam, mrugając oczami, spodnie gdzieś na wysokości kolan, ręka wciąż na posterunku.
Głupkowato wyszczerzył zęby.
- Było super - powiedział i spojrzał na nią mrużąc oczy, jakby starał się coś sobie przypomnieć. - Mówiłaś, że jak masz na imię?